Andrzej Koraszewski: Jedni osuszali moczary, inni propagują nienawiść

16.05.2020

Żydowscy osadnicy osuszają moczary w dolinie Hula w latach 20. ubiegłego wieku. Zdjęcie:  KLUGER ZOLTAN
Żydowscy osadnicy osuszają moczary w dolinie Hula w latach 20. ubiegłego wieku. Zdjęcie:  KLUGER ZOLTAN

Organizacja Human Rights Watch żeruje na renomie swojego założyciela, nieżyjącego już Roberta Bernsteina, który w 1978 roku postanowił wykorzystać tzw. trzeci koszyk OBWE i domagać się poszanowania praw człowieka w komunistycznych dyktaturach. Bernstein, wspaniały amerykański wydawca, początkowo zajmował się głównie losem prześladowanych radzieckich pisarzy. Założył wówczas Helsinki Watch. Z czasem organizacja została przekształcona w HRW.

Kiedy jakaś organizacja zyskuje renomę szlachetnej, uczciwej i rzetelnej, wszelkiej maści męty społeczne patrzą na nią jak kot na szperkę. Kradzież autorytetów moralnych jest fenomenem starym jak świat. Bernstein pod koniec życia odciął się od założonej przez siebie organizacji, stwierdzając, że została przejęta przez ludzi nieuczciwych i wściekle uprzedzonych wobec Żydów i Izraela.

Najnowszy dowód tego trwałego i rozległego uprzedzenia to nowy raport, w którym pracownicy tego nowego Human Rights Watch prezentują tezę o wypychaniu palestyńskich społeczności przez Żydów nie tylko na terenie Judei i Samarii (oczywiście w raporcie używa się nazwy wprowadzonej przez jordańskich okupantów – Zachodni Brzeg) i Gazy, ale również na terenie Izraela w granicach zawieszenia broni z 1949 roku.     

Opublikowany 12 maja 2020 raport jest zatytułowany: „Israel: Discriminatory Land Policies Hem in Palestine”. Nie wiemy, kto jest autorem, czy też autorami tego arcydzieła, ale jest ono niezmiernie pouczające.

Raport otwiera następujący akapit:

Izraelska polityka rządowa spycha palestyńskie społeczności poza Zachodnim Brzegiem i Gazą  do palestyńskich miast i wsi wewnątrz Izraela – oświadczyła dziś Human Rights Watch. Ta polityka dyskryminuje palestyńskich obywateli Izraela, ściśle ograniczając dostęp Palestyńczyków do ziemi do działek pod budowę domów, aby zakwaterować rosnącą populację.

Przerwałem w tym momencie lekturę, bo chociaż pamiętałem obrazy farm Druzów na Golanie lub Beduinów na pustyni Negev, nie miałem w głowie informacji o tym, jak przedstawiają się statystyki udziału mniejszości arabskiej w sektorze rolnym Izraela. Żyjemy w czasach, w których ściągnięcie takiej informacji wymaga tylko kilku minut. Według oficjalnych izraelskich statystyk arabskie rolnictwo to 800 tysięcy hektarów, z tego 580 tysięcy hektarów ziemi uprawnej, co stanowi 16 procent powierzchni ziemi uprawnej w całym kraju. 88 procent ziemi uprawianej przez arabskich farmerów jest ich własnością (pozostała część to ziemia dzierżawiona). Około 12 tysięcy Arabów pracuje w sektorze rolniczym, z czego 7 tysięcy to rolnicy niezależni. Istnieje „Wieloletni program rozwoju rolnictwa w sektorze arabskim”.  

Po stwierdzeniu oczywistego kłamstwa w pierwszym akapicie wróciłem do dalszej lektury raportu HRW.  Niegdyś szacowna organizacja „informuje” czytelników, że przez dziesiątki lat Żydzi konfiskują Arabom ziemie i skazują ich na tłoczenie się w miastach, rząd kontroluje zarządzanie gruntami tak w samym Izraelu, jak i na terytoriach palestyńskich.

Fakt, że rząd kontroluje zarządzanie gruntami, jest jakby oczywisty w każdym kraju, natomiast twierdzenie, jakoby Izrael kontrolował zarządzanie gruntami w Gazie lub w Judei i Samarii (poza obszarem C), jest kolejnym krzyczącym kłamstwem, które autorzy raportu serwują swoim czytelnikom w nadziei, że nikt niczego nie będzie sprawdzał.  

