Tadeusz Kwiatkowski: Zeznania miłosne9 min czytania

()

15.02.2020

Polska to smutne miejsce. Smutne, gdy ci smutno – powie ktoś i będzie w tym sporo racji. Pytania o Polskę i jej miejsce w świecie jawią mi się jako pewien etap pośredni, pomiędzy zasadniczymi kwestiami przy spojrzeniu w osobnicze lusterko własnego sumienia a fundamentalnymi zagadnieniami w wymiarze globalnym, niechby nawet „kosmicznym”.

Polska to koncept nie tylko pośredni w stosunku do przywołanych wyżej perspektyw, ale jak mniemam również pośledni. Pośredniość pojmuję tu wprost, jako usytuowanie na indywidualnej skali możliwych wersji rzeczywistości, natomiast pośledniość wynika w tym kontekście przede wszystkim z braku funkcji utylitarnych.

Gdzie Polaków dwóch, tam co najmniej trzy zdania odrębne, przy czym każdy teoretyczny niuans ma tendencję do pochłaniania przestrzeni dyskusji w tempie zasadniczo większym niż liczba dyskutantów i prezentowanych punktów widzenia. Kiedy myślimy (bądź też myślimy, że myślimy) na własny skromny rachunek, ów muł poglądów pretendujących do równoprawnego opisu świata można po prostu zbyć machnięciem ręki, jako naturalny proces uboczny czynności myślowych. Podobnie w wąskim gronie rozmówców, gdy ci zmęczą się tematem, łatwo go najzwyczajniej zmienić, tudzież zakończyć wymianę zdań.

W kwestiach państwowych tak się jednak nie da, bo jak by nas temat np. nie nużył lub trwożył, trzeba go wałkować do skutku, aż do momentu wypracowania jakichś akceptowanych przez ogół kierunków działania i procedur ich implementacji, bowiem spraw wagi państwowej z natury rzeczy nie można odkładać na potem.

Tak oczywiście było zawsze, jednakowoż galopada procesów globalizacyjnych, wynikająca zarówno z rozrostu populacji, jak i błyskawicznego (acz wciąż niejednorodnego) postępu technicznego, uwydatnia bolesną (jeśli wolą smutną) prawdę, że nie ma czegoś takiego jak stagnacja w wymiarze państwowym. Państwo albo się rozwija, modernizuje, albo cofa w rozwoju – tu akurat nie widać etapów pośrednich.

Prawda, że rozwój rzadko następuje skokowo i w przypadku ewolucji organizmów państwowych przemiany polityczne, a zatem również obyczajowe i gospodarcze, wymagają czasu. Sęk w tym, że czas to pojęcie tyleż względne, co z punktu widzenia globalizacji kluczowe. O jakim bowiem czasie mowa? Rzecz prosta zawsze o właściwym, czyli skorelowanym z sytuacją kształtującą całościowy obraz coraz ściślej splecionych stosunków międzypaństwowych.

Można oczywiście wywodzić, iż we współczesnym świecie nikt, nawet wyspecjalizowane agendy dobrze rozwiniętych i takoż zarządzanych państw, nie posiada pełnej wiedzy pozwalającej na podejmowanie wyłącznie trafnych decyzji, co nie zmienia faktu, że państwa mogą się dobrze rozwijać jedynie dzięki dobremu zarządzaniu, a to z kolei wymaga, jeśli nie wyznaczania tempa w czołówce, to przynajmniej ścigania najlepszych.

Kto nie chce się ścigać – odpada, a gdy idzie o państwo, uaktywniają się procesy rozkładowe. Nie ma możliwości wieloletniego samotnego dreptania w miejscu w nadziei na lepsze czasy. Co jeszcze pięćdziesiąt lat temu dało się jako tako ogarnąć łopatą, dziś już wymaga kosmicznych technologii i specjalistów wysokiej klasy, bo teraz liczy się skala, więc również czas, tempo przemian.

Jak te spostrzeżenia mają się do polskich realiów? Czasem w detalach poręczniej dostrzec bardziej ogólne tendencje.

Ot, pierwszy z brzegu przykład polskiej myśli modernizacyjnej (mojej i tej prawdziwie polskiej – państwowej). Niebawem ruszy budowa naszego nowego domu. Zdecydowaliśmy, że cała energia potrzebna do zasilania budynku (w tym jego ogrzania) będzie pozyskiwana dzięki instalacji fotowoltaicznej – ma być wszak nowocześnie i ekologicznie. Skala przedsięwzięcia wymaga około stu tysięcy złotych. Rząd polski chwali się, że budżet ogólnopolskiego programu o dumnie brzmiącej nazwie „Mój Prąd”, to miliard złotych, przy czym maksymalna kwota dofinansowania dla inwestora indywidualnego to pięć tysięcy złotych. Dużo to, czy mało? Z mojej perspektywy pięć tysięcy złotych to grosze, o które nie warto się upominać, bo to koszt średniej klasy mobilnej kosiarki do trawy. Jasne, że potrzeby są rozmaite i jak podają oficjalne statystyki, program cieszy się wzięciem. Tyle że wypinający pierś do orderu NFOŚiGW nie wspomina, iż podążające rączo za światowymi trendami państwo polskie, winszuje sobie stawkę VAT równą 8 proc., gdy panele instalowane są na dachu budynku (instalacje małe i średnie), ale za te same panele instalowane na gruncie posesji (tzw. przydomowe elektrownie słoneczne) VAT szybuje do poziomu 23 proc.

