S. Obirek, A. Nowak: Czy staliśmy się społeczeństwem bezwolnych tchórzy?

26.04.2020

Prokurator Ewa Wrzosek pokazała nam właśnie, czym jest przyzwoitość.

Od kilku lat obserwujemy zjawisko, które wiele lat temu mistrzowsko zdiagnozował Erich Fromm jako „ucieczkę od wolności”. Paradoks polega na tym, że z jednej strony jesteśmy jako społeczeństwo ciągle dumni ze swojej wolnościowej tradycji, z drugiej — roztrwaniamy ją, oddając, i to bez walki, barbarzyńcom. Zdewastowanie wymiaru sprawiedliwości, serwilistyczne wobec władzy Trybunał Konstytucyjny i prokuratura, upadek mediów publicznych, nauki i kultury — to tylko niektóre przykłady z krajobrazu pełnego zgliszcz. Czy może być jeszcze gorzej? Niechybnie, bo przecież apetyt tej władzy jest przecież nienasycony.

W czasie protestów w obronie demokracji stanęła nas garstka. Dwa razy z rządu przegraliśmy w demokratycznych wyborach walkę o parlament. Trudno się więc dziwić, że przy tak małej skali obywatelskiego nieposłuszeństwa władza poczyna sobie coraz śmielej. Niestety, naszą biernością dodajemy jej wiatru w żagle. Ktoś słusznie zauważył, że nie jest wcale dramatem to, że znaleźliśmy się w takiej sytuacji, ale to, że zaczynamy się w tej rzeczywistości urządzać. Cóż: może choć wyszliśmy z komunizmu, komunizm nie wyszedł z nas na dobre?

Najbardziej wstydliwym dziedzictwem słusznie minionej epoki jest nadal istniejący podział na swojskich i zawsze mających rację „nas” i tych znienawidzonych i ciągle dybiących na naszą niezależność „onych”. Owszem, obecna władza to przekonanie szczególnie wzmocniła, oddzielając się od tak teoretycznie podziwianego „suwerena”. Jednak w praktyce ten podziwiany suweren, czyli społeczeństwo, stał się największym wrogiem tej władzy. W naszym być może naiwnym przekonaniu tylko wyjątkowa sytuacja pandemii uniemożliwia wyjście społeczeństwa na ulicę, które zaczyna mieć powoli dość jej apetytu na coraz więcej i więcej z tego, co nam zostało dla siebie. Najbliższe miesiące będą bolesnym sprawdzianem snu o potędze reżimu „dobrej zmiany”. Nie musimy przypominać, że za komuny tak właśnie władza była konfrontowana z rzeczywistością. Czy jesteśmy już w tym miejscu, kiedy mamy za sobą przepaść i instynktownie masowo powiemy: veto? Czy może staliśmy się społeczeństwem bezwolnych tchórzy, którego snów nie mąci już wizja życia w normalnym kraju?

Przez te wszystkie lata po magicznym 1989 roku wybudowaliśmy piękne drogi, nowoczesną infrastrukturę do życia, zadbaliśmy o rozrywkę, zaniedbując kontakt z prostymi ludźmi. Magiczny wolny rynek, który miał wszystko załatwić, wszystkiego nie mógł załatwić. Ci prości ludzie poczuli się zdradzeni. Nikt z nimi nie rozmawiał o prawach obywatelskich, szacunku dla sądów i konstytucji. Nie dziwmy się więc, że to dla nich tematy peryferyjne. Inne ręce dały im osłonę socjalną i na razie będą z tych rąk jeść. Oni dziś wcale nie czekają, że problem demokracji w Polsce załatwi instytucja europejska. Bez ich poparcia żaden protest nie odsunie od władzy autorytarnych rządów Jarosława Kaczyńskiego. Pokazuje to historia, w której protesty elit nikogo nie obchodziły.