W piątym akapicie czytamy:

Palestyńscy obywatele Izraela stanowią 21 procent populacji kraju, ale izraelskie i palestyńskie grupy praw człowieka oceniały w 2017 roku, że mniej niż 3 procent całej ziemi w Izraelu znajduje się w administracji palestyńskich samorządów. Większość Palestyńczyków w Izraelu mieszka w tych społecznościach, chociaż niektórzy mieszkają w „mieszanych miastach”, takich jak Hajfa czy Akko.

I znów problem. Po pierwsze, większość ludności arabskiej w Izraelu określa się raczej jako „izraelscy Arabowie”, a nie Palestyńczycy, po drugie autorzy unikają danych na temat tego, ilu Arabów mieszka w miastach czysto arabskich z arabskim samorządem, po trzecie oczywiście nie informują o tym, że znacznie więcej izraelskich Arabów pracuje np. w sektorze medycznym niż w sektorze rolniczym.

Najciekawsze jest tu jednak owe „mniej niż 3 procent”. W Izraelu tylko 6400 kilometrów kwadratowych znajduje się pod administracją samorządów miejskich, z czego 10 procent należy do miast czysto arabskich. Ludność arabska nie jest jednak skupiona w wyłącznie arabskich miastach, a jeśli nie wymienia się Jerozolimy, Lod i innych, to ten obraz jest niesłychanie skrzywiony.   

Czy to znaczy, że w relacjach mniejszości arabskiej z państwem nie ma żadnych problemów? Jest ich całkiem sporo i można je przedstawić uczciwie, ale tego akurat nie należy oczekiwać od HRW.

Autorzy „raportu” informują czytelników, że opierają swoje rewelacje na 25 wywiadach z obecnymi i byłymi przedstawicielami lokalnych samorządów, mieszkańcami i planistami. (Musieli się bardzo starać w doborze swoich rozmówców, żeby przypadkiem nie podejrzewano ich o rzetelność i bezstronność, nie wspominając nawet o możliwości sprawdzania przekazywanych przez tych rozmówców „informacji”.)   

Autorzy raportu podkreślają z oburzeniem, że Izrael zaostrzył kary za nielegalne budownictwo i że 97 procent  spośród 1348 wyburzonych od 2017 roku nielegalnie postawionych budynków znajdowało się w miastach i wsiach arabskich.

Oczywiście moglibyśmy w tym miejscu zapytać, czy HRW potępia burzenie nielegalnie stawianych budynków w każdym kraju, czy tylko w Izraelu, czy burzone żydowskie nielegalnie stawiane budynki są słusznie burzone, czy jest możliwe, że arabscy obywatele Izraela częściej naruszają prawo budowlane niż obywatele żydowscy, a wreszcie czy może zauważyła, że są poważne oskarżenia Unii Europejskiej o świadome i zamierzone finansowanie arabskiego nielegalnego budownictwa w sektorze C w Judei i Samarii?    

Trudno doszukać się w tym raporcie chociażby jednego akapitu bez żadnego przekłamania.  

Koronny dowód na prześladowania ludności arabskiej stanowi w tym raporcie informacja historyczna.

W początkach lat dwudziestych (ubiegłego wieku) Stowarzyszenie Żydowskiej Kolonizacji Palestyny, aby stworzyć miejsce na żydowskie osiedla osuszyło moczary, które były źródłem utrzymania dla lokalnej ludności, gdzie wypasali swoje bydło i zbierali trzcinę do wyplatania mat.

Ciekawe, czy autorzy raportu nie mają najmniejszego pojęcia o historii, czy (co bardziej prawdopodobne) świadomie i z premedytacją wprowadzają w błąd swoich odbiorców? Historia zakupów ziemi przez żydowskich osadników w Palestynie jest bardzo dobrze udokumentowana. Jeszcze przed pierwszą wojną światową osadnicy żydowscy kupowali ziemię albo od władz tureckich, albo od arabskich szejków. Były to zazwyczaj nienadające się do uprawy piachy albo malaryczne moczary. (Co zarówno przez Turków, jak i Arabów uważane było za znakomity interes).

