14.05.2026
O wielkim kongresie przyszłości, na którym wszyscy wiedzą wszystko, ale i tak lecą do Poznania to sobie powiedzieć
Jest coś głęboko wzruszającego w wydarzeniach takich jak Impact. Coś pomiędzy pielgrzymką ludzi sukcesu a wyjazdem integracyjnym LinkedIna. Co roku do Poznania zjeżdżają politycy, prezesi, eksperci, futuryści, nobliści, aktywiści, celebryci, konsultanci strategiczni oraz ludzie, którzy przedstawiają się słowami „pracuję na styku technologii i humanistyki”, co zwykle oznacza, że mają podcast i bardzo drogie okulary.
I wszyscy przyjeżdżają tam po to, żeby przez dwa dni mówić rzeczy, które wszyscy już wiedzą.
Demokracja jest w kryzysie. Świat się zmienia. AI zmieni rynek pracy. Polaryzacja jest groźna. Europa musi się obudzić. Młodzi są przebodźcowani. Algorytmy tworzą bańki. Przyszłość będzie wyzwaniem.
Dziękujemy. Do zobaczenia za rok.
Impact przypomina trochę gigantyczny kongres ludzi, którzy odkryli, że świat jest skomplikowany, i postanowili uczcić to cateringiem premium.
To nie jest oczywiście zwykła konferencja. Zwykła konferencja odbywa się w hotelu pod Radomiem i kończy walką o ostatniego ptysia. Impact to festiwal prestiżu. Intelektualny Coachella dla klasy menedżerskiej. Miejsce, gdzie CEO może zrobić sobie selfie z noblistą, a polityk powiedzieć „musimy rozmawiać o wartościach” w świetle scenicznym wartym tyle co małe mieszkanie.
Najbardziej fascynujące jest jednak to, że Impact funkcjonuje trochę jak nowoczesny rytuał plemienny elit. Dawniej możni spotykali się na polowaniach. Dziś siedzą na panelach o odporności demokracji i piją kawę z mlekiem owsianym.
Cały ten kongres przypomina momentami wielką inscenizację serialu „Black Mirror”, tylko sponsorowaną przez bank i producenta SUV-ów premium. Zastanówmy się uczciwie: jakie realnie decyzje zapadają na Impact? Żadne.
Czy po panelu George’a Clooneya zmieniła się demokracja amerykańska? Nie. Czy po wystąpieniu Timothy’ego Snydera Europa nagle dogoniła technologicznie Chiny? Nie. Czy po kolejnej debacie o sztucznej inteligencji ktoś naprawdę wie, co robić z AI? Oczywiście, że nie. Ale za to wszyscy mają nowe zdjęcie profilowe. Impact jest bowiem czymś dużo ciekawszym niż konferencją. To spektakl społecznego samouspokojenia.
Elity spotykają się tam, żeby upewnić się, że nadal są elitami. To trochę jak bal arystokracji podczas pożaru pałacu. Wszyscy dyskutują o kondycji świata, stojąc przy stolikach finger food, podczas gdy rzeczywistość coraz bardziej przypomina komputer po aktualizacji robionej przez pijanego informatyka.
Na scenie padają wielkie słowa. „Demokracja”. „Wartości”. „Przyszłość”. „Odporność”. „Dialog”. A potem uczestnicy idą do strefy networkingowej wymieniać się wizytówkami i mówić:
— Musimy koniecznie coś razem zrobić.
To zdanie jest zresztą oficjalnym hymnem wszystkich konferencji świata. Nigdy nie wiadomo co, nigdy nie wiadomo kiedy, ale koniecznie. Impact wygląda jak miejsce produkcji mądrości, podczas gdy najczęściej produkuje cytaty do mediów społecznościowych.
George Clooney mówi, że demokracja musi odnaleźć swoją „najlepszą wersję”. Timothy Snyder ostrzega przed uproszczeniami. Olga Tokarczuk przypomina, że język śląski istnieje. Donald Tusk wrzuca zdjęcie z Clooneyami i pisze, że Polska to najlepsze miejsce na Ziemi.
Wszyscy klaszczą. Wszyscy publikują. Wszyscy są bardzo zaniepokojeni. I dokładnie nic się nie dzieje. To trochę tak, jakby świat płonął, a elity organizowały TED Talk o znaczeniu gaśnic.
Oczywiście nie chcę być niesprawiedliwy. Impact pełni ważną funkcję. Naprawdę. To największe w Polsce targi poczucia sensu. Ludzie przyjeżdżają tam po to, by przez chwilę poczuć, że uczestniczą w czymś wielkim. Że są częścią „debaty o przyszłości”. Że siedząc w trzecim rzędzie podczas panelu o geopolityce, właśnie wpływają na losy świata.
Tymczasem prawda jest dużo bardziej brutalna. Większość realnych decyzji i tak zapada gdzie indziej. W ministerstwach. W korporacyjnych excelach. W gabinetach lobbystów. W algorytmach platform społecznościowych. W telefonach kilku miliarderów.
Impact jest raczej teatralną rekonstrukcją sprawczości. To Disneyland dla ludzi uzależnionych od słowa „liderstwo”. Najlepiej widać to po języku. Na takich wydarzeniach nikt już normalnie nie mówi. Nie ma zdań typu: „Nie wiemy, co robić”. „System się rozpadł”. „Nie kontrolujemy sytuacji”.
Nie. Tam wszyscy „nawigują złożoność”, „budują odporność”, „tworzą nowe modele przywództwa” i „adresują wyzwania przyszłości”. Człowiek po dwóch godzinach zaczyna mieć wrażenie, że słucha generatora korporacyjnych horoskopów.
