Wojna jako rzeczywistość

Zdanie odrębne

30.04.2020

Pewnej Pani z Krakowa

„Wojna jest matką wszystkich rzeczy i wszystkich królową” – mówił Heraklit, zastanawiając się nad początkiem świata. Uwagę chrześcijaństwa bardziej zajmował koniec, po którym miał nastąpić świat inny, lepszy. Św. Jan, człowiek o dużej wyobraźni eschatologicznej, maluje taki obraz: I usłyszałem donośny głos mówiący od tronu: «Oto przybytek Boga z ludźmi: i zamieszka wraz z nimi, i będą oni Jego ludem, a On będzie „BOGIEM Z NIMI”. I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już [odtąd] nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły»[1]. Chcąc zapewne przyspieszyć koniec świata, ewangelista obok Śmierci wprowadził: Zarazę, Wojnę Głód. Ich personifikacją są czterej jeźdźcy Apokalipsy; zaraza (epidemia albo pandemia) jest pierwsza, wojna – druga w kolejności…

Przez bliskie sąsiedztwo zaraza może być wojną, którą Natura, czyli przyroda toczy z człowiekiem. A ponieważ on też jest częścią Natury – wygląda na to, że wojnę wydał sam sobie…

Pandemia błyskawicznie obejmująca cały świat, nie jest sama. Towarzyszą jej inne plagi: zanieczyszczenie środowiska, efekt cieplarniany, brak wody, stepowienie klimatu (szczególnie w Polsce), brak warunków do życia w strefie równikowej, migracje ludów Afryki na Północ; do tego choroby cywilizacyjne: otyłość, cukrzyca, rak (u nas rocznie zabija 100 tysięcy ludzi!). Skutek? Masowo giną ludzie; do kompanii dołączył więc trzeci jeździec – Śmierć. W ten sposób dokonuje się synteza wojny, zarazy i śmierci; choć jeszcze niepełna, bo przecież w kolejce czeka jeździec czwarty – Głód. Jego nadejście bez ogródek zapowiada Światowa Organizacja Zdrowia.

I choć plagi to specjalność starożytnego Egiptu, bliższa nam Grecja za rządów Peryklesa. Ich kronikarz Tukidydes, zostawił po sobie wiekopomne dzieło pt. Wojna peloponeska. Dla polityków myślących jest ono stałym punktem odniesienia; niemyślący i tak nie potrzebują czytać… Wojna między Spartą i Atenami trwała przez dwadzieścia lat a jednym z jej komponentów była epidemia, opisana ze szczegółami:

Pierwszym objawem była silnie rozpalona głowa, oczy zaczerwienione i piekące, jama ustna i język nabiegły krwią, oddech stawał się nieregularny i miał przykry zapach; następnie pojawiał się katar i chrypka, a po niedługim czasie choroba atakowała płuca i pojawiał się silny kaszel.

Dolegliwości typowe jak przy koronawirusie…

Podobnie jak zachowania ludzi w czasie epidemii:

Odrzucono wszystkie zwyczaje pogrzebowe […]. Wielu z powodu licznych wypadków śmierci w rodzinie nie miało środków do palenia zmarłych […], kiedy cudzy stos się palił, dorzucali zwłoki swego bliskiego i odchodzili.

Dzisiaj jest trochę inaczej; zmarłymi zajmuje się państwo, wojsko i firmy pogrzebowe…

I jeszcze jeden wątek – religijno-polityczny. Tukidydes pisze:

Jeśli idzie o bogów, ludzie uważali, że pobożność tak samo nie ma żadnego znaczenia, jak obojętność religijna […]. Z pogwałcenia zaś praw ludzkich nikt sobie nic nie robił, bo nikt nie był pewien, czy doczeka wymiaru sprawiedliwości.[2]

*

Czy współczesny biały człowiek może się zgodzić na to, że wojna jest matkąkrólową wszystkiego? Wszak tyle lat bohatersko walczył o pokój, umawiał się na pokojowe współistnienie państw, wypuszczał gołąbka pokoju, zamrażał zbrojenia, podpisywał traktaty pokojowe, otwierał granice, likwidował arsenał broni i co tam jeszcze… I nagle za sprawą wirusa, nawet nie bakterii, wszystko może lec w gruzach. Jak to możliwe?