Straciliśmy prawo do dumy. Nie wmawiajmy sobie, że nie złożyliśmy broni, gdy obce i wrogie mocarstwa odebrały nam polityczną suwerenność, bo to nie my dokonaliśmy powstańczych zrywów w 1831 i 1863 roku pokazując, że niestraszni nam potężni zaborcy. Nie jest też naszym udziałem wielki wysiłek twórczy wskrzeszenia z podzielonej przez ponad sto lat Polski, w ciągu zaledwie dwudziestu lat, spójnego, jak na tamte możliwości, wielokulturowego społeczeństwa. Przestańmy też sobie przypisywać zasługi w drodze do odrodzenia po barbarzyństwie drugiej wojny światowej, które pochłonęło sześć milionów ofiar, oraz długiej nocy komunistycznego zniewolenia. Bardzo lubimy się ogrzewać w tej niepodległościowej mitologii i martyrologii, ale właśnie straciliśmy do tego prawo.

Coś się z nami stało. Stopniowo, ale w sposób nieuchronny rezygnujemy z tak drogo okupionej wolności. Być może rocznicowe uświęcenie tych ważnych momentów naszej historii spełnia funkcję mechanizmu obronnego wobec naszej niemocy, by dokonać jakiegoś zrywu?

Zdaje się, że nie działa już zasada „dopóki dzban wodę nosi”. Raczej weszliśmy w etap adaptacji i pogodzenia się z rzeczywistością. W procesie odreagowania straty to ostatni etap przerabiania żałoby tym, co zostało odebrane.

Paradoks polega na tym, że dziś już żaden wróg z zewnątrz wolności nam nie zabiera. Sami się jej pozbawiamy. Może za bardzo myśleliśmy tylko o swoich interesach?

Nie tylko kolejne ekipy rządzące ponoszą za to odpowiedzialność. Katolicyzm jako prawdziwa ostoja wolnościowej tożsamości jest próchnem. Czy rzeczywiście można jeszcze w Kościele zaobserwować kultywowanie etosu wolnościowego? Jakoś nie widać jednego sprawiedliwego biskupa, który by stanął po stronie tej wolności. Mamy za to od lat festiwal kazań upstrzonych wizjami urojonych najeźdźców z zewnątrz, co potwierdza tezę, że w warunkach pracy u podstaw Kościół nie potrafi funkcjonować. Owszem, chętnie korzysta z dobrodziejstw integracji europejskiej, jednak wartości europejskie: szacunek dla inności, tolerancja i pomoc wykluczonym są mu obce. Okazuje się, że można dać Kościołowi trochę wpływów i przywilejów, przymknąć oko na ciemne sprawki i już siedzi cicho posłuszny i obojętny nawet wówczas, kiedy szaleni ludzie, kosztem realnego zagrożenia życia i zdrowia obywateli, chcą na siłę przepchać swojego kandydata na urząd prezydenta. Na marginesie, w dobie pandemii, kiedy zamarły obrzędy religijne — żyjemy na pustyni życia duchowego.

A politycy? Zwłaszcza ci odwołujący się do tradycji niepodległościowej. Czy w istocie, jak lubią powtarzać, rzeczywiście są spadkobiercami tych wszystkich wielkich etosów, na które się powołują? Starczy wspomnieć o przysłowiowym już „zachowywaniu anonimowości” przy każdej wypowiedzi, która niesie ryzyko zmarszczonych brwi jedynego i przedwiecznego przywódcy.

Ale przecież to nie tylko instytucja Kościoła katolickiego jest przykładem tchórzliwej ucieczki od zajmowania krytycznego stanowiska wobec kontrowersyjnych, a czasem wręcz bulwersujących wypowiedzi niektórych księży, i to z tytułami naukowymi. Nie tylko polityka dostarcza mnóstwo przykładów „partyjnej dyscypliny”, która tak naprawdę jest przejawem braku odpowiedzialności, za podejmowane przez ogarniętych szaleńczymi wizjami przywódców. To samo zjawisko zaczynamy, ze smutkiem zresztą, dostrzegać również w gronie ludzi nauki i szeroko rozumianej kultury. Jakbyśmy wstydzili się albo – co gorsza – bali już mieć swój pogląd. A przecież poparty systematycznym i dobrze udokumentowanym wywodem, nie tylko nie powinien być ujmą, ale wręcz dodawać odwagi, by go głosić.

