Stanisław Obirek: Jerzy Surdykowski, czyli rozplątywanie życia6 min czytania

()

07.01.2020

„Rzepę” czytuję regularnie, a w niej felietony Jerzego Surdykowskiego ze szczególnym upodobaniem. Choćby ten ostatni z 6 stycznia poświęcony Oldze Tokarczuk. Zwłaszcza wydaje mi się godny uwagi wstęp, w którym Surdykowski przypomina jak wygląda sytuacja czytelnictwa w kraju już piatej noblistki, co czyni z Polski literackie mocarstwo: „Dzieje się to w kraju, gdzie czytelnictwo corocznie spada. 65 proc. dorosłych Polaków nie przeczytało w ciągu roku żadnej książki, a 16 proc. absolutnie niczego, nawet artykułu w brukowcu. Jeśli już spojrzą na druk, to 40 proc. nie rozumie, co czyta, a dalsze 30 proc. rozumie w niewielkim stopniu. Dzieje się to w kraju, gdzie 30 lat po wprowadzeniu gospodarki rynkowej nakład przeciętnej powieści jest kilkakrotnie mniejszy niż „za komuny”, honorarium pisarza zaś kilkanaście razy niższe”. Ma on oczywiście rację. Ale może nie do końca, bo przecież sam należy do grupy piszących i co ważniejsze pewnie, chętnie czytanych. I o jego pisarstwie, a zwłaszcza o ostatniej książce pozwalam sobie słów kilka skreślić.

Jerzy Surdykowski, jego bogate życie i różnorodna działalność polityczno-społeczno-dziennikarsko-literacko-dyplomatyczna mogłyby się stać podstawą scenariusza fascynującego filmu, a może nawet wieloodcinkowego serialu telewizyjnego. Czegóż w tym życiu nie ma? Zacznijmy od zawodów: marynarz, inżynier-elektronik, programista komputerów, stoczniowiec, instruktor alpinizmu. Jednak dość wcześnie odkrył w sobie żyłkę dziennikarza i pasję pisarską, a jedno i drugie owocował licznymi tekstami i książkami. Ostatecznie to właśnie pióro wygrało i od 1969 roku wybrał dziennikarstwo jako sposób na życie, nie stronił jednak od ambitniejszych form literackich, powieści i sztuk teatralnych. Od początku bliska mu była też forma eseju, która okazała się najbardziej pojemna i przydatna w penetrowaniu pytań najważniejszych, również tych metafizycznych.

Jak wielu, tak i Surdykowskiego w 1981 roku dopadła polityka, a ściślej rzecz biorąc działalność w związku zawodowym „Solidarność”. Mimo przynależności partyjnej (do PZPR należał w latach 1967-1982) zyskał zaufanie kolegów dziennikarzy i w jesieni 1980 roku został wiceprezesem Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, którą to funkcję pełnił również konspiracyjnie aż do roku 1989. Legitymacja partyjna nie uchroniła go od szykan po wprowadzeniu 13 grudnia 1981 roku stanu wojennego. Stracił pracę i możliwość publikowania. Wtedy zbliżył się do „Tygodnika Powszechnego”, publikował też w drugim obiegu i w prasie emigracyjnej. Radykalną zmianę przyniosła dopiero transformacja systemu politycznego w 1989 roku. Wtedy odkrył w sobie, (a może odkryli to inni) powołanie dyplomaty. Najpierw przez siedem lat (1990-1997) był konsulem generalnym w Nowym Jorku, a następnie przez cztery lata ambasadorem RP w krajach Azji (Tajlandia, Birma i Filipiny). W tym czasie nieprzerwanie publikuje jednak dopiero przejście na emeryturę wyznacza początek prawdziwej erupcji twórczej. Tak więc w 2005 roku publikuje książkę S.O.S. – powieść współczesna, w roku następnym Wołanie o sens – eseje filozoficzne. W kolejnych latach dwie powieści Paradygmat w 2011 i Pójdę pluć na wasze trumny 2015 oraz kolejny zbiór esejów Odnajdywanie sensu w 2017 roku.

