Jerzy Łukaszewski: Życie jak w bajce

22.08.2020

Od zawsze byłem miłośnikiem bajek i zostało mi to do dziś. Sam nawet kilka napisałem, na szczęście nikt nie musi ich czytać. Jako malec zachwycałem się książeczką „Na jagody”, a jako nieco starsze już chłopię opowieścią „Dary wiatru północnego” W. Sieroszewskiego, którą do dziś posiadam i do niej zaglądam. Mam spory zbiór bajek z różnych krańców świata, w tym np. „Bajki” Leonarda da Vinci w przekładzie Leopolda Staffa. „Przygód barona Münchhausena” do bajek nie zaliczam, szczególnie w ostatnim czasie. To bardziej podręcznik PR skwapliwie wykorzystywany przez rządzących.

Sierpień jest miesiącem wyjątkowym dla bajkoluba.

Najpierw nurzam się w opowieściach o wojnie polsko-bolszewickiej, z roku na rok coraz to bogatszych, zdobionych coraz to nowymi rewelacjami rozpoczynającymi się od sakramentalnego wstępu „cały naród” itd. aż po interwencję Mateczki Najświętszej zbrzydzonej widokiem ohydnej, azjatyckiej tłuszczy, który to widok tak zadziałał na jej zmysł estetyczny, iż postanowiła interweniować. Musiało tak być, ponieważ w 1939 z racji innego wyglądu najeźdźcy estetyka nie poczuła się tak zraniona i interwencja nie nastąpiła. Prosta logika. W jednej z bajek dla co bardziej wyrośniętych starałem się wprawdzie przerzucić odpowiedzialność za zwycięstwo na warszawską syrenkę, ale bez powodzenia, choć jak się tak dobrze zastanowić …

Na mel. „Nad Ebru falą”

W dwudziestym roku stolicę kraju
naszedł wróg dziki ze świata.
Ciuchy z lumpeksu, ciągle na haju,
wzrok błędny jak u wariata

Ów cham syrenkę widząc na brzegu
choć potem wiało od niego
wrzasnął skrzyknąwszy wprzódy kolegów:
– Biust to ma całkiem niczego!

Syrenka gniewem wnet zapłonęła.
„- Prymityw jesteś!”- wołała.
I tak swym mieczem machać zaczęła,
że go z powrotem pognała.

Zważcie, że chwila podniosła taka
grzeczność tę na niej wymogła.
Każdy wszak przyzna: widząc żołdaka
„sp***aj” powiedzieć mogła.

Cudem nad Wisłą tamto zdarzenie
nazwał też wnet poniektóry.
Wniosek? – Normalne jest rozeźlenie,
a cud to trochę kultury.

Żarty żartami, ale sierpień nie czeka, pędzi do kolejnej rocznicy i to takiej, w której znowu zaczynamy wszystko od „cały naród…” itd. A ponieważ rocznica jest „okrągła” to „cały naród” będzie obowiązywał w stopniu jeszcze większym niż wszystko, co dotąd.

Przyznam, że mam z tym pewien kłopot, bo raz z racji wykonywanej profesji, a dwa jako uczestnik strajków sierpniowych nigdy nie wiem jak mam się w tych rocznicach znaleźć.

Co jest ważniejsze? Prawda historyczna czy „morale narodu”, które trzeba pasać jak jałówkę dosypując do żłobu coraz to lepszą paszę, by się jej boczki zaokrągliły?

Na razie korzystam, że decyzja w tej sprawie jeszcze nie zapadła (choć już do niej blisko) i wspominam tamte czasy tak, jak je zapamiętałem.
A zapamiętałem przede wszystkim jedną rzecz.

Pamiętam, że nie brał w tym udziału cały naród (kiedy zapadnie decyzja, że brał, to się wygumkuje). Pamiętam odwiedzających członków rodzin przy bramach stoczniowych i portowych, którzy namawiali uczestników do zaprzestania buntu, bo … — tu następowały argumenty najrozmaitszego pochodzenia i wagi, pamiętam wymowne postukiwania się w czoło ludzi przychodzących pod te bramy, a nawet wręcz wyśmiewanie
„głupków, którzy poszli na lep wrogiej Ojczyźnie propagandy”.