Słusznie pisał niedawno Jarosław Kurski, odwołując się do typologii Bruce’a Ackermana z Uniwersytetu Yale, że wchodzimy właśnie w kluczowy etap zatracenia, kiedy barbarzyńcy przeciągają na swoją stronę elitę – sędziów, profesorów, polityków, urzędników, dziennikarzy oraz świadomych obywateli – skłaniając ich do zaakceptowania sprzecznego z prawem status quo. Za chwilę nastąpi ostatni etap – konsolidacja nowego porządku.

Już dziś widzimy wielu naukowców, którzy tak bardzo przejęli się ideologią dobrej zmiany, że zaprzęgli do niej swój naukowy autorytet i często znaczny dorobek naukowy. Kiedyś francuski myśliciel Julien Benda pisał w swojej klasycznej książce o „Zdradzie klerków”, a więc o zaprzedaniu się ideologii czy to komunistycznej, czy faszystowskiej pokazując, jak niewielu zachowało niezależny etos służby wartościom obywatelskim i demokratycznym. Dzisiaj do tej książki można dopisać litanię nowych nazwisk. Wspomnijmy te najgłośniejsze: ministra kultury profesora Piotra Glińskiego, który nie tylko publicznie szczyci się nieprzeczytaniem książek noblistki, ale robi wszystko by zniszczyć niezależną kulturę, czy dwóch sztandarowych intelektualistów obecnego reżimu i europosłów, profesora i filozofa Ryszarda Legutkę, który robi wszystko by zohydzić rodakom zachodnią kulturę, czy jego kolegę profesora i socjologa Zdzisława Krasnodębskiego, który, mimo iż przez lata był wykładowcą niemieckiego uniwersytetu, ciągle ostrzega Polaków przed niemieckim niebezpieczeństwem. Wypada, bo to na czasie, przypomnieć lekarza i profesora Łukasza Szumowskiego, który jako minister zdrowia przedkłada wolę prezesa rządzącej partii nad zdrowie obywateli, które powinien chronić i jako lekarz i jako szef resortu zdrowia. To oczywiście tylko kilka pierwszych z brzegu przykładów intelektualistów, dla których wymóg dyscypliny partyjnej stał się ważniejszy nad zaszczytną i wymagającą służbę nauce.

Mamy też nieodparte wrażenie, że w ten schemat powszechnego tchórzostwa wpisała się również czwarta władza, czyli media. Tak jak dla wielu polityków lęk przed grymasem przywódcy partyjnego skutecznie paraliżuje niezależność w podejmowaniu niekiedy kontrowersyjnych tematów (jak na przykład jasne opowiedzenie się za bojkotem majowych niby-wyborów prezydenckich), tak w przypadku mediów obserwujemy swoiste bańki informacyjne, które uniemożliwiają krytyczne komentarze wobec nietrafionych diagnoz politycznych czy naruszają przyjęty modus vivendi z Kościołem katolickim (dotykających np. „nieomylności środowiskowego guru”). To wszystko sprawia, że nie tylko polityka czy życie religijne, ale również debaty medialne pozbawione są radykalizmu, jaki pamiętamy z początku lat 80.

Jest jednak nadzieja. Prokurator Ewa Wrzosek, z Prokuratury Rejonowej Warszawa-Mokotów, pokazała nam właśnie, co znaczy przyzwoitość. W czwartek zrobiła, to co należało. Wszczęła śledztwo w sprawie decyzji o przeprowadzeniu wyborów prezydenckich w związku z zagrożeniem dla zdrowia i życia. Chciała o nas zadbać. Po kilku godzinach śledztwo zostało umorzone przez innego śledczego z tej samej prokuratury. Dzień później Wrzosek dowiedziała się o wszczęciu wobec niej postępowania dyscyplinarnego. Skomentowała to krótko: „Politycy się zmieniają. Ma się jedną twarz, jedno nazwisko i jedną pieczątkę. Nie warto tego zatracać”.

Zapamiętajmy jej nazwisko, ale też nazwiska jej przełożonych. To oni mają się bać, nie prokurator Wrzosek.

Stanisław Obirek,
Artur Nowak

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com