Mam przed sobą jego ostatnią, wydaną w 2019 roku książkę Plątawisko. Tytuł dobrze oddaje jej charakter. W istocie trudno rozeznać się w tej wielowątkowej i sięgającej do różnorodnych form literackich książce. Przywołuje na pamięć odkrywanego ostatnio w Polsce francuskiego filozofa Gillesa Deleuza (1925-1995), a zwłaszcza kluczowe dla jego twórczości pojęcie kłącza. Surdykowski, podobnie jak Deleuze, jest zafascynowany bogactwem życia i jego nieoczywistością. Jednak w odróżnieniu od francuskiego myśliciela, nie poprzestaje na grze formami i tradycjami kulturowymi, tylko w swoje poszukiwania włącza również żywą materię ludzkiej egzystencji. Warto podkreślić, że stworzone przez niego postaci są pełnokrwiste i nie stronią od przyjemności, jakie oferuje życie. Wręcz przeciwnie są w nie w pełni zanurzeni, by nie rzec unurzani. Przemoc, krew i morderstwo to ich żywioł, seksualność to sposób na wyrażanie i doświadczanie pełni życia. Jednak, co brzmi paradoksalnie, na dnie tych wszystkich mrocznych przygód bohaterów Plątawiska, skrywa się nieposkromione poszukiwanie sensu.

Tak, Jerzy Surdykowski przede wszystkim jest poszukiwaczem znaczeń i to tych najgłębszych, metafizycznych. Niekiedy zadaje wprost pytania o istnienie Boga, o prawomocność wierzeń religijnych, jednak nie jest zbyt skory udzielać na nie odpowiedzi. Znaczenie częściej pozwala przebłyskiwać znaczeniom w głębi ludzkich namiętności. Wprawdzie, jak to wiemy z jego eseistycznych prób, nasz autor jest wytrawnym znawcą całego repertuaru odpowiedzi, jakie padały na przestrzeni czasu. I bez wątpienia można do niego odnieść (cytowane zresztą w tekście expressis verbis) słowa Leszka Kołakowskiego, że znane mu są wszystkie racje za wiarą, jak i przeciw niej, jednak podobnie jak Kołakowski, woli się powstrzymać od ostatecznej decyzji po czyjej stronie jest racja ostateczna. Choć może się mylę, może jednak Surdykowski jest bardziej przychylny tym, którzy wierzą i znacznie bardziej surowy wobec nieustępliwych agnostyków czy ateistów.

Jednak książka Plątawisko jest, jak się rzekło, powieścią, a nie zbiorem esejów. Więc chyba trafniej należałoby powiedzieć, że jej autor nie tyle szuka sensu, ile raczej o niego walczy i zmaga się z odpowiedziami. Sam sobie nie dowierza, wątpi i mnoży trudności. Nie ma w tym pisarstwie nic z radości i entuzjazmu świeżo nawróconego neofity, który złapał Pana Boga za nogi. Wprost przeciwnie, Bóg Surdykowskiemu ciągle umyka i nie tyle objawia mu się w rzadkich momentach metafizycznego zachwytu, ile raczej z rzadka prześwituje w szczelinach egzystencji, która nie chce się zadowolić tym, co tu i teraz.

Ksiądz Michał Heller, przyjaciel autora, napisał o Plątawisku, że jest nowym rodzajem literackim – science-history-philosophy fiction, który jednak trzyma się twardo tradycji powieści. Myślę podobnie. Ta książka podejmuje najbardziej żywotne i dotąd nierozstrzygnięte pytania tradycyjnej teodycei i filozofii religii. Jednak w odróżnieniu od abstrakcyjnego namysłu filozofa czy teologa umieszcza je w żywej materii życia i konkretnej historii. Czy to będzie trwożliwa intuicja człowieka żyjącego w jaskini czy zmagającego się z oporem historii uczonego matematyka w Polsce zmuszonego do wyboru między naukową pasją a kompromisem politycznym. Sporo jest o Anglii, o Ameryce, o życiu marynarzy, a nawet o dzisiejszych uczonych marzących o europejskich grantach. To bogactwo wątków podkreślił w swej opinii Krzysztof Zanussi pisząc, że „To lektura radykalnie niebanalna”, dodając, że stanowi „mozaikę epizodów osadzonych w różnych epokach, przeniknięta problematyką spraw ostatecznych”. To też prawda. Zapewne każdy Czytelnik zostanie nią uwiedziony z innych powodów.

Dla mnie Plątawisko jest przede wszystkim szczerym aż do bólu wyznaniem granic ludzkiej egzystencji, w tym również najbardziej wzniosłych jej wymiarów. Jednak nie jest zapisem klęski, raczej trzeźwym spojrzeniem na życie takie, jakim jest. Bez upiększeń, ale też bez jego demonizacji. Mówiąc krótko to lektura przywracająca właściwe proporcje światu, w którym przyszło nam żyć.

<strong>Stanisław Obirek</strong>
Stanisław Obirek

 (ur. 21 sierpnia 1956 w Tomaszowie Lubelskim) – teolog, 
historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita.

Jerzy Surdykowski, Plątawisko, Warszawa: Oficyna Wydawnicza Wolumen 2019.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.