Jerzy Surdykowski: Demokracja hołoty

08.08.2020

Jakiś czas przed ostatnimi wyborami sporo hałasu wywołało jedno z sejmowych powiedzonek Pana Prezesa, mianowicie o „chamskiej hołocie”. Awantura już dawno została zapomniana, oburzeni zajęli się czymś innym, wkrótce Prezes rzuci gapiom nową sentencję, ale nie zdawał sobie zapewne sprawy, że lekkomyślnie wyjawił cel polityczny kierowanej przezeń partii. A może nawet postawił diagnozę najgroźniejszej choroby współczesnej demokracji.

Hołota pochodzi od staropolskiej „gołoty” w czasach sarmackiej Rzeczpospolitej. Samo bycie ubogim szlachcicem nie hańbi. Ale w miarę upływu czasu i spadku dochodów z rozdrobnionych folwarków, biedna szlachta uwiesiła się u magnackich klamek, gotowa za pieniądze, albo przynajmniej za pochlebstwo i poczęstunek, głosować jak pan poleca, rozsiekać szablami każdego, kogo pan wskaże. Właśnie wtedy i właśnie przez to, potężne i kwitnące państwo demokracji szlacheckiej stało się powoli tworem upadającym, aż do rozbiorowego finału. Podobnie w starożytnej republice rzymskiej plebejusze początkowo byli siłą reformatorską, domagającą się poszerzenia także na nich obywatelstwa nie tylko z jego prawami, lecz i obowiązkami. Ale już w czasach cesarstwa, to motłoch niezdolny do samodzielnego życia, domagający się od władzy tylko obfitości chleba i igrzysk.

Współczesny autokrata tym różni się od klasycznego tyrana, że nie może stawiać na nagą siłę, musi osłonić się czymś, co do demokracji jest podobne i może być nią nazwane w żargonie poprawności politycznej obowiązującym na międzynarodowych salonach. Jeśli taką osłonę znajdzie, jest bezpieczny.

Wprawdzie (przypominając Miłosza) „poeta pamięta”, ale nic mu nie zrobi, bo (przypominając Stalina) „skolko u niewo diwizjej?” Trzeba więc tylko tak spreparować demokrację, by tłumnie głosowała hołota uzależniona od państwowej kasy.

W takim ustroju przegra każdy, kto nie jest populistą i nie zapewnia szczodrego rozdawnictwa. Dusza hołoty jest bowiem tożsama z duszą niewolnika: nie zna wolności, jej marzeniem jest tylko hojny pan. Hołota – jeśli żyje w demokracji – nie jest obywatelami, ale utrzymankami. Głosując pozbawia się wolności, ale przecież jej nie zna i znać nie chce. Gdy pan rozdaje pieniądze, jest mu wierna, gdy zbiednieje rzuci mu się do gardła. Potrafi rujnować, ale nie budować. Jeśli ktoś myśli, że można ją podnieść do obywatelstwa przez oświatę i moralizatorskie nauki, popełnia jeden z błędów Oświecenia: nawet wielki Kant naiwnie uważał, że zło bierze się z braku wiedzy.

Hołota oświecona, dyplomowana i dostatnia, nie przestaje być hołotą. Polityka rozdawnictwa nie jest więc lewicowa, lecz hołociarska. Hołota może stać się obywatelami, ale tylko przez otwarcie dróg awansu wynikającego z własnej pracy. A więc tylko liberalizm jest wyjściem i w tym sensie jest on lewicowy. Nie ryba, lecz wędka. Plebejusz, który zobaczy, że ma wędkę i może złowić przynajmniej tyle samo, co wyżebrać u pana, zaczyna rozumieć, co to jest dobro wspólne. Ale tylko wtedy, gdy przyszłość jawi się, choć trochę lepsza niż dzień dzisiejszy. W czasach, zapaści i strachu hołota ufa, że tylko potęga pana przyniesie ocalenie.

„Demokracja hołoty” zachowuje wszystkie fasadowe instytucje demokratyczne, które działają zgodnie z wolą dyktatora nie dlatego, że on tak każe i przymusza, ale dlatego, że tak chce głosująca większość. Od demokracji liberalnej różni się tylko tym, że nie zna zabezpieczenia praw mniejszości, bo liczy się jedynie wola głosującej hołoty, a ta dba o własny interes; główną jej troską jest utrzymanie rozdawnictwa. Dyktator (obojętnie czy jest jednostką, czy grupą) musi zadbać – podobnie jak sarmacki magnat – tylko o wyhodowanie swojej hołoty i stale jej zasilanie pochlebstwem i dotacjami. Wtedy i on będzie bezpieczny i hołota będzie miała z czego żyć i czym się zabawić.

W takim ustroju, pod fasadą demokracji (ostatecznie niech będzie, że nieliberalnej) następuje prywatyzacja państwa, sprowadzenie go do roli magnackiego folwarku, gdzie oprócz wielkiego pana swoje – nieco podrzędniejsze, ale ważne role – odgrywają pleban karczmarz.

