14.08.2020

Już niedługo minie 40 lat od czasu, gdy na bramie Stoczni Gdańskiej – ówcześnie imienia Lenina – wywieszono słynne 21 postulatów, z których kilka pierwszych było żądaniami politycznymi uderzającymi w podstawy upadającego wtedy, ale wciąż silnego komunizmu. Niedawno po 40 latach, większość Polaków opowiedziała się za przedłużeniem o kolejne 5 lat prezydentury Andrzeja Dudy, wiedząc, że oznacza to dalszy regres wywalczonej przez „Solidarność” demokracji. Taki jest niestety symbol zbliżającej się rocznicy. Dlatego może warto zastanowić się nad tym, jacy wtedy byliśmy, a jacy dziś jesteśmy?
Przed czterdziestu laty robotnicy Gdańska, a potem całej Polski poparli tych 21 wywrotowych postulatów, choć wiedzieli, że oznacza to śmiertelne wyzwanie dla rządzących i podważa cały ówcześnie funkcjonujący system polityczny. Tamte pokolenia aż nadto dobrze znały PRL i bez złudzeń pojmowały, jak on działa. W tej upadającej „gierkowszczyźnie” jakoś dawało się żyć, państwo udawało, że płaci, my udawaliśmy, że pracujemy, jak komuś nie starczało mógł trochę dokraść, dorobić w „szarej strefie”, albo wyjechać do nielegalnej roboty, najchętniej do USA.
Było jednak dla każdego oczywiste, że ta krucha równowaga między władzą a narodem nie obejmuje ani wolności, ani nawet efektywności działania państwa i gospodarki. Jej naruszenie musiało skutkować wcześniej czy później dramatyczną konfrontacją.
Pomimo tej oczywistej wiedzy, szybko powstał 10-milionowy związek „Solidarność”, który stał na straży wywrotowych postulatów, a my – założyciele i członkowie tego ruchu, my „solidaruchy starej daty” – wiedzieliśmy, że pod tą presją komunizm musi się albo mocno zreformować i złagodnieć, albo odpowie siłą. Tak się właśnie stało, odpowiedzią był stan wojenny, ale jego nieuchronną konsekwencją ostateczny upadek zgniłego ustroju w historycznym 1989 roku. Nie pamiętamy dzisiaj, że Stocznia Gdańska – inicjator tego wielkiego poruszenia – odniosła właśnie zwycięstwo w trzydniowym strajku, w wyniku którego otrzymała spore podwyżki wynagrodzeń. Właśnie wtedy, w sobotę 16 sierpnia 1980 roku stoczniowcy zaryzykowali wywalczone już pieniądze, aby poprzeć postulaty polityczne otwierające drogę ku demokracji. Za nimi poszła cała Polska: ryzykowali wszystko, mogli nie otrzymać nic.
A dzisiaj? Wyborcy Andrzeja Dudy dobrze wiedzą, że swoim podpisem zatwierdzi on każdą ustawę, jaką pod dyktando wszechmocnego Prezesa uchwali Sejm, gdzie większość ma kierowana przezeń partia o pięknej skądinąd nazwie „Prawo i Sprawiedliwość”. Najpierw, na początku pierwszej kadencji, podpisał prezydent ustawy demontujące dotychczasowy system nadzoru nad mediami publicznymi, co pozwoliło na przekształcenie publicznego radia i telewizji w tubę propagandową obecnej władzy. Przed ostatnimi wyborami, przyznał im osobną ustawą prawie 2 mld złotych, by lepiej wspierały jego kandydaturę. Podpisał zniszczenie resztek apolitycznej służby cywilnej; tu zresztą nie było wiele do niszczenia, bo destrukcję zapoczątkowały rządy SLD, a potem PiS-u w latach 2001-2007, a Platforma rządząca przez 8 następnych lat nic nie naprawiła, jej też wygodniej było obsadzać stanowiska w administracji rządowej i spółkach skarbu państwa ludźmi posłusznymi (w myśl zasady BMW – „Bierny, Mierny, Wierny”) niż niezależnymi fachowcami.
