05.12.2020
To rzadkie, by wysoki dostojnik kościelny przyznał, że organizacja, do której należy, tworzyła zbrodniczy system. Co więcej, deklaruje, że z tym trzeba coś zrobić.

Na początek przekazuje z własnych środków pół miliona euro na potrzeby ofiar pedofilii kleru niemieckiego. Ma to być wyjściowy kapitał funduszu wspierającego ofiary. Warto zacytować to, co mówi bliski współpracownik papieża Franciszka i metropolita największej diecezji katolickiej w Niemczech: „Wykorzystywanie seksualne w obszarze odpowiedzialności Kościoła jest przestępstwem” – powiedział Marks. „Niszczy życie wielu ludzi i oznacza duże obciążenia dla osób bezpośrednio dotkniętych, ale także dla ich rodzin i przyjaciół”. Dodał jeszcze: „System kościelny jako całość stał się winny”.
A oto jak wyglądają statystyki: Według raportu zleconego przez Kościół katolicki, zwolnionego we wrześniu, 1670 księży — czyli 4,4% duchownych katolickich — w latach 1946-2014 w Niemczech molestowało 3677 osób. Większość ofiar to chłopcy.
Czytając te wyznania kardynała Marxa zastanawiam się, kiedy polscy hierarchowie i ich akolici zdobędą się na słowa prawdy o własnym Kościele. Równie ciekawe będzie poznanie statystyki nadużyć seksualnych wobec nieletnich w polskim kościele.
Nie wydaje mi się, by odbiegały znacznie od tych niemieckich.


Kiedy przeczytałem kardynał Marx, od razu pomyślałem Groucho, a zaraz potem Kacza zupa.
Jednak w kontekście podanej informacji pojawiają się dosyć ciekawe kwestie. Np. co oznaczają dla kardynała środki własne i ile to tak naprawdę jest z jego subiektywnie kardynalskiej perspektywy? Pół miliona rozdzielone pomiędzy podaną liczbę ofiar, to około 136 euro dla każdego. Oczywiście rozumiem, że to fundusz, a nie jednorazowa akcja rozdawnictwa, skoro jednak przedsięwzięcie ma przynosić dochód, długoterminowo dostarczając środków na opędzenie skutków kapłańskich chuci, to kto i na jakich zasadach ma zarządzać pieniędzmi gromadzonymi w ramach funduszu?
Pytanie wydaje się o tyle zasadne, iż po pierwsze, zważywszy na w pełni zasłużoną reputację Kościoła i obrotność jego urzędników, należy dobrze zrozumieć kardynalskie intencje, gdy zachęca swym gestem kolegów po fachu. Tu w grę wchodzą takie czynniki, jak obrót, stopa zwrotu, podatki, a zatem i odpisy podatkowe i kilka innych.
Po drugie, komu, ile i za co, a także według jakich kryteriów i kto trzyma rękę na kasie? Jasne, że ofiarom i do syta, ale poza tym to raczej enigmatyczny koncept, a jak nie do końca wiadomo o co chodzi, to na pewno chodzi o stan kościelnego posiadania i nieposzlakowaną reputację.
Wracając na polski grunt, skoro ponad 90 proc. narodu to zdeklarowani katolicy, zatem można przyjąć, iż to oni, jako zbiorowość będą wypłacać odszkodowania poszczególnym członkom wspólnoty. Znając zawsze pełny nabożnej czci stosunek polskich władz świeckich do kościelnego portfela, mogłoby komuś przyjść do głowy, że w Polsce to państwo powinno zabezpieczyć ewentualne roszczenia. Co więcej, w taki sposób, żeby to się Kościołowi opłaciło, tzn. po wypłacie ewentualnych odszkodowań, np. wyrównywać poszczególnym diecezjom uszczerbek w kwocie co najmniej równej poniesionym stratom. Można by z tego zrobić wspaniałą maszynkę do przekręcania publicznej kasy. Brzmi słodko, ale czy nieprawdopodobnie? Wszak od lat kościelna dobroczynność realizowana jest w Polsce ze środków państwowych, zaś kościelne zbiórki charytatywne pozostają de facto poza kontrolą skarbową, co czyni kler nadzwyczaj hojnym darczyńcą.