Pierwszy dostarcza nadprzyrodzonego uzasadnienia dla półniewolniczego trybu życia folwarcznego chłopstwa: jest wszak w niebie coś więcej ponad waszą marną codzienność, módlcie się, pracujcie i kochajcie waszego hojnego dobroczyńcę. Pod tą fasadą plebanowi wolno grzeszyć; jeśli nawet zgorszone chłopstwo o tym poszeptuje, nic z tego wyniknąć nie może. Tolerowana jest pedofilia, pijaństwo, podbieranie pieniędzy z coniedzielnej tacy. Może udzielić w majestacie wiary powtórnego ślubu karczmarzowi, chociaż to znany kłamca i ojciec trojga dzieci.

Karczmarz jest przecież nie mniej ważną figurą, troszczy się o rozrywkę na tyle hałaśliwą i głośną, by nie pozostawiała miejsca na myślenie i tumaniącą wsiowe mózgi nie mniej niż niegdyś gorzała. Półniewolniczy byt folwarcznego chłopstwa może być materialnie satysfakcjonujący, ale wszelkie niewłaściwe pytania i próby wybicia się na wolność muszą być tłumione, a nawet – w ostateczności – karane. Dlatego potrzebny jest jeszcze ekonom z batem używanym nieczęsto, ale celnie. Przemoc nie jest tu na pierwszym planie jak w tradycyjnej dyktaturze, ale czasem nie ma innego wyjścia… Ponieważ pan jest hojny, pleban dobrotliwy i wielebny, karczmarz rozrywkowy i jowialny, a nawet ekonom okazuje się „swoim chłopem”, nieczęsto sięgającym po bat – a co więcej z każdym z nich można napić się wódki – jeśli startują w wyborach, na pewno otrzymają głosy hołoty.

Samo pobieranie 500-plus, czy innych zapomóg nie czyni kogokolwiek hołotą. Do tej roli stacza się dopiero obywatel całkowicie uzależniony od państwowych dotacji, niezdolny do samodzielnego życia, odwykły od używania przysłowiowej „wędki”, bo przecież łatwiej sięgnąć po podtykaną mu „rybę”. Taki człowiek zareaguje złością na jakiekolwiek próby zreformowania systemu, który miałby skłonić go do produktywności. Podobnie w upadającej Rzeczpospolitej sarmackiej szlachecka gołota odrzucała usiłowania reformatorskie, szła za Konfederacją Barską, tylko dlatego, że była antyrosyjska i kruchciana, podobnie za Targowicą, bo miała Matkę Boską na sztandarach, choć wspierała się na ruskich bagnetach.

A potem już było za późno, pozostawały tylko upadłe powstania i daremny upływ krwi. Dzisiejsi piewcy sarmatyzmu ubolewają, że – choć swego czasu potężny i bogoojczyźniany – nie wytworzył niczego, co byłoby atrakcyjne dla świata; pewnie dlatego, że tak szybko upadł. Mam jednak dla nich dobrą nowinę: sarmatyzm wraca obejmując powoli świat cały od Nowego Jorku po Władywostok. „Demokracja hołoty” wypróbowana w sarmackim epizodzie polskiej demokracji szlacheckiej staje się powoli rzeczywistością świata XXI wieku: sięga po nią w USA Trump, w Brazylii Bolsonaro, w Indiach Modi, na Filipinach Duarte, by wymienić tylko najbardziej znanych adeptów. No i oczywiście bliżej nas Putin, Łukaszenko i nieoceniony węgierski przyjaciel Prezesa – Victor Orban. W tradycyjnych ostojach demokracji liberalnej takich jak Francja, Niemcy, Włochy czy Wielka Brytania też zyskują poparcie siły znużone nudnymi i długotrwałymi procedurami tej demokracji, które chciałyby ją uprościć i podporządkować woli większości uzależnionej od coraz mocniejszego państwa. „Gwarantowany dochód podstawowy” wypłacany każdemu obywatelowi niezależnie od tego, co robi i co wnosi do wspólnego dorobku, ma być sposobem na uporządkowanie ekonomii, ale faktycznie jest forpocztą tego nadciągającego ustroju.

Autokrata może utrzymać taki osłaniający go system tak długo, jak starcza mu najważniejszych narzędzi: strachu i złota. Strach można budzić na wiele sposobów i kosztują one najwyżej tyle, co utrzymanie państwowej telewizji. Gorzej ze złotem, bo nawet psucie pieniądza ma horyzont stosowalności. Zwłaszcza w małych i nie najbogatszych państwach jak Polska i Węgry bardzo pomocni są „pożyteczni idioci” jak władze Unii Europejskiej skłonne do sprzedania demokratycznych zasad za pozór jedności.

Nadchodzące miesiące, kiedy zadecydują się losy olbrzymiego funduszu odbudowy po pandemii będą tu czasem próby. Jak dotąd, tylko Parlament Europejski dziarsko pokrzykuje o praworządności, dobrze wiedząc, że decyzje podejmowane są gdzie indziej. Gdy zbierają się szefowie rządów, są gotowi przymknąć oczy za przykładem nieocenionej Angeli Merkel. Potężniejsze państwa muszą radzić sobie same, wtedy większą rolę odgrywa przekonywające kreowanie wrogów, populistyczne pochlebstwa i rozbudzanie nacjonalizmów.

Ale nawet takie źródła kiedyś wyschną i „demokracja hołoty” zawsze kończy się buntem.

Autokrata ma jednak nadzieję, że stanie się to poza horyzontem jego życia. Nieraz ta nadzieja bywa złudna.

Jerzy Surdykowski

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com