Podpisywał ustawy niszczące niezależność sądownictwa i uzależniające nominacje sędziów od sejmowej większości, a więc pozwalające na upolitycznienie sądów i podporządkowanie ich partii. Raz na pokaz, pod presją masowych demonstracji w 2017 roku zawetował dwie z nich, ale zaraz jego prawnicy napisali nowe, tak samo ograniczające bezstronność wymiaru sprawiedliwości, ale innymi słowami. Bez sprawiedliwych sądów, bez wolnych mediów, bez fachowej służby cywilnej ponownie wracamy w koleiny PRL-u, tylko pod innym kierownictwem.
Tym więcej, że rządząca partia nie ukrywa, że kolejnym celem będzie ograniczenie kompetencji samorządów, bo nie podlegają one jednolitej władzy centralnej i likwidacja niezależności prywatnych mediów – krytycznych wobec PiS-u – pod hasłem ich „polonizacji” i „dekoncentracji”. Podobnie przymierzają się rządzący do podporządkowania sobie niezależnych dotąd organizacji i stowarzyszeń obywatelskich. A jeszcze do tego gospodarka ulega stopniowej centralizacji i upaństwowieniu, jak w dawno minionych czasach, a inaczej niż władza myślący obywatele są nazywani „gorszym sortem” albo „chamską hołotą”.
Czy – wobec tego, że rządzący mają posłusznego prezydenta i trzy lata spokoju do następnych wyborów – czeka nas powtórka z PRL-u, tym razem nie przywiezionego na sowieckich czołgach, lecz odtworzonego wolą większości wyborców?
Groźba, że PRL-bis – tylko podlany święconą wodą, zamiast dawnego „marksistwa-lenistwa” – stoi już za progiem, nie jest tajemnicą. Okazuje się jednak, że większość – wprawdzie nieprzygniatająca, ale jednak większość Polaków – woli pieniądze, ulgi, podwyżki, 500-plus i trzynastą emeryturę od obrony wywalczonej przez poprzednie pokolenie demokracji.
Bo demokracja to nie tylko wybory raz na ileś lat; to prawa mniejszości, bezstronne i niezależne sądy, wolne i prawdomówne media, fachowcy na stanowiskach zamiast partyjnej nomenklatury, wybierane przez mieszkańców samorządy sprawujące władzę na szczeblu lokalnym. Gdybyśmy czterdzieści lat temu odrzucili 21 postulatów, bo lepiej konsumować podwyżki niż gonić za złudą demokracji, pewnie wciąż byśmy trwali w czymś podobnym do PRL-u, albo dzisiejszej Białorusi.
Mając wybór między wolnością i bezpieczeństwem wybraliśmy dzisiaj święty spokój.
Beniamin Franklin, jeden z „ojców założycieli” demokracji amerykańskiej napisał w tamtych czasach proroczo: „Ten, kto wybiera bezpieczeństwo zamiast wolności, nie zasługuje ani na jedno, ani na drugie”.
Dlatego dla nas „solidaruchów starej daty”, którzy wybrali kiedyś wolność ryzykując bezpieczeństwem, a nieraz własnym życiem, jest to smutna rocznica. Tym bardziej że dzisiejszy związek zawodowy pod naszym dawnym szyldem jest tylko przybudówką rządzącej partii, bez zastrzeżeń popierającą PiS w kolejnych krokach odwrotu od demokracji. Jeśli tak dalej pójdzie, niedawne wybory będą ostatnimi względnie wolnymi. Pozostanie kłamliwa fasada. Czy kiedyś w przyszłości będziemy mówić o przełomie XX i XXI wieku, że w tamtych czasach Polacy sami sobie wolność wywalczyli i wkrótce potem sami ją sobie odebrali?
