Walter Chełstowski: Drażnią mnie wszystkie „ceremoniały”

01.11.2019

Photo by danielam on Pixabay

Oficjalne wizyty Prezydentów, Premierów, szpalery żołnierzy w paradnych mundurach, uśmiechy do kamer, uściski dłoni i inne sztuczności. Na starych kronikach śmiejemy się, widząc to samo z cylindrami na głowach, piórami na hełmach i szablami u boku. Karoce pozłacane i szwoleżerów na koniach.

Dzisiaj wielkie samoloty i biegnącą/jadącą ochronę wokół limuzyn „tych najważniejszych”.

To, że do dzisiaj z napięciem oglądamy te ceremoniały — to jakiś element indoktrynacji i pamięci genetycznej, budowanej przez tysiąclecia w naszych genach.

Podobnie jest we wszystkich religiach świata.

Trwa tam wyścig na coraz dziwniejsze czapki. Bo jak odróżnić jedną religię od innej, jak nie po czapkach czy też po coraz bardziej wymyślnych i oryginalnych strojach.

O różnych „ceremoniałach” czyli sposobach odprawiania rytuałów religijnych nie ma co mówić. Bo czym tak naprawdę różni się szaman na Syberii bijący w bębenek i przystrojony w pióra i kości zwierząt — od szamana w Afryce, składającego w ofierze czarnego koguta, czy od księdza „Kto spożywa Jego ciało, pije Jego krew, stanie się nieśmiertelnym i wejdzie do światłości, gdzie panuje pokój i wieczna szczęśliwość”?

Dlatego drażnią mnie te wszystkie rytuały.

Rozumiem jednocześnie, że większość ludzi potrzebuje czegoś zewnętrznego, co ułoży im życie, poglądy, obraz świata i kategorie moralności czy postępowań.

Ja tego nie potrzebuję.

Moich Najbliższych, Znajomych i Nieznajomych, którzy już odeszli — pamiętam.

Często wizualizuje sobie ich twarze czy też co robili, co mówili, jak się zachowywali w różnych sytuacjach.

Od tych najbardziej pamiętanych, czyli Rodziców do tych innych o nawet innym kolorze skóry i pochodzących z krajów, odległych o tysiące kilometrów.

Myślę często o tych całkowicie nieznanych mi osobiście którzy zginęli w historii na bezsensownych wojnach, jak i próbujących dzisiaj przepłynąć Morze Śródziemne, aby dostać się do bezpiecznego kraju.

Lub o tych zamarzniętych czy uduszonych w imigranckich kontenerach.

Myślę o nich wszystkich.

O Najbliższych myśleć łatwiej .

Pamiętam ich twarze, słowa, zachowania i to, czego mnie nauczyli lub to, co odrzuciłem.

Nie znam twarzy tych innych, o których myślę.

Nic o nich nie wiem.

Nie znam ich rodzin ani miejsc gdzie mieszkali.

Znam twarze Najbliższych i miejsca gdzie odeszli.

To nie fizyczny cmentarz.

Moja pamięć o nich nie polega na jednym czy kilku dniach składania kwiatów i palenia świec.

To obcy dla mnie „ceremoniał”. Ułożony indoktrynacją religijną i pamięcią genetyczną.

Nie chodzę „na groby” raz w roku. Pamiętam wystarczająco. I bardziej niż często.

Wolę Halloween. Wolę uśmiech i zabawę niż ponure rytuały cierpień.

A jak mnie będą pamiętać?

Z oczywistym smutkiem, bo tak zawsze jest. Smutku i uczucia straty nie do odrobienia nie da się uniknąć. Znam to; i łzy bezradności.

Tak też trzeba.

Ale lepsza radość niż depresja i poczucie nieuchronności śmierci od dzieciństwa.

Więc?

„Cukierek albo psikus”? A jaki „psikus” ?

Wolę zabawny i radosny.

W „zmartwychwstanie” nie wierzę, bo dowodów nie ma. I tego nie oczekuję

Nie chciałbym straszyć moich Najbliższych jakiś czas po mojej śmierci.

Walter Chełstowski

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com