06.02.2021

Od pewnego czasu pojawia się w przestrzeni publicznej w Polsce argument, że coraz liczniejsze akty apostazja polskich katolików, to obok wypisywania się dzieci i młodzież z lekcji katechezy katolickiej znak szybkiej sekularyzacji społeczeństwa polskiego.
Myślę, że sporo w tym racji. Jednak sam akt apostazji nie jest czymś całkowicie nowym. Wręcz przeciwnie: znany jest z historii chrześcijaństwa i to od wczesnych wieków. Najbardziej znane i najlepiej opisane to akty apostazji, do jakich dochodziło w roku 250 w czasie prześladowań cesarza Dioklecjana. Jednak wtedy powody występowania z Kościoła były zgoła odmienne niż te dzisiejsze.
Sprawa zasługuje na głębszy namysł, poparty statystykami. Dzisiaj rzucam tylko myśl, do której mam nadzieję w przyszłości wrócić. Jest ona dla mnie o tyle ważna, że pozwala lepiej rozumieć funkcję społeczną religii, a zwłaszcza chrześcijaństwa. W starożytności, a zwłaszcza w pierwszych wiekach, stanowiło ono element integrujący dla osób wywodzących się z różnych warstw społecznych i grup etnicznych i religijnych, dzisiaj, przynajmniej w Polsce, jest czynnikiem polaryzującym, a nawet stygmatyzującym grupy mniejszościowe. Wtedy apostazja związana była z prześladowaniami chrześcijan, dzisiaj jest wyrazem sprzeciwu wobec mowy nienawiści, która w polskim katolicyzmie zadomowiła się na dobrze wzbudzając uzasadniony sprzeciw coraz liczniejszych katolików, którzy w przypływie desperacji decydują się na dramatyczny gest zerwania ze swoją wspólnotą religijną.
Ostatnio ciekawie o tym napisał jezuita Henryk Pietras w artykule „Jak Kościół wyciągnął rękę do apostatów”. Autor to jeden z najznakomitszych znawców okresu patrystycznego, czyli właśnie tych pierwszych wieków chrześcijaństwa. Pietras skupił się właśnie na tych wspomnianych prześladowaniach za czasów Dioklecjana, które miały związek z wybuchem zarazy. Dioklecjan zmuszał wszystkich obywateli Cesarstwa Rzymskiego do składania bogom ofiar przebłagalnych, a kto tego nie zrobił był srogo karany. Wśród opornych byli właśnie chrześcijanie, dla których taki gest oznaczał akt bałwochwalczy i niezgodny z ich religijnymi przekonaniami. Stąd liczne ofiary, ale też sporo odstępstw i właśnie interesującej nas apostazji. Jej głównym powodem był więc lek przed represjami związanymi z przynależnością do Kościoła, a nie chęć opuszczenia tegoż.
Jak pisze Pietras:
Wielu chrześcijan złożyło więc wymagane ofiary, a co sprytniejsi załatwili sobie ‘lewe’ zaświadczenia, uważając być może, że jak się Panu Bogu pali świecę, to nie zaszkodzi wiele i diabłu ogarek. Zaraza przeszła, jak zawsze przechodzi i nagle uświadomili sobie, że znaleźli się poza Kościołem, jako apostaci. Bardzo wielu chciało wrócić i prosiło o przyjęcie na powrót. Przy tej okazji dały znać o sobie różne postawy.
Tych różnych postaw była wielka rozpiętość: od skrajnego rygoryzmu do pełnego zrozumienia liberalizmu. W końcu wygrał pragmatyzm. Dla tych, którzy chcieli wrócić wyznaczone pewne praktyki pokutne, których celem było stwierdzenia autentyzmu nawrócenia i chęci poprawy. Byli też tacy, którzy po apostazji do Kościoła wracać nie zamierzali.
Na koniec swych krótkich rozważań historycznych Henryk Pietras stawia ważne pytanie na temat istoty apostazji, która przecież nie musi się łączyć z formalną decyzją wystąpienia z Kościoła. Warto je przywołać, bo jak mi się wydaje stawia cały problem w zupełnie innej perspektywie niż to jest przedstawiane i omawiane w przestrzeni publicznej w Polsce. Otóż jego zdaniem:
Dla tych, którzy chcieli, Kościół wypracowywał przez wieki różne drogi nawrócenia. Proporcjonalne do ich możliwości, chęci, ale i skali zgorszenia, jeśli stali się jego powodem. Kościół bowiem ciągle chce być wspólnotą zbawionych z Chrystusem na ziemi. A jak do niego należą ci, którzy bez formalnej apostazji nie spełniają warunków, bardziej im zależy na własnej wielkości w tym Kościele niż na towarzystwie Jezusa i Jego uczniów?