To tylko złudzenie, że ponownego wyboru Andrzeja Dudy dokonała jakaś „Polska-B”, wieś i małe miasta, ludzie ciemni, źle wykształceni sterowani przez swojego proboszcza. Owszem, taka była Polska wiejska i małomiasteczkowa 40 lat temu, ale ona także w zrywie „Solidarności” podjęła historyczne ryzyko, rzuciła – razem z wielkimi metropoliami – wyzwanie rządzącym, choć może właśnie tej prowincjonalnej Polsce dość wygodnie się z nimi żyło.
Przez z górą 20 lat mieszkałem na małopolskiej wsi, gdzie w wyborach regularnie zwycięża PiS; dociera tam publiczna telewizja, dociera ambona, ale nie dociera tam dzisiejsza opozycja i jej media. Jednak na tej prowincji mieszka bardzo wielu ludzi rozumnych, którzy – zwłaszcza w ostatnim dziesięcioleciu – zdają sobie sprawę, że Polska zmierza w złym kierunku, ale jeszcze nie potrafią tego nazwać i wyartykułować. Oni także wybrali bezpieczeństwo, nie podjęli ryzyka wolności, choć nie są wcale źle poinformowani ani ogłupieni hałasem wytwarzanym przez państwową telewizję. Rozmawiają między sobą, korzystają z Internetu i mediów społecznościowych, nieraz zerkają na TVN, o ile do ich wsi dociera. Ale głosowali na święty spokój; 40 lat temu opowiadając się za „Solidarnością” trzeba było liczyć się z realnymi represjami, pałowaniem, utratą pracy; dzisiaj za głosowanie przeciw PiS-owi nic nie grozi, ale nawet takie ryzyko nie mieści się w ich kalkulacjach. Podobnie wybrała mniejszość mieszkańców metropolii, ale razem z większością Polski prowincjonalnej wytworzyło to ową przewagę 450 tysięcy głosów, która dała PiS-owi trzy lata niezakłóconego niszczenia państwa.
Czy wybierając bezpieczeństwo zamiast wolności nie zasługujemy na jedno i drugie? Możliwe. Moi dawni przyjaciele z wiejskiej Małopolski za 3 lata obudzą się w dużo gorszym kraju niż jest dzisiaj. Zapewne dla zmiany jego trajektorii trzeba będzie jeszcze większej odwagi i ryzyka niż 40 lat temu.
My „solidaruchy starej daty” – stojąc już nad grobem – wciąż bezsensownie wierzymy, że Polacy są nadal tacy sami jak wtedy. A to nieprawda. Nastroje falują, przypływy odwagi i zniechęcenia są powolne, ale nieuchronne. Gdyby Polacy 40 lat temu nie poparli 21 postulatów i gdyby 31 lat temu w historycznym 1989 roku nie głosowali gremialnie na „Solidarność” nie tylko nasz kraj, ale świat cały wyglądałby dziś inaczej; na pewno gorzej. Za ileś tam lat, poza krawędzią mojego życia, na pewno będzie jeszcze trudniej.
Ale też na pewno ryzyko zostanie podjęte przez dzisiejszych nastolatków.
Jerzy Surdykowski

A może błąd historyczny polega na tym, że nie dostrzegliśmy i w porę nie zablokowaliśmy bestii narodowo-socjalistycznego religianctwa, która od samego początku czaiła się za słusznymi postulatami demokracji i praworządności? Że postawienie tamy na drodze tej bestii, odcedzenie jej od pozorów cywilizacji wtedy było dość łatwo możliwe, dziś zaś — gdy się rozpanoszyła i cuchnie na całą Europę — jest już bardzo trudne?
Gdyby PZPR podzieliła się władzą i kasą z KRK , to rządziła by do tej pory….
