Krzysztof Łoziński: Najważniejszy element demokracji

19.01.2020

Bardzo rozpowszechniony jest pogląd, że demokracja to „rządy większości”. Absolutnie się z tym nie zgadzam. Rządy tylko większości mamy teraz i nie ma to nic wspólnego z demokracją. W demokracji parlamentarnej w rządzeniu biorą udział wszystkie duże ugrupowania polityczne. Oczywiście w różnej proporcji i w różny sposób. Jeśli większość nie dopuszcza do głosu w rządzie i parlamencie nikogo poza swoim ugrupowaniem, nie ma to nic wspólnego z demokracją. To jest dyktatura większości, a nie demokracja.

Po pierwsze, w demokracji mamy trójpodział władzy: na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą.

Po drugie, nieodłączną częścią demokracji jest praworządność.

Po trzecie, nie ma demokracji bez praw obywatelskich, a zwłaszcza wolności słowa, mediów, zgromadzeń.

W demokracji mniejszość parlamentarna też bierze udział w stanowieniu prawa. Mniejszość bierze też udział w ciałach doradczych rządu. Doradcy tylko większości parlamentarnej szybko stają się klakierami i ich ekspertyzy na ogół są nic niewarte. Mądry człowiek słucha głosu także tych, którzy mają inne zdanie i przyjmuje argumenty.

I tu dochodzimy do sedna. Może szanownych czytelników zaskoczę, ale moim zdaniem najważniejszym elementem demokracji jest uczciwość. Tak, uczciwość, i to nie tylko rządzących, ale przynajmniej większości społeczeństwa. Żadne, nawet najlepsze prawo, nawet najlepsze zasady, nie są nic warte, jeśli nie są przestrzegane.

Obecnie rządzący bardzo chętnie przywołują wyrwane z kontekstu fragmenty innych systemów prawnych i używają argumentów w rodzaju: w tamtym kraju też politycy mianują sędziów albo w tamtym kraju też są media publiczne. Pomińmy to, że porównywanie pojedynczych elementów, a nie całych systemów, jest bez sensu. To tak jakby porównywać masło z butami, bo jedno drugie jest sprzedawane w opakowaniu. Albo porównywać żarówkę ze śrubą, bo jedno i drugie się wkręca.

Bezsens takich argumentów polega na czym innym. Tak jest, na przykład w USA, że też politycy wybierają sędziów sądu najwyższego, ale…

  • Ale są oni sędziami do końca życia i kolejnego sędziego można wybrać, gdy jeden z nich umrze. W ten sposób nie grozi to, że duża większość sędziów będzie wybrana przez jedną ekipę rządzącą.
  • Ale tam nikomu nie przychodzi do głowy, że sędzia może być dyspozycyjny i orzekać niezgodnie prawem i faktami. A to dlatego, że sędzia jest uczciwy. A polityk nie wywiera na niego nacisków, bo też jest uczciwy, a na wszelki wypadek nie może.

W kraju, w którym uczciwość jest powszechnie uznawaną wartością mogą też być publiczne media, bo nikomu nie przychodzi do głowy, że media, programy informacyjne, mogą w ogóle kłamać; nie mówiąc już o takiej nawale kłamstwa jak obecnie. Mogą sprzyjać jakimś poglądom, ale my mamy media „publiczne”, w których programy informacyjne świadomie kłamią w sferze faktów.

Przypomnę, że Richard Nixon musiał ustąpić, bo złapano go na kłamstwie. Bill Clinton omal nie został usunięty nie dlatego, że miał romans, tylko dlatego, że skłamał. W dojrzałej demokracji ujawnienie kłamstwa polityka całkowicie go dyskwalifikuje.

Jeżeli zastanawiamy się, na czym polega słabość polskiej demokracji, bardzo jeszcze młodej, to właśnie na nie najlepszym poziomie (łagodnie mówiąc) uczciwości znacznej części społeczeństwa. A swoją drogą, to ile my tej demokracji mieliśmy? Osiem lat przed wojną i dwadzieścia siedem po 1989 roku. W sumie 35 lat, a nie 230 lat, jak w USA (liczę od uchwalenia konstytucji Stanów Zjednoczonych w 1787 roku). To kiedy to społeczeństwo miało się życia w demokracji nauczyć?

I tu mamy najważniejszą lekcję do odrobienia jako społeczeństwo. Bo to my, społeczeństwo, wybraliśmy polityków, którzy notorycznie kłamią, kradną, oszukują. Bo bez obrzydzenia wielu z nas ogląda programy pełne kłamstw, bo niestety dla wielu z nas przysłowiowa „micha” jest ważniejsza od przyzwoitości.