Niedawno Richard Kemp opisując dzisiejszą współpracę Izraelczyków z Autonomią Palestyńską w walce z koronawirusem, przypomniał, że sto lat temu Arabowie i Żydzi współpracowali w walce z malarią:

Sto lat temu żydowski mikrobiolog, dr Israel Kligler, prowadził na tej ziemi walkę o zlikwidowanie malarii. Przez stulecia terytorium było pustoszone z powodu komarów, dziesiątkujących ludzi, którzy próbowali tu żyć, pozostawiając ziemię jałową i rzadko zaludnioną. Niedługo przed wojną Kliglera z malarią brytyjski generał, Edmund Allenby, mówiąc o swojej walce w latach 1917-18 przeciwko Imperium Osmańskiemu w Palestynie, powiedział: „Prowadzę kampanię przeciwko komarom”. Jego plany bitwy przeciwko Turkom były przede wszystkim formowane przez potrzebę przezwyciężenia morderczych skutków malarii w szeregach własnych żołnierzy.

Podobnie jak koronawirus, malaria nie rozróżniała między Żydami i Arabami, i obie społeczności nauczyły się konieczności wspólnego działania przeciwko chorobie, która przez tak długi czas powodowała spustoszenia w obu społecznościach. Mimo pełnych przemocy starań Amina al-Husseiniego wielkiego muftiego Jerozolimy, by nie dopuścić do współpracy jego ludności ze znienawidzonymi Żydami, przedsięwzięcie Kliglera umożliwiło uprawianie ziemi, zaludnienie jej i rozwój i w końcu doprowadziło do całkowitego zlikwidowania tej choroby na tym obszarze.

Oczywiście trudno podejrzewać pracowników HRW o czytanie tego, co pisze Richard Kemp. Gdyby jednak zainteresowali się tym, o czym świat (dez)informują, to wbijając hasła: „Palestyna, moczary, malaria” natychmiast trafiliby na obszerny artykuł w „Haaretz” How the Fight Against Malaria Infected the Future Map of Israel. W tym artykule Nira Hassona z 8 marca 2018 roku znajdujemy fascynującą relację na temat działań doktora Israela Kliglera. Badacz zajmujący się historią izraelskiej medycyny natrafił m.in. na raport brytyjskiego rządu z 1941 roku, w którym jest mapa Kliglera z 1920 roku, pokazująca główne ogniska malarii w Palestynie. Jak zauważa autor artykułu, ta mapa jest zdumiewająco podobna do Planu Podziału Palestyny w 1947 roku. (Trudno powiedzieć czy dlatego, że tam były największe skupiska ludności żydowskiej, czy kierowano się nadzieją, że malaryczne tereny pokonają odwiecznego wroga.) Jak pisze autor artykułu w Haaretz:

Wyjaśnienie było proste: ziemie, na których szalała malaria, takie jak doliny i nabrzeżne równiny, uznawane były za nie nadające się do użytku. To właśnie te ziemie sprzedawano Żydom i tam były budowane żydowskie osiedla w Palestynie, które z czasem stały się podstawą wyznaczania granic Planu Podziału.

HRW ma jednak inne wyjaśnienia, a te, jak zauważa muzułmański badacz i publicysta Bassam Tawil, ogromnie przypadły do gustu organizacji terrorystycznej (ze statutowym celem zniszczenia Izraela) Hamas, która rozpływa się w pochwałach dla najnowszego raportu HRW.

Tawil prezentuje garść informacji, do których autorzy raportu HRW bez trudu mogliby dotrzeć, (jak chociażby fakt, że kryzys mieszkaniowy w Izraelu dotyka w równym stopniu społeczności żydowskie i arabskie), ale wybrali pełną nienawiści propagandę. Jak pisze Bassam Tawil:

Hamas wychwala raport HRW, ponieważ postrzega go jako część wysiłków muzułmańskich terrorystów, aby zastąpić Izrael państwem muzułmańskim. Dla Hamasu tego rodzaju raport sporządzony przez niemuzułmańską organizację jest dowodem, że nawet „niewierni” na Zachodzie podzielają ich cel – zniszczenia Izraela. Innymi słowy, Hamas postrzega organizacje takie jak HRW jako pożytecznych idiotów w jego wojnie przeciwko Izraelowi.

avatar

Andrzej Koraszewski

Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny

Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”.

Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com