Ależ to właśnie robiła…
Nooo nie ma porównania …. Za PZPR KRK był odcięty od państwowego cycka i edukacji ( w schyłkowym PRL podjęto z nim współpracę …) .Za PIS mamy oficjalny sojusz tronu z ołtarzem i rzekę pieniędzy płynących z państwowej kasy dla KRK ( około 20 MLD rocznie …) Choć z drugiej strony upadek PIS ( który wcześniej czy pózniej nastąpi …PIS to nie KPZR…) , pociągnie za sobą również upadek polskiego KRK…
Nie ma jednej odpowiedzi dlaczego jest jak jest. Wina jak zwykle w takich procesach postępującej degrengolady jest rozproszona
Nie bardzo widzę remedium poza obywatelskim nieposłuszeństwem i sprzeciwem wobec arogancji kleru.
Ja niestety też nie. Ale już i to, to sporo. Obecnie bowiem rządzą stereotypy i dychotomia zło-dobro.
KIedy czytam Pana Jerzego Surdykowskiego przypomina mi się prorocza pieśń nieżyjacego barda rozumu i racjonalności w skórze kabareciarza: https://www.youtube.com/watch?v=EBnBNHdqggM
Warto pamiętać, że Jan Kaczmarek napisał to przed szaleństwem pisowskim.
Zaduma nad falujacymi nastrojami Polaków jest także zadumą nad marnością elit. Nad zaniechaniami. Pamiętam jak w 1990 i 1991 roku Lech Wałęsa nawoływał aby Leszek Balcerowicz miał swojego brata bliźniaka, przez co chodziło mu o amortyzację transformacji w tych sferach społecznych, które były najbardziej poszkodowane i nieustannie wykluczane. Wyśmiewano się wtedy z Wałęsy, chociaz Jacek Kuroń starał się tę role wypełnić jak umiał, a było tego grubo za mało.
Klasa polityczna tak się zachłysnęła władzą, że zupełnie zlekceważyła mechanizmy demokratyczne przekształcając Polskę w demokrację fasadową. Co wiecej zupełnie zlekceważono wszelkie mechanizmy bezpieczeńśtwa państwa przed takimi scenariuszami wewnętrznych najeźdzców. Klasa prawnicza tak się zapamietała w swoistej równowadze układów, że miała w nosie wszelkie reformy. Podobnie postąpiły wszelkie inne samorządy zawodowe – uczeni, nauczyciele, lekarze, et.
Kontrrewolucja nihilizmu, nienawiści, wykluczenia i nietolerancji w wydaniu pisu przez wiele lat nie znajdowała żadnej powaznej siły przeciwdziałajacej, łącznie z okresem 2015- 2020. Główny odpowiedzialny za ten brak przeciwdzaiłania w okresie 2007-2014 Donald Tusk bryluje na salonach w Europie a w Polsce pisze zgryźliwe tweety… a niektórzy z nas uwazają go za męża stanu. Warto przypomnieć, że to my sami dwa razy wybralismy PO i Tuska – nie spadł nam z księżyca.
Możemy mieć pretensje do wszystkich – JK, hierarchów KRK, wyborców pisu nie widzących dalej niz czubek własnego nosa, ale moim zdaniem powinniśmy się uderzyć we własne piersi. Jak długo nie poszukamy winy w sobie i nie zmienimy naszego postępowania, tak długo bedziemy z pisem przegrywać.
Zwrócę tylko uwagę na jedną z istotnych przyczyn wygrywania pisowców – postępująca od dziesięcioleci inwazja chamstwa, wulgarności, prymityzwizmu i prostactwa w życiu społecznym. Co zrobiliśmy aby tę falę tępoty i wulgarności powstrzymać? Parę dni temu jeden z komentatorów na SO @Yac Min przywołal link do audycji z radia obywatelskiego Halo Radio https://cdn.podcast.co/media/9de1737f-ce1d-4e18-9477-199cb875b19b/final/8ebb45d8-8538-4408-ac90-255a4b60930c.mp3
Warto posłuchać i warto prowadzić refleksję, bo mimo upływu pięciu lat od 2015 roku nadal wielu rzeczy nie przepracowaliśmy.
Dzisiaj zawstydza nas społeczeństwo Białorusi.