Ale to nie wszystko. Bardzo wielu z nas nie ma mocno przyswojonych norm uczciwości albo wręcz ich nie rozumie. Publicznie każdy powie, że nie wolno kłamać, tylko równie łatwo przyzna, że „czasem trzeba”. W dodatku to „czasem” u wielu wcale nie jest wyjątkiem. Publicznie każdy powie, że nie wolno kraść, ale w praktyce wynieść coś z pracy, albo wyciąć z lasu choinkę na święta, rozliczyć kilometrówkę, gdy pojechało się pociągiem, to już można.

Uczciwość polega nie tylko na tym, że się nie kradnie i nie kłamie. Polega także na wielu bardziej subtelnych zasadach. Na przykład to, że dotrzymuje się zobowiązań, że płaci się za siebie, że jak się kogoś zatrudnia, to się płaci, a nie mówi „bóg zapłać”, albo „pracuj społecznie” (w rozumieniu: za darmo).

Dochodzimy do rzeczy najważniejszej: nie zbuduje się dojrzałej demokracji w kraju, w którym jest niedojrzałe do niej społeczeństwo.

Tu kilka przykładów. Mój kolega mieszkający za granicą zapisał się do tamtejszego klubu alpinistycznego. Na początku dwa razy zapłacił składkę członkowską i na tym poprzestał. Bardzo był zaskoczony, gdy pewnego dnia odwiedził go komornik.

Bo nasz kochany rodak uważa, że jak nie płacę składek, no to co? Natomiast obywatele kraju, w którym przebywał, uważają, że zobowiązań się dotrzymuje. Rozumieją to, czego nasi rodacy nie rozumieją, a mianowicie, że składka jest takim samym zobowiązaniem płatniczym, jak każde inne, więc jej niepłacenie jest nieuczciwe. Tak: nieuczciwe.

W Polsce normą jest, że w różnego rodzaju organizacjach tylko ok. 40 procent członków płaci składki. W dodatku nasi rodacy unoszą się honorem i świętym oburzeniem, gdy zwróci się im uwagę, a gdy zarząd skreśli kogoś z powodu niepłacenia składek, to już wręcz zbrodnia zarządu. Szanowni Państwo, większości Szwajcarów, Niemców, Austriaków… taka postawa nie przyszłaby do głowy.

Przykro mi to pisać, ale wielu z nas uważa, że nie ja jestem winien temu, co zrobiłem, tylko ten, kto mnie złapał. No, bo jak on śmiał zwrócić mi uwagę, że jestem nieuczciwy.

Ale wróćmy do przykładu. Niepłacenie składek (jak i podatków i innych należności) jest nieuczciwe także z innego powodu. Finanse są jak naczynia połączone. Jeżeli ja za coś nie zapłaciłem, to musiał za to zapłacić kto inny, bo jak to mówią ekonomiści: nie ma darmowych obiadów. Jeżeli ja nie płacę składek, to przypadającą na mnie część kosztów musieli pokryć pozostali. To jest dokładnie tak samo, jak pójść z innymi do restauracji i zmyć się bez zapłacenia rachunku.

Podobnie jest z wymaganiem od kogoś, by w pełnym wymiarze czasu pracy, na stałe, pracował „społecznie”. Ale przecież ten człowiek ma jakieś koszty życia, musi jeść, mieszkać, poruszać się i tak dalej. Jeśli on pracuje „społecznie”, to na jego koszty musi łożyć kto inny, najczęściej współmałżonek. Taki człowiek stawiany jest przed wyborem, wobec kogo ma być nieuczciwy. Wobec organizacji, w której podjął się działania, czyli porzucić pracę, której się podjął, czy wobec partnera, który musi zarabiać na niego.

Lata tak zwanego „socjalizmu” wpoiły w wielu z nas fałszywe pojęcie pracy „społecznej”. W praktyce była to praca przymusowa za darmo. Pamiętam, że gdy pracowałem jako młody nauczyciel, władze wygoniły całą szkołę, uczniów i nauczycieli, na „prace społeczne”. Musieliśmy za darmo posprzątać po budowie Wisłostrady, bo trzeba było oddać uroczyście ten obiekt na jakieś święto państwowe. Nie wyobrażam sobie takiego numeru w żadnym demokratycznym kraju, by państwo wysyłało uczniów do przymusowej pracy za darmo.

