Zbigniew Szczypiński: Marzenia przed świętami

20.12.2019

Wczorajsze obrady komisji sejmowej, na której posiedzeniu procedowano projekt tzw. ustawy kagańcowej, zgłoszonej przez trzech „wybitnych” posłów PiS: Sebastiana Kaletę, Jana Kanthaka i Jacka Ozdobę jako projekt poselski (to oczywista nieprawda, to jest projekt rządowy) ukazały raz jeszcze niemoc i niesprawność demokracji przedstawicielskiej.

Każdy, kto choć przez chwilę miał możliwość obserwować ten spektakl – ja miałem i oglądałem to przez dwie pełne godziny – wie już na pewno: ten sejm i jego obrady nie mają sensu. Żadnego.

Reprezentanci narodu, jak o sobie zwykli mawiać posłowie, dali pokaz cyrku, który doskonale tłumaczy funkcjonujący w krajach skandynawskich termin: „polski sejm”. To był „polski sejm” w czystej postaci. Ustawa — knebel na sędziów — była procedowana na posiedzeniu sejmowej komisji sprawiedliwości. Tej samej, którą przez lata poprzedniej kadencji prowadził wybitny poseł-prokurator Piotrowicz — obecnie sędzia Trybunału Konstytucyjnego. Jego skuteczność, polegająca na ograniczaniu wystąpień posłów do 30 sekund, udzielania głosu według własnego widzimisię, ogłaszania przerw w obradach zgodnie z interesem rządzącego ugrupowania — stała się wzorem dla obecnego przewodniczącego — posła PiS, Marka Asta.

Komisja sejmowa właściwa do rozpatrzenia projektu ustawy liczy 25 posłów. Na sali było posłów znacznie więcej, bo w obradach komisji mogą uczestniczyć bez prawa głosu inni posłowie czy zaproszeni goście. Aktywny udział w kłótni-debacie brało zaledwie kilka osób, 4-5 po stronie opozycji i zaledwie trzy po stronie partii rządzącej. Wszystko pod rygorem regulaminu i przestrzegania procedur.

To był teatr. Liczyło się tylko głosowanie, a PiS zadbał wcześniej, aby mieć większość. Wszystkie zgłaszane przez opozycję poprawki, blisko 90, zostały odrzucone. Wszystkie poprawki zgłoszone przez posłów rządzącego obozu Zjednoczonej Prawicy zostały przyjęte.

Większość posłów-reprezentantów obozu rządzącego nie zabrała w tej debacie głosu. Byli potrzebni jako palec wciskający przycisk na maszynie do głosowania. Tylko to było ważne, tylko to się liczyło.

Przyglądałem się temu z lekkim obrzydzeniem. To jest bez sensu. Jeżeli tak mają wyglądać obrady parlamentu to lepiej, aby go nie było.

Notowania Sejmu i Senatu w opinii Polaków już są niskie i nie wykazują tendencji wzrostu. Nie dziwię się – jeżeli suweren obejrzy jeszcze więcej takich spektakli, to naprawdę uwierzy Prezesowi Polski, że szkoda na to pieniędzy. Wystarczy wola Prezesa i do roboty. Szybko, prosto i tanio.

Da się rządzić bez tego cyrku, skoro i tak wyjdzie, jak prezes sobie tego życzy. Zamiast wybierać parlament, wystarczy wybrać wodza, a on już nas urządzi tak, że żadne wybory nie będą już nikomu i nigdy potrzebne.

Patrząc na ten wczorajszy cyrk odczuwałem wysiłki inteligentnych zapewne ludzi, skazanych na porażkę w walce z walcem bezrozumnych, posłusznych posłów rządzącego ugrupowania, którzy wiedzą jedno – ta ustawa ma przejść. Ma trafić pod obrady Wysokiej Izby, bo taka jest wola prezesa wszystkich prezesów, który, choć chory i o kulach, pojawił się w Sejmie. Trzeba być i głosować, bo ma być nasze, a nie ich, ma być tak jak sobie prezes to umyślił, bez względu na to, co mówi BAS (Biuro Analiz Sejmowych), co mówią dziekani wydziałów prawa polskich uniwersytetów, co mówi Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, polski Sąd Najwyższy i kto tam jeszcze.