Gdy słyszę że D.Tuska nazywa się mężem stanu , to nóż mi się w kieszeni otwiera… Gdyby był takowym , to nigdy katolickich narodowych socjalistów , z PIS nie dopuścił by do władzy…Moim zdanie nie byliśmy skazani na PIS , przy odpowiedniej polityce można było tego traumatycznego doświadczenia uniknąć…. Niestety DUŻA w tym zasługa D.Tuska i PO dzięki których zaniechaniom i zwykłej głupocie PIS z Kościołem dopuszczono do absolutnej władzy w PL. Lista tych zaniechań jest długa , te najważniejsze : 1. Brak rozliczenia PIS w 2007 po wygranych przez PO wyborach . 2. Brak czystki w 2007 w prokuraturze i służbach , by oczyścić je z pisowsko – rosyjskich kretów..3 . Brak dobrego PR i dobrej propagandy w TVP , którą sobie całkowicie odpuszczono…. 4 . Nie danie na czas zdecydowanego prawno-informacyjnego odporu na pisowsko-kościelne kłamstwo smoleńskie . 5. Pozwolenie na zawłaszczenie narracji narodowo-patriotycznej przez PIS . 6. Nie zatrudnienie do kampanii prezydenckiej PBK profesjonalnej agencji PR , zamiast której prowadzili ją amatorzy dyletanci ( wybory te były do wygrania )
Pełna zgoda – mam bardzo podobne opinie. NIemniej wielu demokratów uwazajac Tuska za „męza stanu” powołuje sie na jego europejską karierę, jako śaidectwo tego określenia.
PO do dzisiaj nie wyciągneła wniosków i w żandej kampanii nie korzystała z najteższych głów w Polsce, a z głów swoich członków. Jakie głowy takie efekty, niestety.
Świetny tekst i równie świetna dyskusja. I bardzo surowe oceny polityków obecnej opozycji. A przecież jest jasne, że Polską po 1989 roku rządzili i nadal rządzą amatorzy!
.
Donald Tusk był prawdopodobnie najlepszym wytworem tego pokolenia amatorów. Wieszanie psów na nich nie bardzo ma sens. Nie było innej alternatywy wtedy. Dopiero dziś mamy nowe twarze w polskiej polityce, czterdziestolatków i do tego wykształconych profesjonalistów w tym co robią. Być może z wyjątkiem Szymona Hołowni, który ma bardziej krętą drogę do polityki i być może nadal może być zaliczany do amatorów w tej dziedzinie. Lepszym przykładem polityków nowego pokolenia będą tutaj Borys Budka z PO czy prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. To ci ludzie i im podobni będą tworzyć post PiSowską polską politykę. Może oni podniosą poprzeczkę wyżej i będą bardziej czuli na głosy z dołu i głosy ekspertów.
.
Na pewno ten rodzaj arogancji, brak kontaktu z wyborcami i profesjonalnymi doradcami towarzyszy demokratycznej polskiej klasie politycznej od trzech dekad. I to można i trzeba im wypominać. Alienacja klasy politycznej od głosów wyborców dała outsiderowi Kaczyńskiemu bezprecedensowy mandat do władzy…
.
Od ponad dekady przecieram oczy ze zdumienia i przerażenia ile razy czytam wiadomości z Polski. Dlaczego za rządów PO pozwolono Kaczyńskiemu zaistnieć we wszystkich środkach masowego przekazu i robić bezkarnie ludziom podatnym na demagogię wodę z mózgów? Gdzie podział się optymizm, solidarność i otwarcie na świat, które nam towarzyszył 40 lat temu i dekadę później, gdy zaczynaliśmy odbudowę polskiej demokracji? Miejmy nadzieję, że nowe pokolenie wyborców i polityków odwrócą ten absurdalny PiSowski zwrot do tyłu. Mija 40 lat od zrywu Solidarności i 90 lat od wchodzenia faszyzmu do Europy. Oby koła historii obracały się w stronę ludzkiej solidarności, otwarcia na świat i inność i demokratyczne rządy. Czego wszystkim nam życzę.