Wystarczy wziąć pod mikroskop odrobinę Matki naszej – ziemi i obserwować, jak jedno żyjątko pożera drugie; robi to bez oporów, bo inaczej samo stanie się pokarmem. W świecie żywym walczą ze sobą byty wyżej zorganizowane, wielokomórkowe, które pełzają, latają, pływają, chodzą na czterech nogach, albo na dwóch – jak człowiek, byt naczelny i korona wszelkiego stworzenia. Jeśli zostało ono stworzone, bowiem co do tego nie ma absolutnej pewności… Może stworzenie powstało samo z siebie, jak uważał pewien filozof utrzymujący się ze szlifowania szkieł i diamentów.

ALBRECHT DÜRER: Czterej jeźdźcy Apokalipsy

Zatrzymajmy się jednak przy człowieku; wszak jego świat to prawdziwa wojna totalna – Bellum omnium contra omnes! Walczą ze sobą dwie płci, czyli kobieta z mężczyzną (albo na odwrót), co przenikliwie zaobserwował, a potem oddał w swoich dramatach (Panna Julia, Mistrz Olof, Ojciec) szwedzki pisarz August Strindberg (1849-1912). Zainspirował on również polskich pisarzy podejmujących problem walki płci – Tadeusza Rittnera (W małym domku) oraz Witkacego, który nawiązał do tej sztuki w swoim dramacie (W małym dworku)…

Dzieci walczą między sobą o dominację w stadzie, potem walczą z rodzicami – zarówno kiedy są małe, jak i duże… Żony walczą z mężami (i vice versa); córki z matkami, synowie z ojcami; młodzi ze starymi (i na odwrót), choć ci ostatni zazwyczaj przyjmują postawy obronne. Walczą ze sobą kochankowie, chyba że są czasowo lub na trwałe od siebie oddzieleni – jak Tristan i Izolda, Abelard i Heloiza, czy Romeo i Julia… Ich związki były i są nieszczęśliwe, ale głośne i literacko inspirujące. Walczą ze sobą ludzie starzy, którym wspólne życie powinno było dostarczyć instrumentów zachowania pokoju… I tak dalej, i dalej.

Kiedy jedna grupa obywateli walczy z drugą, mamy wojnę domową, jak to robią różnowiercy – jest wojna religijna (obydwie mogą być prowadzone w jednym kraju i czasie). A potem są wojny angażujące narody, państwa i grupy państw, tworzących w tym celu sojusze zaczepno-odporne. No i w końcu wojny światowe, globalne; da Bóg – będą i kosmiczne, z wyprzedzeniem nazywane gwiezdnymi

Niektórzy przywódcy wielkich państw (Trump, Macron i in.), gdzie koronawirus zbiera obfite żniwo, oficjalnie wypowiedzieli mu wojnę, czego wyrazem ich militarna retoryka, prężenie muskułów, nadymanie się i strojenie poważnych min. Także w zaściankowej, bogoojczyźnianej, ale i bezradnej Polsce, której władze jeszcze niedawno bagatelizowały zarazę i żartowały z maseczek, codziennie mówi się o „froncie walki” z pandemią. Nie tworzą go politycy ani wojsko, tylko lekarze, pielęgniarki, salowe, ratownicy medyczni… Najpierw bez wyposażenia ochronnego, a kiedy je dostali, nadal nie mają regularnego dostępu do testów, bo nie zgodził się na to sejm. W Internecie doświadczają hejtu, a na ulicy nieskrywanej agresji – jako roznosiciele zabójczego wirusa!

Polacy, którzy zamiłowanie do wojny wysysają z mlekiem matek, uważani są w świecie za żołnierzy szalonych (nie mylić z wyklętymi). Często posyła się ich do tzw. missions imposibles, gdzie zwykłe giną w dużych ilościach. Zaraz potem ich rodacy tworzą mity o naszym bohaterstwie, choć często było to pospolite awanturnictwo, lub nieliczenie się z rzeczywistością. Przykłady: szarża pod Somosierrą (trwała 8 minut i kosztowała połowę szwadronu); bitwa o Monte Cassino (niepotrzebna, zginęło ponad tysiąc Polaków, a wojska alianckie i tak przerzucono do Włoch drogą morską); Powstanie Warszawskie (15 tys. nieuzbrojonej młodzieży przyczyniło się do śmierci 200 tys. cywilów).