Następuje kompletne mylenie pojęć. Wolontariat, po pierwsze jest dobrowolny, po drugie okazjonalny. Według polskiego prawa pracy wolontariusz może pracować maksymalnie trzy miesiące. Później trzeba go zatrudnić i płacić. Wolontariat to dobrowolne poświęcenie dla szlachetnego celu, a wymaganie od kogoś długotrwałej pracy za darmo to nieuczciwość. Niestety bardzo wielu Polaków tego nie rozumie. A w rzeczywistości praca „za darmo” wcale nie jest za darmo, tylko na koszt kogo innego.

Ale przejdźmy do innych przykładów. Po wydarzeniach marca 68′ komunistyczne władze zorganizowały propagandową nagonkę na aktywistów tego ruchu, między innymi na mnie. Oczywiście największymi „wrogami ludu” byli Jacek Kuroń, Karol Modzelewski, Adam Michnik i Henryk Szlajfer, ale i takim szaraczkom jak ja, też się obrywało. Nie było jeszcze Internetu, więc jedną z metod oczerniania i szczucia było rozpuszczanie oszczerczych plotek. Po latach czytałem SB-ckie dokumenty, w których paru moich kolegów z gór raportowało, jakie to oszczerstwo o Łozińskim w środowisku kolportowali. Koniec był zawsze taki sam: „kwituję odbiór 1500 złotych”.

Ale wcale nie to było najgorsze. Tych płatnych oszczerców było zaledwie kilku. Oszczerców bezpłatnych, którzy do nagonki przyłączali się dobrowolnie, było znacznie więcej. Tacy nienawistnicy ochotnicy. Bo niestety bardzo wielu naszych rodaków ma bardzo paskudną cechę: bezinteresowną zawiść, która nie tylko generuje chęć oplucia kolegi, sąsiada, a nawet osoby, której osobiście się nie zna, ale także satysfakcję z takiego postępowania. Tacy nienawistnicy ochotnicy czerpią radochę z zaszkodzenia innemu człowiekowi, a jeśli jeszcze ten człowiek jest w jakiejś dziedzinie lepszy od nich, albo jest sławny, to jest to już radocha ogromna. To dlatego powtarzają z zapałem zasłyszane plotki, to dlatego każda aktorka jest sławna, „bo komuś dała”, każdy, kto doszedł do jakiegoś majątku, „to się nakradł”, jeśli dokonał jakiegoś wyczynu sportowego, to „nie wiadomo jak tam z tym było” i tak dalej.

Tacy ludzie czerpią satysfakcję z tego, że kogoś wyrzucono z pracy, że komuś się coś nie udało. Zauważmy, do jakich chorych zjawisk dochodzi.

Swego czasu, w schronisku w Morskim Oku, przysiadłem się ze swoją ówczesną partnerką do stołu, przy którym siedziało już kilka nieznanych nam osób. W pewnym momencie jeden z panów zaczął opowiadać, jakie to straszne rzeczy robił „ten Łoziński” w górach, gdy on się z nim wspinał. Moja dziewczyna chciała się odezwać, ale ją powstrzymałem.

Wysłuchaliśmy do końca. Ten człowiek nie był jakimś płatnym agentem. Zmyślał z własnej nieprzymuszonej woli. Nie tylko nigdy się ze mną nie wspinał, ale nawet nie wiedział, jak wyglądam i że siedzę obok. Tak właśnie działa nienawistnik ochotnik. I przez takich ludzi autorytarna władza może niszczyć porządnych ludzi. To właśnie dzięki takim ludziom PiS może obecnie organizować nagonkę na profesora Grodzkiego.

To dzięki takim ludziom wraca dziś do życia zapomniana już instytucja fałszywych świadków na usługach władzy. Wystarczy rzucić hasło, że znany człowiek „brał”, albo „kradł” albo „molestował” (dodać inne warianty), a „świadkowie” sami się znajdą.

Oczywiście oszczerstwa z czasu mojej młodości to były delikatne pieszczoty, w porównaniu z tym, co dzieje się teraz. Nie chcę przytaczać oszczerstw dotyczących innych osób, bo nie chcę ich w ten sposób powielać, więc ograniczę się do własnego podwórka.

Jakiś czas temu w Wydminach (mieszkam blisko tej miejscowości i prawie wszyscy mnie tam znają) pewien młodzian się upił. Dorwał gdzieś czerwony lakier w aerozolu i wracając kompletnie nawalony do swojej wsi, mazał tym lakierem po wszystkim, po znakach drogowych, po szyldzie straży pożarnej, po murach i oknach. Pech chciał, że maznął po napisie „Bóg, honor, ojczyzna” na pomniku „żołnierzy wyklętych”.

Co by zrobił człowiek normalnie myślący? Wziąłby szmatę, rozpuszczalnik i umył.