Jest ono o wiele ciekawsze niż tylko zastanawianie się ileż to Kościół straci finansowo na uszczupleniu jego statystyk po „masowych wystąpieniach”. Znacznie ciekawsze jest pytanie o powody występowania i motywacje tych, którzy mają z tym problem.
Po pierwsze jest uderzające jak bardzo odmienne są powody apostatów starożytnych i współczesnych. Tych pierwszych do apostazji skłaniała władza polityczna, a dla tych drugich powodem jest sama instytucja Kościoła, a zwłaszcza sami księża, w tym szczególnie niektórzy biskupi. Po drugie zastanawia mnie zupełnie absurdalny opór niektórych księży przed akceptowaniem decyzji katolików, którym polski katolicyzm zwyczajnie przestał odpowiadać. Po trzecie wreszcie mamy dzisiaj do czynienia z odwróceniem sytuacji z roku 250. Wtedy ludzie chcieli do Kościoła wracać i niektórzy księża czy biskupi nie chcieli ich przyjmować, a dzisiaj ludzie chcą z Kościoła wystąpić, a niektórzy księża im w tym przeszkadzają.


Myślę, że dla części osób apostazja nie jest rozwiązaniem, bo to trochę jak ewakuacja na oślep z tonącego okrętu. Może alternatywą mogłoby być zdystansowanie się, sprzyjające rozwojowi dojrzałości. Bo przecież często prawa i sytuacja w naszych rodzinach nam nie odpowiadają, a rzadko kto wypisuje się np. notarialnie z rodziny, zmieniając nazwisko etc. Dojrzała osoba dystansuje się do przekazów rodzinnych, wybiera sobie i zachowuje to co jest zasobem, a „wyrzuca” to z czym się nie utożsamia, z czym mu nie po drodze. Może podobną postawę można byłoby zaaplikować do relacji z Kościołem. Czyli zdrowy dystans, kwestionowanie prawd, które nie są „nasze”, których wewnętrznie nie czujemy (nie mówię tu o relatywizmie). Pozwolenie sobie na niedopowiedzenia i proces.
Motywacje stojące za apostazją bywają różne i nie wypada ich oceniać bo to w końcu bardzo osobiste decyzje, które ja akurat szanuję. Np decyzja prof. Tomasza Węcławskiego/Polaka była bardzo przemyślana i konsekwentna. Był twarzą katolicyzmu racjonalnego, jest twarzą równie racjonalnego ateizmu. Rozumiem również motywacje polityczne (nie chcę firmować tej bandy skorumpowanych hierarchów zblatowanych z równie skorumpowanymi politykami). Patrzę na to jako obserwator i próbuję ten ruch odchodzenia zrozumieć jako nową jakość w obecności katolicyzmu w przestrzeni publicznej.
Pisze Pan jednak wciąż o wymiarze społecznym, zbiorowym apostazji – prof. Węcławski jako „twarz”, osoby odchodzące jako bunt przeciwko hierarchom. Ważny i pokuszę się o stwierdzenie, że ważniejszy jest wymiar osobisty i konsekwencje dla pojedynczego człowieka. Przy czym odejście z Kościoła ateisty (prof. Węcławski) jest jak najbardziej zrozumiałe, a nawet stosowne i uczciwe, ale część osób odchodzących nie jest ateistami.
Jest jeszcze trzecie oblicze apostazji – zarazem formalnej i nieformalnej. Mam tu na uwadze (częstsze w USA niż w Polsce) zmiany wyznania. Przejście do innej denominacji jest formalne na „wejściu” do niej, ale nie jest przy tym wymagane wypisanie się z poprzedniej. W efekcie takie osoby figurują w aktach i statystykach obydwu, a bywa, że i kilku wyznań. Zgodnie z prawem kanonicznym KrK „zaciągają ekskomunikę” – aktem chrztu (lub innej inicjacji) w niekatolickim obrządku – jednak formalnie wciąż figurują w księgach parafialnych bez żadnej adnotacji (bo i bez wiedzy proboszcza) o ich „przejściu na inną wiarę”.
Nie tak dawno w rozmowie z pastorem jednego z Kościołów protestanckich w Warszawie dowiedziałem się, ze większość jego wiernych to byli katolicy. Znam też wielu katolików i katoliczek, które sobie to przejście bardzo chwalą. Więc staje się to również zjawiskiem polskim.