Będzie tak jak sobie postanowiliśmy, my — prezes, my — najwyższa władza oparta na pięciu mandatach (bo tyle wynosi większość sejmowa PiS-u), my –władza. Mająca telewizję państwową, służby specjalne, policję, prokuraturę, Trybunał Konstytucyjny z prezesem określonym przez Prezesa Wszystkich Prezesów jako odkrycie towarzyskie roku na czele, Krajową Radę Sądownictwa…

Kto tam jeszcze został…

Zostali sędziowie. Jest ich 10 000 – to sporo. Ale wystarczy niepokornych wyrzucić, odważnych zastraszyć a biernych nagrodzić. Da się, nie takie rzeczy ta władza potrafi. Jak trzeba to i niepokornego prezesa NIK Mariana Banasia zaprzęgnie się do osłabienia koalicjanta, pana Zbyszka, gdyby za bardzo urósł, za bardzo poczuł się mocny.

To, co mogło być argumentem w tej wojnie o wszystko, nie stało się mocnym argumentem. Mam na myśli liczbę ludzi, którzy wyszli na ulicę w „sądny dzień”, w środę.

Byłem pod gdańskim sądem wraz z może dwoma tysiącami starszych ludzi. Młodzieży, tej w przedziale 20 -25 lat ani śladu. I niech nikt mi nie mówi, że to wina przedświątecznego czasu; ta młodzież nie robi świątecznych porządków ani nawet zakupów. Młodzież pokazała środkowy palec – to nie jest ich sprawa. A gdy posłucha się rapu o „patointeligencji” w wykonaniu miłego chłopca, syna znanego profesora prawa, to będzie się wiedziało jak wielki jest dystans tej grupy do takich problemów jak praworządność, trójpodział władzy czy demokratyczne państwo prawne.

Stosując odpowiednie proporcje, szacując rangę sprawy, o którą toczy się bój, to według mnie powinno w moim Gdańsku stać pod Sądem nie dwa tysiące, a przynajmniej dwadzieścia tysięcy ludzi. A w stolicy sto tysięcy. To nie są wygórowane wielkości.

Pamiętacie, ile obywateli sąsiednich krajów – Czech czy Słowacji – potrafiło wyjść na Vaclawske Namesti; albo jakie tłumy protestują teraz w Paryżu? To jest miara społecznej determinacji, gotowości do obrony zagrożonych interesów – w Polsce jest ona, jak dotąd, letnia, bardzo mizerna.

Wracając do obrad komisji sejmowej. Myślę sobie, że byłoby lepiej, aby posłowie – członkowie tej komisji na początku spotkania poinformowali się o stopniu determinacji, z jaką przystępują do obrad. I gdyby, jak wczoraj, posłowie PiS zakomunikowali, że nie mają żadnego pola manewru, że jako karni żołnierze swojego prezesa przegłosują ten projekt tak jak im kazał, to na tym mogłoby się zakończyć formalne posiedzenie komisji a zacząć nieformalne, przy kawie i winku. Luźne rozmowy posłów na interesujące ich tematy: przyszłych projektów, potrzeby zmian istniejącego prawa w wielu dziedzinach. To mogłyby być interesujące rozmowy ludzi, z których znacząca część ma przemyślenia i poglądy interesujące i warte zastanowienia. To mogłoby dać początek powrotu do tego czym ma być parlament – miejscem, gdzie się rozmawia.

Takie mam marzenia. Ale i pewność, że to tylko marzenia.

Zbigniew Szczypiński

Polski socjolog i polityk


Ur. 11 sierpnia 1939 w Gdyni – poseł Unii Pracy na Sejm II kadencji. Działał w pierwszej „Solidarności”. Po ponownej legalizacji związku, od 1991 kierował Ośrodkiem Badań Społecznych w zarządzie regionu NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Przewodniczący Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email

10 komentarzy

  1. wejszyc 2019-12-20
    • Jerzy Łukaszewski 2019-12-20
      • Yac Min 2019-12-21
      • narciarz2 2019-12-22
    • Yac Min 2019-12-21
  2. Paweł Grabski 2019-12-21
  3. Obirek 2019-12-21
  4. Yac Min 2019-12-22
    • wejszyc 2019-12-22
  5. pablobodek 2020-01-01
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com