Jednak zrobiono z tego aferę. Przyjechała telewizja publiczna. Wieczorem w „Wiadomościach” TVP, poszedł program: „w Wydminach zbezczeszczono pomnik żołnierzy wyklętych”. A chwilę później poleciał, niby przypadkiem, taki tekst: „Mateusz Kijowski jest skompromitowany. Na jego miejsce lewicowe media lansują Krzysztofa Łozińskiego, byłego opozycjonistę, który jako jedyny pobiera emeryturę specjalną, podczas gdy innym odmówiono”. I to tak wszystko niby przypadkiem, nie szkodzi, że sama tylko Beata Szydło nadała ponad 90 emerytur specjalnych, a ja z tym pomnikiem nie miałem nic wspólnego. Jakiś czas minął i niby przypadkiem, ktoś wszedł do naszego garażu i niby przypadkiem przebił nam opony w dwóch samochodach.

Jakiś dziennikarz łajdak na usługach taki materiał skomponował. Tak właśnie się szczuje i później znajduje się „ochotnik”, który bierze nóż i przebija, jednemu opony, innemu serce.

Ale nienawistników ochotników było więcej. Pan Jakiś Tam, którego nazwisko nic mi nie mówi, wystąpił jako szef Kapituły Nadawania Jakiegoś Tam Znaczka, do szefa Urzędu ds. Kombatantów z pismem, że ja rzekomo nie działałem w podziemnej Solidarności, bo on nie nadał mi Jakiegoś Tam Znaczka. Cała ta Kapituła i ten Znaczek nie są warte funta kłaków. Równie dobrze można powoływać się na podwórkowe kółko różańcowe. Mimo to „rewelacja” tego pana natychmiast została podchwycona przez wszystkie PiS-owskie media, radia, telewizje i drukowane gadzinówki. Pojawiły się tytuły: „Ale wstyd. Runął mit opozycyjnej działalności Łozińskiego”. Nie szkodzi, że w IPN i innych miejscach są całe stosy świadczących o tym dokumentów, że za tę działalność siedziałem w więzieniu. Nienawistnikom prawda nie przeszkadza. Dziennikarskim łajdakom też.

Od takiego szczucia zaczyna się budowanie terroru. Na końcu tej drogi są lincze, pogromy, czystki etniczne. Na końcu tej drogi oprawcy rozbierają kobiety do naga, bo przed ciosem siekierą w głowę lubią sobie popatrzeć.

A zaczyna się od drobiazgów, od plotek, nierzetelnych artykułów, drobnego łajdactwa. Gdy patrzę na ten wianuszek wyrosłych wokół Zbiory młodych cynicznych PiSS-manów, zasiadających w telewizyjnych studiach z cynicznym uśmieszkiem pogardy dla wszelkiej przyzwoitości, to myślę, że dobry zaczyn do państwa terroru już jest.

Dyktatura potrzebuje nieuczciwych ludzi jak powietrza. Bez nich nie da się zorganizować nagonki na przeciwników, doprowadzić do zabójstw politycznych i pogromów. Dyktatura potrzebuje nieuczciwych ludzi do tego, by rządzić, rabować, terroryzować społeczeństwo.

Demokracja, dokładnie odwrotnie, potrzebuje ludzi uczciwych, szlachetnych. Potrzebuje ludzi uczciwych, którzy nie wykonają łajdackiego zlecenia, nie dadzą się przekupić i zastraszyć. Pewna ilość łajdaków jest w każdym kraju, ale niewiele mogą zrobić, gdy większość im się przeciwstawia, gdy większość nie odczuwa radochy z zaszkodzenia drugiemu człowiekowi.

Uczciwość jest niezbędnym elementem demokracji. Uczciwość nie tylko w tym, że wykonuje się wyroki sądów i nie kradnie. Uczciwość zaczyna się od tego, że nie powtarza się plotek, nie mówi się o innych źle bez ważnego powodu, płaci składki, kasuje bilet w metrze i nie wyrzuca śmieci do lasu.

Bardzo ważnym elementem walki o demokrację jest praca nad uczciwością naszego społeczeństwa, naszego środowiska i nas samych. Pamiętajmy o tym. Żadne, nawet najlepsze prawo, nawet najlepsze zasady, nie są nic warte, jeśli nie są przestrzegane.

Nie są nic warte bez uczciwości, przyzwoitości i kultury.

Krzysztof Łoziński

B. przewodniczący KOD

Fizyk, alpinista, mistrz sztuk walki. A także dziennikarz i działacz polityczny.

Autor o sobie

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com