Wojna cieszy się u nas nie tylko wzięciem literatów (Krzyżacy, Ogniem i mieczem, Potop), ale i filozofów. Ostatnim, który o niej pisał z przejęciem i patosem jako o szkole charakterów, był arystokrata Józef Maria Bocheński – filozof analityczny, logik, niewierzący w Boga dominikanin o imieniu Innocenty. Amator szybkich samochodów, a na stare lata pilot małej awionetki….

Miłośnikami wojny są powstające jak grzyby po deszczu grupy rekonstrukcyjne, które z braku wojny rzeczywistej bawią się w wojenki na niby, przebrane w rozmaite stroje: od piastowskich wojów – po Ludowe Wojsko Polskie. O zamiłowaniu do wojny świadczy stała popularność filmu Czterej pancerni i pies oraz innych obrazów. Rekonstrukcje potyczek i wielkich bitew na niby świadczą o naszej infantylności oraz niedojrzałości dziejowej. Ale jak mamy być dojrzali, skoro Wieszcz przedstawiał nas Bogu jako „Dzieci narodu wojennego”, a w wymyślonej ad hoc litanii nakazywał modlić się: O wojnę powszechną, za wolność ludów…, O Broń i orły narodowe…, O śmierć szczęśliwą na polu bitwy…, O grób dla kości naszych w ziemi naszej…

Kiedy jest prawdziwa wojna, którą wypowiedział niewidoczny wirus, żadna z grup przebierańców nie podejmuje wyzwania, by z nim walczyć. Ta wojna jest dla nich mało atrakcyjna, można w niej zginąć, albo się ciężko przechorować; w dodatku bez munduru, w niekomfortowym kombinezonie, utrudniającym oddychanie i krępującym ruchy… Czy ktoś słyszał, aby jakiś rekonstruktor, przebieraniec zasilił szeregi ratowników medycznych, załóg karetek pogotowia, personel szpitalny albo pomocniczy w DPS-ach?

*

Tytuł tego tekstu nie jest oryginalny; pochodzi z miesięcznika „Przegląd Powszechny”, sprzed jakichś dwudziestu lat, więc plagiatu nie będzie… Wtedy, po zakończeniu zimnej wojny Polska i świat znalazły się w błogiej aurze pacyfizmu. Na uniwersytetach prowadzono intensywne badania nad „filozofią pokoju”, ponieważ amerykański myśliciel japońskiego pochodzenia (Francis Fukuyama) ogłosił „koniec historii” oraz powstanie „uniwersalnego państwa homogenicznego”. W Krakowie, zamiast manewrów z ostrą amunicją, organizowano festiwale orkiestr dętych niedawnych wrogów. Odbywały się one przez kilka lata, po czym zlikwidowano tamtejszy okręg wojskowy.

Tymczasem wojnapokój to stany komplementarne (jak w powieści Lwa Tołstoja), czyli takie, które się wzajemnie uzupełniają. Starożytni widzieli w wojnie pewien stan prawny, charakterystyczny dla sytuacji użycia siły (Cyceron), albo „monetę, którą władcy płacą za to, co im przynosi korzyść” (Plutarch). Chrześcijaństwo, które dla celów ideologiczno-religijnych chciało zakazać wojen, wymyśliło sprytną dystynkcję wojen sprawiedliwychniesprawiedliwych (św. Augustyn i Tomasz). Spodobała się ona profesorom Akademii Krakowskiej (Stanisław ze Skarbimierza, Paweł Włodkowic) oraz naszym pisarzom renesansowym: Fryczowi Modrzewskiemu, Przyłuskiemu, Tarnowskiemu. Nie do końca godząc się na wojnę jako zjawisko konieczne, dopuszczali jej możliwość, przygodność, czyli przypadkowość. Renesansowe utopie nie chciały wojen, choć wojny nic sobie z tego nie robiły; prowadzono je nadal; może wstydliwie, z zażenowaniem, ale nieustannie.

