Ernest Skalski: Czy jest minister zdrowia w tym kraju?

02.05.2020

Nie będę się liczył z twoim – panowie są od niedawna na ty – interesem politycznym. Mówię to, co wiem i co myślę. To, co mi nakazuje moja wiedza i misja mojego zawodu… oczywiście, masz rację.

Do tego sprowadza się, zakończone w piątek, 17 kwietnia 2020, trzymające tygodniami w napięciu oczekiwanie na rekomendację ministra Szumowskiego w sprawie wyborów. Adresat tych słów chyba nie miał powodu, aby podzielać to napięcie. Zapewne był współautorem i reżyserem spektaklu.

Tydzień wcześniej składał wieńce na placu Piłsudskiego i na Cmentarzu Powązkowskim. To gracz, więc gdyby dostrzegał rzeczywistość, to chyba nie strzelałby do własnej bramki na zasadzie; mam was gdzieś i chcę, byście to wiedzieli! Raczej już jest porządnie odjechany od otaczającej materii. To on. Lecz towarzysząca mu świta?

Macierewicz przez krótką chwilę trzymał dystans około dwóch metrów, lecz szybko dołączył się do grupy wokół prezesa. Kuzyn Tomaszewski jedyny przyszedł z maseczką, ale widząc, że nikt inny jej nie ma, trzymał ją na szyi, choć właśnie w grupie należałoby zasłaniać usta i nos.

Ten obraz wystarczy, by zdać sobie sprawę, że nikt z tych ważniaków nie śmiał powiedzieć Kaczyńskiemu, że to, co akurat robi, szkodzi im wszystkim, a już najbardziej jemu. Strach, hipnoza?

Wygląda na to, że ich warunek brzegowy, czyli ten, którego absolutnie nie mogą przekroczyć, to w niczym się nie narazić Kaczyńskiemu. A jego warunek brzegowy to nie dopuścić w maju do utraty prezydentury.

Zmarłemu obojętnie gdzie zaliczony

Teraz Kaczyński już się pokazuje w maseczce, lecz poza tym, jak dotąd, naczelnik jakby w ogóle nie zauważał tragedii swojego państwa. Liczą się dlań tylko wybory. A minister Szumowski, nie wycofując się z tego, że szczyt epidemii ciągle przed nami, stwarza sytuację, w której zaraza jakby nie miała żadnego związku z wyborami. Świadomość gwałtownego wzrostu zakażeń mogłaby wywołać kolejny szok w społeczeństwie, którego mógłby nie uspokoić powrót do leśnych spacerów, ani wizyty w galeriach. Mogłoby zabraknąć ludzi do przeprowadzenia głosowania w jakikolwiek sposób i do kworum głosujących powyżej skandalicznego minimum.

Na razie rząd stara się, by do tego szoku nie doszło. Zaciemnia sytuację. Przy liczbie testów absolutnie nieprzystającej do skali zagrożenia, nie wiadomo, ile osób chorowało, choruje i będzie niebawem chorować. Orientację można by mieć przez statystykę zgonów, ale ona fałszuje sytuację. Przykład; różnica w danych, podawanych przez Ministerstwo Zdrowia – osiem zgonów na COVID-19, a przez prezydenta Warszawy – 32, później już 35 zgonów. Skąd taka różnica, tylko jednego dnia w samej tylko stolicy!?

Każdy zgon w Warszawie tu zostaje odnotowany. Jeśli akt zgonu wystawia USC, tam, gdzie zmarły był zameldowany, to tu i tam liczby powinny się zgadzać. Ale czy zgadzają się z komunikatami, które teraz przechodzą przez wojewodów? I na podstawie jakich raportów podaje informacje Szumowski? W Urzędach Stanu Cywilnego po całym kraju trzeba by zbierać dane, by wiedzieć, czy władza, będąc zainteresowana określonym wynikiem, nie oszukuje społeczeństwa. Albo jest jakiś monstrualny błąd w sposobie liczenia, albo oszustwo aż niewiarygodne. W każdym razie jakoś by to tłumaczyło niewytłumaczalną antywirusową odporność Polski w porównaniu z resztą Europy.

Zaskakuje metoda zaliczania zgonów w miejscu zameldowania, a nie śmierci ofiary. Jeśli mapa zachorowalności ma być do czegoś przydatna, to istotne są warunki i okoliczności, w których ktoś zachorował i umarł, a nie tam, gdzie spędził dzieciństwo. Zwłaszcza gdy chodzi o epidemię!

Jak się prowadzi śledztwo, to ważne są wszelkie poszlaki. Wczesna wiosna to okres największej w roku umieralności. Ilość zgonów wirusowych nie jest przy tym zauważalna. Lecz czy przypadkiem nie ma jakiegoś zauważalnego wzrostu w porównaniu z wcześniejszymi latami?