O tym jakoś wszyscy szybko zapomnieli. Pamiętam kolegę, z którym mieszkałem na portowym holowniku, który niemal płakał po każdej wizycie żony zgnębiony narastającym rozdarciem między solidarnością z kolegami, a jej wymówkami, że „zniszczy jej życie, ona od niego odejdzie … itd.”

Był też inny obraz tamtych dni.

Pamiętam z tamtego obrazu rzecz najważniejszą. Tak dla historyka, jak i dla człowieka. Solidarność.

Nie, nie związek zawodowy, ale solidarność przez małe „s”, której obecność dawała się odczuć przez całe te dwa tygodnie, a która była owocem działań zwyczajnych ludzi, nie siedzących za bramami, ale przychodzących i wspierających na różne sposoby. Kobieta przynosiła mężowi coś do zjedzenia, ale siatki miała tak napakowane, że mógł podzielić się z kolegami. A przecież o coś porządnego do spożycia nie było wtedy łatwo.

Pamiętam taksówkarza, który podjeżdżał pod samą bramę, a następnie otwierał bagażnik dosłownie zapchany kartonami z papierosami dla strajkujących. Pamiętam dziewczynkę, którą mama przysłała z igłami i nićmi, ponieważ opaski na rękawy dla chłopaków stróżujących przy bramie z braku powyższych bywały szyte drutem itd.

Pamiętam także oficerów WOP rozprowadzających warty pod obcymi statkami. To nie ustało z powodu strajku, protestujący wpuszczali ich na teren portu rozumiejąc konieczność, a panowie oficerowie bez słowa sprzeciwu legitymowali się chłopakom na bramie, których obowiązkiem było pilnowanie by na teren objęty strajkiem nie przedostał się ktoś niepowołany.

Oficerowie z motorówki WOP szli tak daleko w nigdy niewypowiedzianej sympatii i solidarności, że kiedy holownik „Ryś” usiłował przewieźć z portu gdyńskiego do stoczni gdańskiej partię świeżo wydrukowanych ulotek (ulicami byłoby to za duże ryzyko), a patrol wodny WOP stwierdził obecność na pokładzie osoby spoza załogi, skończyło się na ustnym upomnieniu kapitana, a holownika nawet nie przeszukano. Ulotki dotarły.

Pamiętam też dość okrutną karę dla kucharek, które przyłapano na wynoszeniu jedzenia do domu. Wynoszenie do domu było praktyką „normalną” w PRL, ale w strajku to nagle zniknęło, a przynajmniej pilnowano, by zniknęło.

Kobiety ustawiono na „sztaplu” palet i stały tak wyśmiewane, wyszydzane, płaczące, jak pomnik tego, co wydawało się strajkującym istotą ustroju.

Pamiętam, że nie było problemu, kiedy komuś czegoś brakowało, by dostać to od kolegi, czy to chodziło o jakiś element odzieży, czy coś do przegryzienia, czy papieros.

Pamiętam też żelazną dyscyplinę, niewidzianą w innych czasach, a która dawała chwilami efekty nawet komiczne.

Był zakaz spożywania napojów alkoholowych ze względów dość oczywistych. No dobra, ale człowiek nie wielbłąd i … itd. Osoby nawykłe do częstego wzmacniania odporności organizmu tymi specyfikami cierpiały nieraz katusze.

Byłem świadkiem sceny, kiedy to wracający z przepustki (po kilku dniach strajku wprowadzono taką instytucję) próbował wnieść przez bramę niewielką ilość, pół litra, dla poratowania zdrowia. Bramy pilnował jego przyjaciel, z którym w przeszłości nieraz to zdrowie ratowali. Nasz wartownik był jednak twardy – nie można, to nie można. Widziałem, jak otworzył butelkę i z obłędem w oczach wylewał jej zawartość na ziemię. Obaj płakali.