Rozczulający jest jednak ten kult „rozmowy”. Impact wierzy, że jeśli odpowiednio długo będziemy rozmawiać o problemach świata przy designerskim oświetleniu, to świat poczuje się zawstydzony i przestanie się psuć.
To bardzo inteligencka wersja myślenia magicznego. Zwłaszcza że uczestnicy tych debat od lat mówią właściwie to samo. Demokracja jest zagrożona. Populizm rośnie. Media społecznościowe polaryzują. Kapitalizm wymaga korekty. Europa potrzebuje strategii.
Naprawdę trudno oprzeć się wrażeniu, że połowa paneli Impact mogłaby być puszczana w pętli od 2018 roku i nikt by nie zauważył. Co roku zmieniają się tylko fryzury moderatorów i sponsor głównej sceny.
Ale może właśnie o to chodzi. Impact nie istnieje po to, by zmieniać świat. Impact istnieje po to, by ludzie wpływowi mogli przez dwa dni poczuć, że jeszcze rozumieją świat.
To gigantyczna terapia grupowa dla klasy średniej wyższej, która zorientowała się, że rzeczywistość wymknęła się spod kontroli. I trzeba przyznać: terapia jest naprawdę luksusowa. Są światowe nazwiska. Są błyszczące sceny. Są cytaty o demokracji. Są zdjęcia z premierem. Są debaty o AI prowadzone przez ludzi, którzy nadal nie potrafią zmienić hasła do Zooma. Wszyscy wyglądają tam trochę jak pasażerowie Titanica organizujący panel o przyszłości żeglugi.
I może właśnie dlatego Impact odnosi sukces, bo współczesny świat jest tak chaotyczny, że elity rozpaczliwie potrzebują miejsc, gdzie można przez chwilę poudawać, że ktoś jeszcze nad tym wszystkim panuje. Nawet jeśli jedynym realnym efektem kongresu pozostaje kilkaset selfie, trzy tysiące wpisów na LinkedInie i siedemset osób mówiących sobie nawzajem, że „musimy być gotowi na wyzwania przyszłości”.
Co oczywiście brzmi bardzo mądrze. Zwłaszcza gdy mówi to aktor z Hollywood między panelem o demokracji a kolacją networkingową sponsorowaną przez bank. I może właśnie dlatego Impact jest idealnym symbolem naszych czasów. Świat się chwieje. Demokracje się polaryzują. Technologia wymyka się spod kontroli. Ludzie tracą zaufanie do instytucji.
A my odpowiadamy na to tym, co współczesność potrafi najlepiej: Panelem dyskusyjnym. Z identyfikatorem VIP. I kawą speciality.
Krzysztof Bielejewski

W pełni zgadzając się z treścią tekstu mam pytanie – czy pisząc takie teksty nie dokladamy do tej pustej bańki kolejnego impactu.
Może trzeba zacząć od siebie…
Panie Zbigniewie, to jest bardzo uczciwe pytanie. I niestety trochę niewygodne, czyli dokładnie takie, jakie najrzadziej pojawia się na konferencjach o „autentycznym dialogu społecznym przy kawie speciality”.
Bo oczywiście ma Pan trochę racji. Każdy felieton o pustce debat publicznych ryzykuje, że sam stanie się częścią tej samej karuzeli wzajemnego komentowania komentarzy. To trochę jak panel dyskusyjny o nadmiarze paneli dyskusyjnych. Człowiek krytykuje bańkę, siedząc wygodnie w środku bańki i jeszcze poprawiając jej akustykę.
Ale jest jednak pewna różnica między dokładaniem cegły do pustego rytuału a opisywaniem mechanizmu, który ten rytuał produkuje.
Impact sprzedaje często iluzję sprawczości. Felieton — przynajmniej w założeniu — powinien tę iluzję lekko nakłuć. Nie zmieni świata, jasne. Teksty publicystyczne rzadko zatrzymują wojny, obniżają inflację albo uczą prezesów słuchać innych ludzi. Gdyby felietony naprawdę naprawiały rzeczywistość, Polska byłaby dziś Szwajcarią z tramwajami punktualnymi jak japoński zegarek atomowy.
Ale coś jednak robią. Czasem pozwalają nazwać śmieszność pewnych mechanizmów. A współczesne elity panicznie boją się śmieszności. Krytykę jeszcze przeżyją. Statystyki też. Ale kiedy ktoś pokazuje, że cały ten rytuał „liderów zmiany” przypomina trochę ekskluzywny klub wzajemnego cytowania własnych prezentacji PowerPoint — wtedy robi się nerwowo.
I jeszcze jedno. „Może trzeba zacząć od siebie” to zdanie bardzo szlachetne, ale też wyjątkowo zdradliwe. W Polsce używa się go czasem jak gaśnicy do każdej krytyki systemu. Narzekasz na media? Zacznij od siebie. Narzekasz na polityków? Zacznij od siebie. Narzekasz na bańkę elit? Zacznij od siebie.
Po chwili okazuje się, że obywatel ma już tylko siedzieć cicho, podlewać kwiatki i pracować nad sobą, podczas gdy cała reszta spokojnie urządza kolejne kongresy „o przyszłości demokracji” sponsorowane przez producenta luksusowych SUV-ów.
Więc tak — warto zaczynać od siebie. To zdrowe. Dobrze działa na ego i ciśnienie. Ale od czasu do czasu warto też popatrzeć na świat z lekkim rozbawieniem i powiedzieć: „król jest może i w garniturze od Brioni, ale nadal paraduje bez spodni”.
A felieton właśnie do tego służy. Trochę do myślenia. Trochę do śmiechu. I trochę do irytowania ludzi z identyfikatorem VIP. Co, umówmy się, też jest drobną formą obywatelskiej higieny.