Zbigniew Szczypiński: Czy duże pieniądze dają dużo szczęścia?

24.01.2021

Wysłuchałem informacji, że w Stanach Zjednoczonych nastąpiła w tamtejszej grze liczbowej tzw. wielka kumulacja. Można było wygrać, czy też właśnie wygrano, po trafnym skreśleniu sześciu cyfr główną nagrodę… uwaga, uwaga – miliarda dolarów. Tak, tak, nie pomyliłem się, miliarda dolarów, a więc tysiąc milionów. Za co, za jakie osiągnięcia? Za żadne, za trafne skreślenie kilku cyfr na kuponie za parę dolarów.

Photo by QuinceCreative on Pixabay

Ta informacja obudziła we mnie stare przemyślenia. Od zawsze występowałem przeciwko wszystkim grom losowym jako wstępu do hazardu. Uzależnienie od hazardu to nic dobrego, to choroba, którą trzeba leczyć.

Polska literatura z minionych wieków przynosi wiele opisów jak to jakiś polski szlachcic czy wielmoża tracił majątek w europejskich jaskiniach hazardu, w Monte Carlo, czy gdzieś indziej. To były majątki niezapracowane, oparte na wyzysku polskich niewolników, polskich chłopów, mniej mnie to boli. (O skali tego niewolnictwa i wyzysku warto poczytać w znakomitej książce Adama Leszczyńskiego – „Ludowa historia Polski”).

Hazard był i jest cechą nie tylko klasy próżniaczej, skłonność do hazardu nie ma klasowego przypisania. Występuje wśród różnych klas czy grup społecznych. Gorzej, gdy to państwo jest jego organizatorem, gdy go propaguje.

A tak jest w Polsce.

Od roku 1956 działa państwowe przedsiębiorstwo „Totalizator Sportowy” Od 1956 roku, a więc od dobrze ponad pół wieku, polskie państwo propaguje hazard i czerpie z tego korzyści. System gier jest tak skonstruowany, że państwo nie może przegrać, zupełnie tak jak wytrawny szuler.

Pamiętam początki Totalizatora, Totka jak mówiono. Ubierano hazard w szatę sportu, każdej losowanej liczbie przypisana była jakaś dyscyplina sportowa i speaker radiowy odczytywał i ją, i nazwę dyscypliny sportu. Można było się dowiedzieć o takich dyscyplinach, o których nikt lub bardzo mało osób wiedziało, że w ogóle istnieją. Już dawno zarzucono te pozory, teraz podaje się tylko szczęśliwe liczby i nic więcej.

Jak zaznaczałem, od początku tego procederu, wszędzie, gdzie mogłem, występowałem przeciwko państwowemu przedsiębiorstwu Totalizator Sportowy. Wszędzie, gdzie mogłem, podkreślałem, że jest to prosta droga do hazardu, do uzależnienia od różnych jego form i systemów. Takie miałem poglądy — a później, będąc już na studiach socjologicznych na Uniwersytecie Warszawskim, na przełomie lat 50. i 60. także wiedzę teoretyczną, ale i praktyczną opartą na wydarzeniach, które dzieją się naprawdę w polskich miastach i miasteczkach i są przykładami ludzkich dramatów i tragedii związanych z Totolotkiem właśnie.

Pamiętam, jak prowadząc badania dla Instytutu Książki i Czytelnictwa przy Bibliotece Narodowej, mające opisać profil kulturowy mieszkańców małych miasteczek ziem dawnej Galicji, spotkaliśmy się z taką sytuacją. W jednym z miasteczek takich jak Grybów, Pilzno czy Biecz (już nie pamiętam w którym) po przyjeździe i rozpoczęciu badań polegających na prowadzeniu pogłębionych wywiadów z kwestionariuszem na wylosowanej grupie mieszkańców, po kilku dniach naszego pobytu w tym miasteczku, przyszedł do mnie jeden z jego mieszkańców i przedstawił następującą sprawę.

Trzy lata wcześniej, w kolejną sobotę (sobota to był dzień przyjmowania kuponów totka) wysłał swojego kilkunastoletniego syna do punktu Totka, aby złożył wypełniony kupon. Synek, jak to dziecko, zanim doszedł na rynek, gdzie znajdował się ten punkt, to z jednym, to z drugim kolegą zabawił chwilę. Efekt był taki, że punkt był zamknięty i nie było można złożyć wypełnionego przez ojca kuponu. Ojciec nawet się bardzo tym nie zmartwił, zdarzało się to już wcześniej. I nie byłoby sprawy, gdyby ten kupon zniszczył. Tak się jednak nie stało i w niedzielę, w losowaniu, padły jego szczęśliwe numerki. Gdyby kupon został wysłany, to ten człowiek wygrałby milion złotych. Milion, bo wtedy nie było takich kumulacji, jakie wprowadzono później – wszystko po to, aby wzmocnić chęć do hazardu.