Tak to Polska zachęca obywateli do ekologicznych i nowoczesnych rozwiązań.

Co więcej, posiadając kilka działek, mógłbym wydzierżawić grunt pod lokalny system elektrowni słonecznych i nawet same z siebie zgłaszają się firmy gotowe takie inwestycje realizować, ale w regionie wydanie pozwolenia na dzierżawę jest zablokowane, co urzędnicy motywują potencjalnym „psuciem krajobrazu”. Tak więc właściciele pól, na których mogłyby się pysznić panele dostarczające czystą energię, zmuszeni są utrzymywać rolny status działek, z których byliby w stanie uzyskiwać naprawdę przyzwoity dochód, co skutkowałoby zapewne zwiększoną konsumpcją, zatem ostatecznie również przychodami państwa. A tak, dymiące kominy pieców krajobrazu nie szpecą, słońce nadal grzeje przede wszystkim portki Wesołego Jaśka, co po rowach lubi przysypiać, a urzędnicy robią, co do nich należy, czyli realizują zalecenia i blokują postęp.

A gdzie tu we wsi wodociągi? A kanalizacja? Poprzewracało się we łbach miastowym – może będzie, a może i nie będzie tych luksusów. Na razie wszystko we własnym zakresie. Zeszliśmy z odwiertem na 60 metrów – łupki suche jak pieprz.

Ale, panie, przecie ten miliard na dotacje! Pewnie, piękne to i prawdziwe. Na trzydzieści dwa nowoczesne F-35 Polska wywali przeszło 4,5 miliarda dolarów (około 17 miliardów złotych). Będą śmigały dziarsko albo i nie, nad moim energooszczędnym ekologicznie zasilanym domem, pięknymi budynkami wielce deficytowej TVP S.A., tudzież nad świątyniami, w których abp Jędraszewski i jego uczeni koledzy „ekologizm” tępią słowem Bożym; a też nad polami, co je chłopi zaprawiają, bo ani ich sprzedać, ani wydzierżawić, ani zapuścić nie wolno i jeszcze musi nad Jaśkiem, co go w rowie po równo grzeją, wino marki „Sołtys” i słonko. Dobre, bo polskie! A to radość wielka — na to nie ma ceny.

Polska to smutne miejsce, ale przecie, gdy smutno, to cały glob łzą smutku spływa. Nie frasujmy się zatem ponad miarę i raz jeszcze wzlećmy nad ziemskim padołem, łącząc „poślednie, bo polskie!” z globalnym i osobniczym – taka ekologiczna polska kiełbasa miłości. Pozytywnie! Alleluja i do przodu!

Przyznaję się do winy. Kocham Cię, Polsko! Kocham szalenie, bo trzeba być co najmniej ździebko stukniętym, by dobrowolnie wybierać życie na tym wiecznym przedprożu raju. Jak Cię kocham?

Jak udręczone brakiem uczciwej pracy, woskowe dłonie katolickiego kleru, porażone chłodem braku głębszych uczuć, lgną zachłannie do publicznej mamony i ciepła dziecięcych majteczek. Jak rewelacje doktorów teologii stosowanej, głoszących wiernym z ambon konsekwencje nowych astronomicznych odkryć; toć w układzie TRAPPIST-1, a i tuż za kosmiczną miedzą, pod lodami Europy i Enceladusa może kwitnąć życie!

Kocham Cię, jak tłum wystąpienia polskiego prezydenta o la-la-la-la-la bezpieczeństwie narodowym. O! Jakże mi tu bezpiecznie i przytulnie!

Kocham Cię, Polsko miła, czysta, uśmiechnięta, jak ci, co Cię kochają w pozycjach akrobatycznych, z wysokości dyrektorskich foteli spółek Skarbu Państwa – z lewa, z prawa, na oklep i pod górkę!

Kocham Cię, Polsko! W czujne ucho, w bystre oko i z drugiej strony. Kocham Cię jak polscy piloci amerykańskie samoloty wielozadaniowe. Kocham Cię, jak polski przemysł zbrojeniowy kocha nowe technologie i pokój – pokojowo, zamaszyście i z fantazją.

Kocham Cię jak poseł Kaczyński konsensus, jak Antoni Macierewicz dochodzenie do prawdy i szczytowanie w prawdzie. Kocham Cię jak minister Kamiński strzeliste akty abolicji, a minister Ziobro prawo w ogóle. Kocham jak premier Szydło jedynie słuszne premie i wyścigi samochodowe.

Kocham Cię, igrając figlarnie palcami — dwoma w geście zwycięstwa polskiej racji stanu i jednym w geście tryumfu natury wielce patriotycznie zadziornej, jak posłanka Lichocka.

Przyznaję się do winy. Kocham Cię.

Tadeusz Kwiatkowski

Pedagog, publicysta

Rocznik 1977. Absolwent Akademii Pedagogicznej w Krakowie. Jednostka głęboko aspołeczna. Przejawia objawy organicznego uczulenia na polski patriotyzm, pojmowany jako przekonanie o nadrzędnej roli Polski w historii, oraz tzw. polskiej racji stanu w stosunku do interesów Europy w dobie postępujących procesów globalizacji. Z przekonania i zamiłowania antyklerykał. Na razie, od blisko dwudziestu lat szczęśliwy mąż, od kilku również ojciec; od ponad dekady aktywny entuzjasta biegów długodystansowych.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.