Jerzy Łukaszewski: Proszę szybciutko się oddalić

29.10.2020

Tytuł jest tłumaczeniem na język naszych wsiowych hipokrytów słyszalnego z daleka hasła buntu, który na naszych oczach zaczyna zmieniać Polskę. No, może nawet nie zmieniać, ale odzierać ją z błazeńskich szatek, w które przystroiło ją nasze bezklasie polityczne przez 30 ostatnich lat.

Sam fakt jak to hasło poruszyło co poniektórych i czas, jaki poświęcają jego krytyce świadczy o politykach i nie tylko. Nie świadczy dobrze, bo jeśli to ono jest dla nich najważniejsze, to znaczy, że nie potrafią niczego pojąć.

Polscy politycy, do których zaliczam także hierarchów kościoła pedofilskiego, nadal niczego nie rozumieją, pomimo że bunt trwa już od tygodnia.

Kiedy słyszę zgłaszane „pomysły” dotyczące zaistniałej sytuacji, nadziwić się nie mogę, że ktoś toto w ogóle wybrał do sejmu jako naszych reprezentantów.

Gdyby ktoś chciał tego ktosia zobaczyć, wystarczy, że spojrzy w lustro. To my.

Sytuacja, z którą mamy do czynienia, stanowi coś nowego, z czym jeszcze nie mieliśmy do czynienia, a tymczasem nasi „mężowie stanu” usiłują reagować w kategoriach dotychczas im znanych, do których się przyzwyczailiśmy, z których stworzyliśmy sobie wygodne schematy. Ulica płonie, a ci zgłaszają kolejny bzdurny wniosek o odwołanie ministra Zero, choć z góry wiedzą, jaki będzie rezultat głosowania. Tracą czas, zamiast dokonać szybkiej analizy tego, co widzą każdego dnia.

Tak się już nie da.

Nie dziwię się Kaczyńskiemu. On nigdy nie był zbyt lotny, a sposoby, jakimi opanował garstkę wyznawców, znane są od wieków psychologom, którzy zajmowali się ludźmi o zdeformowanej psychice. To, że ktoś taki funkcjonuje publicznie to też nic dziwnego. Zjawisko znane od dawna. Mamy ich zresztą kilka sztuk na składzie, że wspomnę choćby „ojca” z Torunia, co do którego do dziś nikt nie odpowiedział nawet na pytanie: kto, kiedy i gdzie wyświęcił go na księdza? Nikt się nie chce przyznać, a mimo to człowiek ten stworzył swego rodzaju imperium, które ma realny wpływ na to, co się z naszym krajem dzieje.

To co robi w Kanadzie p. Łukaszuk (nawiasem mówiąc Gdynianin z pochodzenia) jest nie do pomyślenia w wolnej ponoć i demokratycznej Polsce.

Dziś nasi pseudo politycy jak jeden mąż zarzekają się, że nie popierają ataków na kościoły. Kaczyński z obrony kościołów i Kościoła zrobił główny punkt swego programu obrony tyłka, wokół którego zaczęło mu się palić.

I to działa!

Przynajmniej na tzw. polityków, którzy w chwilę po wygłoszeniu bogobojnej deklaracji stają zdziwieni, że ulica nie chce ich przyjąć na swoich wodzów, ba – źle postrzega w ogóle ich obecność w swoich szeregach.

Gołym okiem widzę, jak cierpi ambicja przywódców partyjnych, którzy nie dość, że przespali moment, to na dodatek nie potrafią znaleźć się w tym wszystkim.

Prymas Polak, przez wielu widziany jako „gołąbek” jakoś nie chce przyznać, że to jak dziś postrzegany jest Kościół przez młodych to jego i kolegów własna niezaprzeczalna zasługa. Dziś płaczą, że Kościół jest atakowany. Przecież pracowali na to latami swoją pazernością, swoim lekceważeniem prawa, swoją z trudem ukrywaną (a czasem i nie) pogardą dla człowieka. Amnezja?

Szczerze mówiąc, nie rozumiem przywódców religijnych z instytucji mającej 2 tys. lat historii, że tak słabo się jej uczą. We własnej historii znaleźliby odpowiedź jak budować Kościół stabilny, bezpieczny, zdolny stawić czoła przeciwnościom losu. Ale się nie uczą.

W trakcie pewnych poszukiwań zmuszony byłem dość dokładnie przestudiować zapiski wizytacyjne bpa włocławskiego, Hieronima Rozrażewskiego z XVI wieku. Do jego diecezji należało też Pomorze, które w tamtym czasie ogarnięte było falą luteranizmu, z którą Kościół zwyczajnie sobie nie radził.

Rozrażewski wybrał się na objazd parafii pomorskich. Zazwyczaj jeździł w towarzystwie 200 zbrojnych, kiedy jechał na Pomorze, zabierał 300. Już to samo świadczy o ryzyku, jakie taka wyprawa niosła i nastrojach tam panujących.