W Rzeszowie jest. W marcu 2020 w porównaniu do marca 2019 było o 38 procent zgonów więcej, głównie z powodu zapalenia płuc i niewydolności oddechowej. Jakąś część mógł zabić nierozpoznany COVID-19, a jakaś liczba zgonów zwiększyła się z powodu mniejszej wydolności służby zdrowia, spowodowanej przez epidemię. Na jedno wychodzi. Z powodu koronawirusa umierają bowiem nie tylko ci, którzy byli nań bezskutecznie leczeni i jako tacy trafiają do sprawozdań.

Należałoby badać wszystkie wirusopodobne choroby i przypadki śmierci – w szpitalach i poza nimi – jeśli okoliczności budzą podejrzenie, że w grę mógł wchodzić koronawirus. Tak samo, jak należałoby badać wszystkich zdrowych, jeśli zachodzi podejrzenie, że mogą być nosicielami COVID-19, czy że są szczególnie narażeni przez kontakt z pacjentami, klientami, petentami. A pisowska większość w Sejmie, w tym z doktorem Szumowskim, odrzuca propozycję Senatu, by choć raz w tygodniu testować pracujących w służbie zdrowia! Laboratoria mogą wykonywać dwadzieścia tysięcy testów na dobę, co i tak skandalicznie mało, jak na Polskę, a wykonuje się ich coś około dwunastu tysięcy. W ostatni dzień kwietnia – szesnaście. W Wielkanoc pięć tysięcy, tak jakby wirus miał prawo ją świętować.

Łukasz Szumowski zdziwiony i oburzony, że tak mało, skoro można by więcej. Już jakiś czas mówi, że mamy rezerwy. W tym, na dziesięć tysięcy łóżek z respiratorami wykorzystanych jest coś ponad tysiąc. Więc dlaczego na tych wolnych nie leżą pacjenci z DPS–ów, umierający z braku opieki? Kto jest, do jasnej cholery, ministrem zdrowia w tym kraju!?

Piętnastego kwietnia, w rozmowie z Justyną Pochanke w Faktach po Faktach TVN, zapytany, czy wybory warte są życia ludzi, Szumowski odpowiedział, że nic nie jest warte życia nawet jednego człowieka. I powtórzył, że szczyt zakażeń COVID-19 będzie na przełomie kwietnia i maja, w maju. Teraz kiedy dał Kaczyńskiemu placet na wybory korespondencyjne w maju, powinien więc zapewnić, że dziesiątki milionów operacji z papierami — wirus żyje od kilku godzin do pięciu dni — wyborczymi, z udziałem milionów ludzi, nie zwiększą liczby zakażeń i zgonów.

Nie chodzi o wiedzę dla wiedzy, lecz o to by społeczeństwo wiedziało, jak jest naprawdę. I żeby do tego stanu służba zdrowia postarała się dostosować swoje funkcjonowanie. Bez wciskania ciemnoty celem szybkiego wybrania Dudy na kolejną kadencję. Pozwoliłoby to uratować ileś istnień i zmniejszyć szkody w gospodarce. A jeśli nie pozwoliłaby na żadne wybory w maju, byłby to skutek uboczny, dodatkowo zwiększający szanse przeżycia pewnej liczby ludzi.

Wybory Sasina

Już niebawem ustawę o powszechnym głosowaniu korespondencyjnym odrzuci Senat. Wówczas albo władza wprowadzi jakiś stan nadzwyczajny – raczej klęski, choć z Kaczyńskim nigdy nic nie wiadomo, więc może i wyjątkowy – albo…? Cholera wie co. Tradycyjne wybory w lokalach, 10 maja, wymagają zmiany ustawy – Sejm, Senat – i organizacji od zera. A co na to powie Szumowski, który przyzwolił na wybory pocztowe, bo na te normalne, to wirus pozwoli dopiero za dwa lata? Ale to już będzie jego zmartwienie.

Władza zaczyna stopniowo wycofywać restrykcje, co zrozumiałe i konieczne. I może nie byłoby to groźne, gdyby ochronę zdrowia dostosowała do faktycznych rozmiarów epidemii i pozostałych chorób. Teraz jednak robi to tak, żeby na wszelki wypadek ułatwić sobie te niemożliwe wybory w lokalach. Jeśli ludzie mogą się tłoczyć w otwieranych galeriach, to mogliby pojedynczo, w maseczkach, podchodzić do siedzących w maseczkach komisji wyborczych. Na razie jednak wszystko się dzieje wokół wyborów Sasina.