Dlaczego to wspominam? Po pierwsze dlatego, że rzadko się mówi o reakcjach tzw. zwykłych ludzi na tamte wydarzenia. Wspomnienia o nich giną w powodzi hymnów politycznych zagłuszających to, co według mnie było istotą sprawy i warunkiem tamtego zwycięstwa. Gdyby nie ci „zwykli ludzie” nigdy by się to nie udało. A byli przecież, jak już powiedziałem, tylko częścią tamtego społeczeństwa. Nigdy nie dowiemy się jak wielką, bo nikogo to dziś nie obchodzi. Dziś „wiadomo wszystkim”, że to „cały naród” itd.

Nie wspominałbym może tamtych czasów, gdyby nie przeczytany ostatnio wywiad z prof. Królem analizującym stan obecny polskiego społeczeństwa. Wywiad napawający grozą choć niby sprawy w nim omawiane widziane są na co dzień przez wszystkich. Jednak powiedziane wprost, głośno i wyraźnie, potrafią wstrząsnąć. Są niemal rozwinięciem napisu nad bramą piekła Dantego.

Dziś, kiedy widzimy już nawet nie skrywane dążenia pisowskich bolszewików do stworzenia nowego (ale na wzór starego) ustroju naszego kraju, zastanawiam się, czy jest w ogóle możliwy jakiś opór. Odpowiedź pana profesora odbiera resztki nadziei. Ale spróbujcie jej zaprzeczyć, znajdźcie argumenty na twierdzenie, że on się myli.

Próbowałem, o wynikach próby nie poinformuję.

Wspomniałem sierpień ’80 roku, bo wtedy widziałem w społeczeństwie coś, czego dziś nie mogę dostrzec. Fakt, jestem 40 lat starszy, wzrok już nie ten, ale …

Prof. Król pokazuje przyczyny tego stanu. Nikt nam tego nie sprokurował. Wszystko zrobiliśmy sami, własnymi rękami. I robimy nadal – przeglądając listę nagrodzonych jakimś medalem za udział w strajkach sierpniowych (nawet nie wiedziałem, że coś takiego istnieje) znalazłem na niej nazwiska kilku kolegów z Gdyni oraz … nazwisko gościa, który w tym strajku udziału nie brał, co było dość powszechnie wiadome. Kiedyś. I nikt ze współodznaczonych jakoś nie zaprotestował.

Zanim więc utoniemy w zachwytach nad „tamtym sierpniem”, nad „siłą i mądrością narodu” zapytajmy sami siebie, dlaczego dziś, kiedy autorytaryzm kroczy już nawet nie udając czegoś innego czy taki sierpień jak tamten byłby dziś możliwy? A jeśli nie — to dlaczego?

Jakiś czas temu wspominałem na łamach SO, że pierwotne postulaty sierpniowe to nie była słynna lista 21. Pierwsze zawierały wyłącznie postulaty czysto bytowe, materialne. To się zmieniło, kiedy do strajkujących dołączyła tak pogardzana dziś „inteligencja”, „pseudoelyty” – jak są dziś nazywane przez neobolszewików.

Tworząc nieprawdziwą historię tamtych dni skazujemy się sami na porażkę. Porażkę, która będzie nas dużo kosztowała.

P.S. Co do elit. Coraz częściej czytam w komentarzach internautów (a skąd im się to wzięło?), kiedy mowa jest o Katyniu, że zginęła tam „elita narodu”, więc to, co zostało jest takie marne i w ogóle.

Z całym szacunkiem dla poległych, których z różnych względów ciepło wspominam, jest to kolejny przykład mitu narodowego, szkodliwego i to bardzo. W Katyniu rozstrzelani zostali różni ludzie, także zwykli policjanci, urzędnicy, a nawet strażnicy więzienni, nie sami tylko oficerowie WP.

Kreując baśnie nie nauczymy się z historii niczego.

Sierpień 1980 roku to „tylko” 40 lat, a widzę z jakim trudem przebija się dziś prawda o nim.

I jeszcze ten profesor Król …

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com