Agnieszka Wróblewska: Mamy dość

06.07.2020

Kampania wyborcza na finiszu nabiera tempa i rumieńców. Być może większość Polaków ma jej dość i z obrzydzeniem wyłącza telewizor, ale ciągle jest ta „mniejsza połowa”, która kibicuje jednej czy drugiej stronie pojedynku. Emocje rosną, jak na meczu, gdzie stawką jest nie tylko wygrana na punkty, ale i miejsce w światowej lidze.

Nie jest prawdą, jak się teraz z perspektywy historycznej lubi mawiać, że my, naród, obalając komunizm byliśmy zjednoczeni „jak nigdy”. Owszem, większość ludzi miała dość z rozmaitych powodów. Po dziesięcioleciach PRL-u poczucie niesprawiedliwości w narodzie było nie mniejsze niż w czasach przed t.zw. socjalizmem realnym, czyli za kapitalizmu. Ale przecież wielu beneficjentów tego systemu biurokratycznego, bo tak należałoby nazywać „socjalizm realny”, z oburzeniem, a nawet obrzydzeniem obserwowało zbuntowanych swoich rodaków. Jedni z przekonaniem, że „ludzie nie dorośli” do najlepszego z systemów – słyszałam takie opinie nie tylko od wyższych urzędników, kiedy zbierałam dziennikarskie opinie, inni ze strachu o swoje pozycje.

Tymczasem to była rewolucja. Może nie w klasycznym wydaniu – wyzyskiwani kontra wyzyskiwacze. Raczej ofiary absurdalnego pomysłu na zarządzanie krajem i gospodarką, kontra oderwanej od zdrowego rozsądku biurokracji.

Nie używano wtedy wprawdzie sloganu „mamy dość”, ale faktycznie o to chodziło. Absurdów większych, bo w innej skali mierzonych było w tamtych czasach więcej niż teraz i skala szkód po rządach „sprawiedliwości społecznej” była inna – mierzona w dziesiątkach miliardów dolarów długu do spłacenia. Inaczej też mieliśmy wtedy podzielone społeczeństwo, powiedziałabym bardziej racjonalnie. Nie zawsze beneficjenci tamtego systemu nieracjonalnej gospodarki byli zwolennikami dalszego jej trwania. Obok robotników, którzy strajkowali w stoczniach czy kopalniach, także szerokie rzesze inteligencji przyłączały się do buntu i owocnie go wspierały. Znaczna część przedstawicieli inteligencji, która korzystała już z „odwilży” w sferze nadbudowy, występowała przecież w jawnej opozycji do partyjnej władzy.

Zdziwiliby się ojcowie i twórcy socjalistycznej sprawiedliwości, gdyby zza grobu mogli zobaczyć, że po latach budowy ustroju, bez kapitalistycznych wyzyskiwaczy poczucie niesprawiedliwości w społeczeństwie się nie zmniejsza, a tęsknota za kapitalizmem rośnie. Ludzie solidarnie mieli dość nie tyle różnic majątkowych pod płaszczykiem równości, chociaż i one w oczy kuły, ile poczucia bezkarności rządzących nawet w przypadkach rażącej winy czy niekompetencji. Swój gorszy los człowiek łatwiej gotów jest znieść, jeżeli nie ma poczucia, że go „robią w konia” i pod płaszczykiem sloganów chcą przemycać własne interesy.

*

Po dziesięcioleciach budowania ustroju sprawiedliwości społecznej nie stanęli z jednej strony barykady wyzyskiwacze z drugiej przez nich wyzyskiwani. Ludzie pracy, czyli sól ziemi w ustroju t.zw. realnego socjalizmu, dla których był niby stworzony, nie zbuntowali się przeciwko bogatym, którzy na marginesach owego socjalizmu realnego umieli robić duże pieniądze. Bogaty badylarz czy zamożny aktor może i raził na tle szarzyzny ogólnej, ale nie o te różnice chodziło. Klasa robotnicza, „główna siła narodu” w kraju „realnego socjalizmu” miała dość nieracjonalnej polityki systemu wymyślonego w jej interesie.

Dzisiaj podziały w społeczeństwie przebiegają bardziej krętą drogą, inaczej wyrażane są emocje, inne sprawy ludzi dzielą. Jesteśmy różni, a te różnice mniej mają wspólnego z przynależnością klasową czy stopniem zamożności, więcej z tym, gdzie żyjemy i co nas do tej pory kształtowało. Odbiorcy telewizji rządowej mało wiedzą o niewyjaśnionych sprawach majątkowych w kręgach obecnej władzy i przyjmują do wiadomości informacje dla nich spreparowane. Kto zna wersje podawane przez opozycję — nie zadawała się na ogół tłumaczeniem urzędowym, ale kto obecną władzę popiera nie czuje potrzeby, żeby sprawdzać jej wiarygodność. Informacje tak łatwo dzisiaj zdobyć, że bardzo wielu ludzi woli wybierać, w co wierzy, niż tę wiarę gdzieś weryfikować.

Wbrew temu, co nam się w czasach „nierealnego socjalizmu” wydawało, sam dostęp do informacji nie kształtuje jeszcze poglądów.

Zwolennikom dalszej prezydentury Andrzeja Dudy nie przeszkadza jego brak reakcji na nierozliczone pieniądze na szczytach władzy, personalne karuzele na stanowiskach państwowego majątku, który jest zagrożony, niewyjaśnione afery, które oficjalna propaganda zręcznie zamiata pod dywan. Kiepskie kadry u władzy i niejasne afery nie wywołują masowej niechęci. Bo emocje lubią chodzić własnymi drogami i wybory wygrywa ten, kto lepiej na nich gra.

Jesteśmy dzisiaj podzieleni, ale nie jest prawdą, że „jak nigdy dotąd”. Nie cały naród wielbił Piłsudskiego w dwudziestoleciu międzywojennym, Stalina mało kto w Polsce kochał, ale mało kto miał odwagę o tym mówić. Nie jest też prawdą, że cały naród jednoczyła „Solidarność” — i nie jest prawdą, że dzisiaj wszyscy w Polsce „mają dość”.

Jesteśmy różni jak wszyscy, i to normalne. Ważne, żeby w niedzielnych wyborach nie wygrała przyszłość z góry naznaczona tym samym gorzkim hasłem — mamy dość.

Agnieszka Wróblewska

Publicystka

Ur. 16 grudnia 1933 roku w Warszawie. Ukończyła Wydział Dziennikarski UW, pracowała m.in. – w „Sztandarze Młodych”, „Kobiecie i Życiu”, „Przeglądzie Technicznym”, „Gazecie Wyborczej”.

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com