Czy Sejm podtrzyma stanowisko Senatu, zależeć będzie od Gowina i kilku naprawdę „jego” posłów z Porozumienia? I nie chodziłoby o to, czy przejdą z nim na „jasną stronę mocy”, by stworzyć rząd koalicyjny z dotychczasową opozycją. Mogliby nadal zostawać w koalicji z PiS albo mógłby ich Kaczyński wyrzucić z rządu, który stałby się mniejszościowy. Liczyłoby się, że bez ustawy nie mogłyby się odbyć pocztowe wybory w maju. I wtedy PiS musiałby sięgnąć po stan klęski żywiołowej, a tego narzędzia chciałby Kaczyński uniknąć.

Nadal, posługując się Dudą, rządziłby wprawdzie lege artis, a artykuł 232 Konstytucji pozwala ten stan przedłużać, za zgodą Sejmu, bez ograniczeń, kiedyś jednak trzeba by to zakończyć i jeszcze 90 dni odczekać z wyborami. Trudno przewidzieć, jakie byłyby wtedy szanse PiS. A teraz, jakakolwiek namiastka wyborów zapewnia Kaczyńskiemu zachowanie na pięć lat obecnej struktury władzy.

Całkiem niedawno miał być projekt konstytucyjny Gowina, akceptowany przez Kaczyńskiego. Teraz jest to projekt Kaczyńskiego zlecony Gowinowi. Zmienił się jednak projekt i zmieniły okoliczności. Nie ma już czasu na ewentualną zmianę Konstytucji przed wyborami, więc zrobiłoby się je warunkowo. Jak potem zmienimy Konstytucję, to majowe wybory okażą się nieskuteczne i Duda z automatu okaże się prezydentem jeszcze na tylko dwa lata. A będzie na pięć lat, jeśli do zmiany w Konstytucji nie dojdzie. To curiosum w prawie państwowym świata. Dodatkowo dlatego, że w tym zabiegu nie przewiduje się, że ktokolwiek inny niż Duda wygra majowe wybory.

Sprowadza się ten zabieg do próby zmniejszenia oporów przeciw tym wyborom: nie podobają się? Będziecie mogli skrócić Dudzie kadencję. A potem: nie skróciliście? Wasza sprawa! Mało to przekonywające i poważnemu politykowi branie udziału w czymś takim nie przystoi.

Z tego, że Gowin działa z Kaczyńskim „wspólnie i w porozumieniu” nie musi wynikać, że nie zmieni frontu, gdyby ze strony opozycji dostał kuszącą propozycję. Ma szansę. Platforma nie chce brać udziału w majowych wyborach – niewyborach. Przeciw nim jest też PSL z Kosiniakiem-Kamyszem, który już wyprzedza w notowaniach Kidawę-Błońską, jest i Lewica. To nie znaczy, że Lewica i PSL nie wezmą w nich udziału, jeśliby się jednak miały odbyć. Ale teraz jest przeciw nim większość, która jednocześnie byłaby skłonna zastąpić marszałek Witek Gowinem. Jego powrót do Kaczyńskiego wygląda w tej sytuacji na mało prawdopodobny.

W maju 2020 nie ma sposobu na odsunięcie Dudy. To, co w realnie istniejącej sytuacji można i trzeba zrobić, to podjąć próbę zmuszenia Kaczyńskiego, by dla zachowania prezydentury Dudy, wprowadził stan klęski żywiołowej, jeśli nie będzie mógł przeprowadzić „wyborów Sasina”. I dajmy sobie spokój z czekaniem do 6 sierpnia, żeby po skończeniu kadencji Dudy jego obowiązki przejęła pani marszałek Witek. Nie ma takiej opcji. Albo wybory w terminie, albo konstytucyjny stan klęski. Jego wprowadzenie uratowałoby istnienia zagrożone przez wybory w czasie zarazy. I zachowałoby ważne konstytucyjne elementy państwa prawa. Dawałyby one opozycji możliwość prowadzenia walki parlamentarnej, w której zawsze może nastąpić przesilenie. Tego przecież się boi Kaczyński. I dlatego forsuje parodię wyborów.

Daje przy tym do zrozumienia, że w odwodzie ma jeszcze swą Wunderwaffe, nie stan klęski, ale stan wyjątkowy. Jego instrumentarium pozwala nawet na odtworzenie stanu wojennego z 13 grudnia 1981. Po czterdziestu ośmiu godzinach dostałby go do zatwierdzenia Sejm z opozycyjną większością, ale mogłoby się okazać, że opozycyjne partie są już zawieszone i obowiązuje cenzura. Byłoby czego się bać, ale bałaby się też władza. Jeśli nawet nie sam naczelnik, to może choć niektórzy jego wykonawcy, mający przed sobą jeszcze 20–30 lat aktywności. Ci, którzy 10 kwietnia bali mu się powiedzieć, żeby nie składał wraz z nimi wieńców na Placu Piłsudskiego i na cmentarzu.


Ernest Skalski

Dziennikarz, historyk


Ur. 18 stycznia 1935 r. w Warszawie
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com