Kres tej hipokryzji pożyło dopiero Oświecenie; a jeden z filozofów tamtego czasu Tomasz Hobbes, potraktował wojnę w kategoriach zjawisk naturalnych tudzież skłonności człowieka. Pisał:

Wojna polega nie tylko na walce czy też rzeczywistym zmaganiu. Czasem wojny jest odcinek czasu, w którym dostatecznie jest wyraźnie zdecydowanie na walkę. A wobec tego pojęcie czasu należy włączyć do natury wojny tak, jak włącza się je do natury pogody. […] natura wojny polega nie na rzeczywistym zmaganiu, lecz na widocznej do tego gotowości w ciągu całego czasu, w którym nie ma pewności, że jest przeciwnie[3].

*

Panuje przekonanie, że wojny toczone są z dwu powodów: nadmiaru, albo braku. Wspomniany Tukidydes pisał o wojnie peloponeskiej, że „obie strony (Ateny i Sparta – JS) ruszały na nią, znajdując się u szczytu swej potęgi wojennej”[4]. Czy można sobie wyobrazić trzeci powód? Oczywiście; na przykład z nudów, z resentymentu, że nas nie doceniono, w imię godności, albo wstawania z kolan, bo ma się wroga, albo specjalną misję w Europie i świecie, dla idei wybraństwa… Wszak naród wybrany nieustannie toczył wojny ze swymi sąsiadami, przy Bożej pomocy.

Taka wojna – z nadmiaru i braku zarazem – trwa w Polsce od pięciu, a właściwie od dziesięciu lat. Dowodzi nią jeden człowiek, Bóg wojny, jakby żywcem wzięty z Mickiewicza… Żołnierzy gotowych iść za nim znalazł nie tylko wśród mających poczucie krzywdy i zagrożenia, ale i cynicznych, żądnych władzy i gotowych na wszystko czterdziestolatków. Wsparli go urzędnicy Kościoła, od biskupów – po wikarych, którzy uznali, że to ostatni moment rozpoczęcia wojny o katolicką Polskę, jakby istniała jakaś inna… Wszak Ecclesia militans (Kościół walczący) to wymarzony model instytucji, której założyciel kategorycznie oświadczył: „Królestwo moje nie jest z tego świata”, ale jego naśladowcy ignorują to od ponad dwu tysiącleci…

Polska wojna ma wiele frontów. Zewnętrzny to Unia Europejska, jej instytucje i pieniądze, które przez wiele lat starczały zaledwie „na budowę chodników”, a i teraz, w czasie epidemii „nie dali nam ani centa”… Ważniejszy jest jednak front wewnętrzny. Oto nasz wódz — miłośnik kotów i „zwierząt futerkowych”, który w sposób pokojowy zniszczył raczkujące dopiero demokratyczne państwo, w ostatniej fazie toczonej wojny zyskał nieoczekiwanego sojusznika — Zarazę. Codziennie pochłania ona kilkadziesiąt ofiar, ale wódz milczy, bo jak można źle się wypowiadać o sojuszniku, dzięki któremu można zdobyć pełnię władzy i zmienić ustrój?

Z ławy sejmowej – jak Napoleon z konia – z marsową miną przygląda się rozlicznym polom bitew. Czasem się uśmiecha z politowaniem nad nieudolnością przeciwników, machnie od niechcenia ręką na zbuntowanego żołnierza i odwróci od niego wzrok, wypchnie językiem to lewy, to prawy policzek, zrobi sardoniczny grymas… Albo – wbrew zakazowi zgromadzeń – ustawi wokół siebie najważniejsze osoby jak figury w teatrze kukiełkowym.

Wojna więc trwa i będzie się toczyć aż do zwycięstwa, jakim będą wybory prezydenckie. Potem można będzie – bez konsekwencji formalno-prawnych – przypomnieć sobie pierwszą i ostatnią zwrotkę wiersza Marii Konopnickiej: A jak poszedł król na wojnę…

W życiu – doświadczanego przez Boga, historię i własnych obywateli – średniego państwa w środku Europy rozpocznie się nowa epoka.

J S

Przypisy:

  1. Św. Jan Ewangelista, Apokalipsa 21,3.

  2. Tukidydes, Wojna peloponeska, (Warszawa 1953, tłum. K. Kumaniecki. (Cyt. za GW z 28-29 marca 2020)
  3. T. Hobbes, Lewiatan, czyli materia, forma i władza państwa kościelnego i świeckiego, tłum. Cz. Znamierowski, Warszawa 1954, s. 109.
  4. Tukidydes, Wojna peloponeska, tłum. K. Kumaniecki, Warszawa 1953, s. 1.
Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com