Ojciec, z wypełnionym kuponem — wypełnionym trafnie, ale nie wysłanym przez niefrasobliwość dziecka — przekonał całe miasteczko, że ten milion mu się należy, bo on ten kupon wypełnił przed dniem losowania. Wielokrotne wyjazdy do miasta wojewódzkiego, gdzie była jakaś siedziba Totalizatora Sportowego, wyjazdów z delegacją mieszkańców miasteczka świadczących, że tak właśnie się stało, że syn się spóźnił, oczywiście nic nie dały, bo dać nie mogły żadnego rezultatu. Człowiek przestał pracować, prowadzić swoje dobre gospodarstwo rolne, zaczął pić, rozpadła mu się rodzina – pełen dramat.

Jego przyjście do mnie, pana z Warszawy, powodowane było przekonaniem, że my, cala grupa badawcza przyjechaliśmy do miasteczka tylko po to, aby sprawdzić, czy to prawda, co mówi ten człowiek. Był całkowicie przekonany, że przysłał nas Totalizator…

To tylko jeden z bardzo wielu przykładów tego, co dzieje się z ludźmi po dużej wygranej, po tym, gdy nagle spada na nich bogactwo lub gdy zdarza im się tak jak temu nieszczęśnikowi – gdy pieniądze przejdą koło nosa.

Znam kilka badań prowadzonych przez psychologów społecznych nad milionerami – tymi, co trafili szóstkę w totka. Obraz jest przerażający – takie duże pieniądze, które spadają nagle, jak z nieba, powodują taki zamęt, takie skutki, że w sumie to jest nieszczęście, a nie szczęście. Ludzie wyprowadzają się ze swojego miejsca zamieszkania, tracą przyjaciół, a nowych nie da się szybko pozyskać, stają się podejrzliwi wobec całego świata, wpadają w różne zaburzenia i dysfunkcje – jednym słowem nic dobrego.

I to nie powinno dziwić. Duże — a czasem wielkie — pieniądze, niezapracowane, niepowiązane z żadnym wysiłkiem, muszą niszczyć psychikę często bardzo nieskomplikowaną, psychikę „prostych” ludzi. Takie pieniądze mogą zniszczyć psychikę każdego w ogóle człowieka – tak myślę…

Jeżeli w państwie działają różne firmy prywatne zajmujące się hazardem, to w miarę uchodzi. Gorzej, gdy to państwo jest organizatorem hazardu. Polskie państwo jako organizator hazardu nie może nie zdawać sobie sprawy z tego, że nie da się kształtować postaw obywateli nakierowanych na pracę, na podnoszenie kwalifikacji, na twórcze myślenie, wtedy, gdy utrzymuje się własne przedsiębiorstwo, organizujące najbardziej masową formę hazardu.

Totek jest właśnie taką najbardziej masową formą gry hazardowej, uczestniczą w niej miliony. Jest już wystarczające wiele mechanizmów demotywujących do rzetelnej pracy czy twórczości; wystarczy porównać proponowane przez państwo wysokości wynagrodzenia za prace policjanta czy nauczyciela. Budowanie społecznych postaw na tym, że wystarczy mieć szczęście, wystarczy trafnie skreślić kilka cyfr, aby uzyskać taką masę pieniędzy, której nie da się uzyskać przez całe życie, nawet pracując w bardzo potrzebnym i cieszącym się dużym prestiżem zawodzie, jest już w tym kontekście zupełnie zbędne.

Nie wiem, kto wygra — i czy już wygrał — miliard w Stanach, wiem jedno: szansa, że będzie szczęśliwy jest mniejsza niż szansa tej wygranej.

Zbigniew Szczypiński

Polski socjolog i polityk


Ur. 11 sierpnia 1939 w Gdyni – poseł Unii Pracy na Sejm II kadencji. Działał w pierwszej „Solidarności”. Po ponownej legalizacji związku, od 1991 kierował Ośrodkiem Badań Społecznych w zarządzie regionu NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Przewodniczący Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com