Zbigniew Szczypiński: Gorzkie prawdy na trudny czas

01.05.2020

Czarna dziura. Photo by 95C on Pixabay

Stan pandemii trwa. Stan totalnego kryzysu w polskiej polityce trwa jednak znacznie dłużej niż atak Covid-19.

Obawiam się, że tak, jak nie zaakceptowaliśmy stanu klęski epidemii i związanych z nią ograniczeń, tak do tego, co wyrabia od pięciu już lat Jarosław Kaczyński z ekipą „dobrej zmiany” – spora część polskiego społeczeństwa się przyzwyczaiła.

Mało powiedzieć – przyzwyczaiła się. To więcej niż przyzwyczajenie, to przyzwolenie na kolejne zamachy na wolności konstytucyjne, na państwowe instytucje gwarantujące rządy prawa, na zwierzchność Konstytucji nad prawem stanowionym przez aktualną większość w Sejmie, na obsadzanie ważnych stanowisk w państwowych urzędach czy spółkach skarbu państwa przez ludzi bez żadnych zgoła kwalifikacji. Za to wiernych żołnierzy rządów „dobrej zmiany”. Przykładów aż nadto, każdy widzi.

Widzi — i co?

I nic!

Proces niszczenia państwa przez Jarosława Kaczyńskiego, Zbigniewa Ziobrę, Mateusza Morawieckiego, Andrzeja Dudę toczy się dalej. A obecnie jesteśmy świadkami niebywałego wprost — nawet jak na tę władzę — zamachu na instytucję wyborów, to prawdziwe święto demokracji. Wyborów, które w czerwcu 89 roku, mimo ograniczeń formalnych, narzuconych przez wtedy panujących, dały początek Wielkiej Zmiany. Dały rząd pierwszego niekomunistycznego premiera Tadeusza Mazowieckiego i wszystko, co po tym.

Trzydzieści lat temu.

Wtedy, przed trzydziestu laty, była jednak nadzieja. Nadzieja budowana przez ciemne lata stanu wojennego i konspiracji. Byli bohaterowie tej walki i ludzie ją popierający. Były masowe protesty; stojących z boku, mówiących, że to nie moja sprawa, było mało. Zawsze są tacy ludzie.

Teraz jest inaczej. Teraz, po wszystkich skandalach i zamachach na wolność i demokrację — we wszystkich sondażach rządzący mają przewagę. Prezydent Duda nadal cieszy się największym zaufaniem spośród wszystkich polityków. Ten prezydent, który nie spełnił praktycznie żadnej swojej obietnicy danej — a to „frankowiczom”, a to innym pokrzywdzonym przez transformację. Tylko dlatego, że objechał cały kraj, odwiedził każde, nawet bardzo małe miasteczko, w którym nigdy nie był żaden ważny polityk — a prezydent, to już poza wyobraźnią mieszkańców; za to, że pogłaskał dzieci, zatańczył z kobietami z koła gospodyń, za to, że wykonał szereg innych pustych gestów — cieszy się poparciem ponad połowy Polaków i w każdych wyborach, tych zmanipulowanych i tych normalnych, ma poważne szanse na reelekcję.

Jesteśmy w „czarnej dziurze”. Nawet nie chce mi się komentować bieżących wydarzeń — tego, co powiedział Biedroń czy Kosiniak-Kamysz i tego, czego nie powiedział Szymon Hołownia. To nie ma żadnego sensu.

Jesteśmy w matriksie, w nierzeczywistości. To, co się dzieje, dzieje się poza czasem, mimo że biegną terminy wyznaczone prawem.

Gdy zobaczyłem wzór karty wyborczej – wyciekła do sieci – i dotarło do mnie, że jest na niej ponad dziesięciu kandydatów, w tym nazwiska, które mnie, a podejrzewam, że i innym nic, ale to kompletnie nic nie mówią…

Nazwisk jest tyle, że wzywanie do wspólnego wycofania się tych sześciu kandydatów, którzy mają poparcie jakichś środowisk czy grup politycznych — nie ma sensu. Są bowiem jeszcze inni kandydaci, całkowicie egzotyczni, tacy, jacy pojawiają się zawsze przy okazji wyborów prezydenta, dla których start w takich wyborach jest przygodą życia, którzy nie zrezygnują ze startu nigdy, za żadne pieniądze.

Nie ma więc szansy na zostawienie Andrzeja Dudy w blokach startowych samego, tak aby wybory 10, 17 czy 23 maja nie mogły się odbyć.

Co zostaje? Ogłoszenie tego, co naturalne dla każdego myślącego człowieka.

Bojkotu.

Tych wyborów, organizowanych przez „wybitnego” działacza samorządowego z Wołomina, Jacka Sasina, mającego wszelkie przymioty, aby być nikim, a dzięki decyzji prezesa wszystkich prezesów będącego wicepremierem w rządzie Mateusza Morawieckiego i ministrem ważnego resortu. Ten człowiek walczy o swoje, wręcz walczy o życie. Jest pod presją, że albo zorganizuje przy pomocy upadającej Poczty Polskiej wybory w maju, albo straci swoje stanowiska, wróci do statusu bycia nikim.

Każdy zatem, kto weźmie udział w tych wyborach organizowanych z pogwałceniem wszelkich zasad obowiązujących w demokratycznych państwach Europy — pomaga Sasinowi, legitymizuje tę farsę wyborczą.

I tu nie ma żadnego wybacz, żadnego tłumaczenia, że nie oddamy pola bez walki, że nie zejdziemy z ringu.

Śmieszność takich okrzyków jest tak wielka, że pozwala mi na weryfikację kandydatów.

Ja mam za sobą taką weryfikację. Moim naturalnym kandydatem był kandydat lewicy (takie mam poglądy – takie miałem całe życie) Robert Biedroń. Przy czym byłem i jestem świadom, że Biedroń nie zostanie prezydentem Polski – na to jest jeszcze za wcześnie o trzydzieści lat. Głosowałbym jednak na niego w normalnych wyborach. Nie mogę głosować na niego w tej żałosnej farsie. Robert nie wygra, a mój głos oznaczać będzie, że to były wybory.

A to nie będą wybory. To będzie komedia, ale z poważnymi skutkami. Tak zdecydował prezes i tak się stanie. Jak nie w maju to później, ale tylko wtedy, gdy Andrzej Duda będzie miał wygraną zapewnioną, czy przy urnie, czy w protokołach tych komisji, których nie ma, czy w orzeczeniu tej specjalnej Izby Sądu Najwyższego, co to ją sobie Kaczyński powołał.

To są bardzo gorzkie refleksje. Wiem, trudno, ale na inne mnie nie stać.

Zbigniew Szczypiński

Polski socjolog i polityk


Ur. 11 sierpnia 1939 w Gdyni – poseł Unii Pracy na Sejm II kadencji. Działał w pierwszej „Solidarności”. Po ponownej legalizacji związku, od 1991 kierował Ośrodkiem Badań Społecznych w zarządzie regionu NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Przewodniczący Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com