Przybywszy na miejsce zobaczył (i uczciwie zanotował) m.in. proboszczów, którzy nie umieli mu wytłumaczyć kto ich tymi rządcami parafii zrobił, zobaczył plebanów nie potrafiących do końca wyrecytować podstawowych modlitw, księży mających trudności z pisaniem i czytaniem, widział księży, dla których celibat to było coś co obowiązuje innych, gdzieś daleko, ale przecież nie ich. Widział proboszczów, którzy już ze dwa razy zmienili wyznanie razem z całą parafią. Kiedy wieś drogą kupna czy dziedziczenia przechodziła z rąk do rąk zdarzało się, że nowym nabywcą był luteranin. Wówczas proboszcz wraz z wiernymi po prostu stawał się pastorem i dalej wszystko było jak było. Bywały też powroty, bo właściciel zmieniał nagle wyznanie. Dziś to brzmi niewiarygodnie, ale to są potwierdzone w źródłach fakty.

Pomijając wszystko inne, świadczy to o tym, że polski katolicyzm zawsze był bardzo płytki, bardziej przywiązany do zwyczajów i obrzędów urozmaicających życie codzienne, niż do jakiejkolwiek myśli teologicznej.

Rozrażewski widział nawet nie to, że dyskursów teologicznych z luteranami jego księża nie wygrywają, ale że nie ma ich kto prowadzić.

Co zrobił? Konieczne zmiany zaczął od kadr. W parafiach pomorskich miała miejsce wielka czystka. Wyrzucano kolejno najgorszych proboszczów, a na ich miejsce zatrudniono absolwentów braniewskiego kolegium jezuickiego, ludzi jak na swoje czasy doskonale wykształconych.

Przyniosło to pożądany skutek i było jednym z powodów zatrzymania postępów protestantyzmu na Pomorzu.

Czy ktoś z dzisiejszych hierarchów zna i bierze przykład z bpa Rozrażewskiego? Nie? Dlaczego? Przecież on też działał w sytuacji zagrożenia Kościoła, także zagrożenia fizycznego, a jednak wygrał. Nikogo nie interesuje jak to zrobił?

Nie leciał z płaczem do króla i możnowładców. Zadziałał sam i to skutecznie.

Nikt dziś nie chce go naśladować? Dziwne, prawda?

Nie jestem teologiem, nie będę się więc na ten temat wymądrzał, ale wiem jedno. Im mniejsza wiedza duchownych, im bardziej prostackie i nieudolne ma Kościół kadry, które nie potrafią zadziałać na wiernych swoją wiedzą na temat własnej religii, tym szybciej i tym mocniej przykleja się do władzy świeckiej.

To nic nowego, to już też historia widziała.

Tyle, że niesie to za sobą pewne konsekwencje. Kiedy ta władza upada, Kościół dzieli jej los, bo sam tak wybrał. Nie da się inaczej.

Obecne płacze hierarchów oburzonych „atakiem na Kościół” brzmią tak nieszczerze, jak tylko ich słowa brzmieć potrafią.

Jakoś nie przeszkadzało im, że obatel Czarnecki agituje z ambony w czasie wyborów, to według nich nie była profanacja kościoła. Nie było też nią zapraszanie faszystowskich gangów na Jasną Górę i urządzanie dla nich specjalnych nabożeństw.

Kilka dni temu na swojej stronie www Jasna Góra czule wspominała wizytę Heinricha Himmlera podkreślając podziw jaki miał on dla tego miejsca. Internauci zareagowali brutalnie, wpis usunięto, ale w Internecie jak to w Internecie – nic nie ginie.

I ci sami ludzie podnoszą krzyk, że ktoś namalował coś nieładnie na murze świątyni. Rozdwojenie jaźni czy kompletne zagubienie się otumanionych władzą i dostatkiem ludzi?

„Gołąbek” Polak dziś twierdzi, że „Kościół nie jest stroną w tym sporze”. Ręce opadają, kiedy słyszy się coś takiego. Nasze pokolenie weszłoby może w spór z księdzem prymasem, próbowało go „nawrócić na wiarę chrystusową”.

Młodzi nie chcą. Już nie chcą.

A hierarchia najwyraźniej nie chce (nie chce!) przyznać, że dzieje się tylko to, na co przez długie lata zapracowała.

Mamy dziś na ulicy spór między dwiema Polskami, które wzajemnie się nie rozumieją. To bardzo groźne zjawisko, bo niemal z góry wyklucza jakiekolwiek porozumienie.

Zresztą potwierdziła to p. Lempart, która zapytana o możliwość ew. kompromisu z władzą odpowiedziała, że takowy jest możliwy. „Rządzący mają wyp****ć, ale zgoda – nie w podskokach”.

Jeżeli po jednej stronie stoi zradykalizowane na nasze własne życzenie młode pokolenie, którego najwyraźniej nie doceniliśmy i nie zrozumieliśmy, a po drugiej chory z nienawiści psychopata, to koniec może być tylko tragiczny.

Szkoda. Naprawdę szkoda.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com