Zbigniew Szczypiński: Wojna z Zachodem

Inspiracją do tych zapisków jest wystąpienie najważniejszego prezesa, który w kościele, do mikrofonu i przed kamerami telewizji Jacka Kurskiego, po mszy poświęconej swojej matce, powiedział wprost – Polsce grożą wielkie niebezpieczeństwa, szczególnie te, które płyną z tego zgniłego Zachodu. To państwa zachodniej Europy są, jego zdaniem, siedliskiem największych dla Polski zagrożeń – ideologii gender, stosowania eutanazji, zaprzeczania świętości każdego życia, powszechnej laicyzacji, małżeństw zawieranych przez osoby Ze środowisk LGBT i otwartych ataków na religię. Polska musi się bronić i Polska będzie się bronić.

Takie wezwania, takie widzenie świata — to jednak nic nowego.

Nie będę wchodził w polemikę, szkoda czasu. Chciałbym tylko to nieśmiało skomentować, korzystając z własnej pamięci, takiej, jaką mam – żyję już długo i pamiętam czasy tamtej Polski, tej która powstała po zakończeniu drugiej wojny światowej. Moje życie, to w pełni świadome, przypadło na tamte lata.

W 1945 roku miałem sześć lat i zaczynałem naukę w pierwszej klasie szkoły podstawowej w moim rodzinnym mieście, w Gdyni. Całe młodość przypadła na lata, o których teraz się mówi – czasy słusznie minione. Nawet jeżeli ta nazwa jest słuszna, to ja nie miałem żadnego wpływu na to, że to było moje życie.

Pamiętam jeszcze ze szkoły podstawowej przekaz płynący z radia (telewizji wtedy nie było), w którym przekonywano mnie, że Zachód to samo zło, sami imperialiści i rewizjoniści czyhający tylko na to, aby odebrać nam nasze Ziemie Odzyskane, na to, aby wywołać wielką wojnę. Imperialiści chcieli wojny, my broniliśmy pokoju. To było proste i klarowne, tak pisała o tym prasa, radio i uczyła szkoła.

Taki był świat, ten oficjalny, ten kreowany przez państwo polskie.

A jak wyglądało prawdziwe życie?

To było jak u Orwella, takie dwójmyślenie, oficjalnie tak – a prywatnie nie. Postaram się wyjaśnić to na przykładach. Takich, jakie mam w pamięci, jakie były cząstką mojego życia.

Poczynając od pierwszych lat nauki w szkole podstawowej, byłem poddawany indoktrynacji religijnej. W tamtych latach religia była w programie szkolnym. Było to dla mnie po ukończeniu 12 roku życia powodem różnych trudności w rozumieniu świata takiego, jakim go widziałem i coraz lepiej rozumiałem — w porównaniu z biblijnymi opowieściami o stworzeniu. To było nie do pogodzenia i dlatego szybko zrezygnowałem z lekcji religii.

W rozumieniu tego, co działo się w kraju i na świecie nie pomagało rozdarcie pomiędzy tym, co można było usłyszeć w Polskim Radiu i w Radiu Wolna Europa czy też BBC. W moim domu słuchało się Radia Wolna Europa, Londynu słuchałem w domu mojego przyjaciela, którego ojciec, żołnierz AK, słuchał go stale. Jako dziecko nie rozumiałem wielu spraw; rozumiałem jednak, że nie ma jednej prawdy, że są różne widzenia świata. Mówiąc o tym rozdarciu na dwie prawdy – bowiem wielu ludzi godziło się z przekazem oficjalnym – trzeba jednak pamiętać, że mówimy o latach tuż po wielkiej światowej wojnie, która dla Polaków oznaczała bardzo często śmierć i niewyobrażalne cierpienia i nędzę. Lata 40 i 50 to były pierwsze lata pokoju, zdobywania elementarnych dóbr, możliwości podjęcia pracy, po prostu życia. Sądzę, że „górne i chmurne” sprawy znaczyły wówczas znacznie mniej albo wcale.

Nie bez znaczenia były też wielkie procesy społeczne związane z industrializacją i urbanizacją i naprawdę powszechny dostęp do nauki z likwidacją analfabetyzmu włącznie. Wielka migracja ze wsi do miast objęła blisko 5 milionów ludzi. Głoszone hasła o ludzie pracującym miast i wsi miały do kogo trafiać – i to trafiało.

Z małych spraw pamiętam też zapach pomarańczy jako owocu stamtąd, ze świata i smak prasowanego kakao, jakie otrzymywałem w szkole podstawowej w paczkach, jakie przysyłała Ameryka. To były dary z UNRRA, takiej amerykańskiej organizacji niosącej pomoc biednym krajom a szczególnie dzieciom z tych krajów po wojnie.

YMCA — amerykańska organizacja pomagająca dzieciom i młodzieży pojawi się tutaj jako kolejna organizacja, dzięki której w Gdyni zbudowany został okazały Młodzieżowy Dom Kultury i Nauki. To do tego Domu chodziłem przez wszystkie szkolne lata poczynając od szóstej klasy szkoły podstawowej i całe liceum ogólnokształcące do pracowni modelarskiej, budując coraz większe i coraz doskonalsze modele latające szybowców i samolotów z napędem silnikowym.

Zachód — to była UNRRA i YMCA i to były dobre instytucje.

To zdjęcie, autor: Nieznany autor, licencja: CC BY-SA

Ale Zachód to była też Coca Cola i magia, jaka wiązała się z tą nazwą. Pamiętam, gdy pierwszy raz dostałem puszkę Coca Coli – wypiłem i stwierdziłem, że nasza lemoniada jest lepsza. Ale Coca Cola to był tamten lepszy świat.

Z zachodu tez przychodziły mody, ważne dla młodzieży, na przykład „bikiniarze”, tacy co chodzili w kolorowych skarpetkach, mieli buty „na słoninie” i wąskie spodnie bez mankietów. Wystarczyło mieć jeden z tych przedmiotów i już się było odbieranym jako człowiek stamtąd, z innego świata.

Pamiętam, jak po rozpoczęciu studiów na filologii polskiej Uniwersytetu Łódzkiego koleżanki mówiły mi jakie wrażenie zrobiły moje buty-mokasyny i spodnie z „cajgu”, takiego materiału w prążki, z którego siostra mi je uszyła. Właśnie wąskie i bez mankietów. To wystarczało, aby mieszkanki dużego miasta, jakim była Łódź, uznały, że jestem z lepszego świata, bo z Gdyni. I śmieszne i straszne – ale jednak tak było.

A czy ktoś jeszcze pamięta czym były płaszcze ortalionowe? To taki rodzaj płaszcza przeciwdeszczowego. Ale z ortalionu – rodzaju tworzywa sztucznego, który można było złożyć w kostkę i schować do kieszeni. Każdy chciał mieć taki płaszcz – to nie był bowiem płaszcz, ale wyznacznik statusu. A zwykłe reklamówki – plastikowe torby z kolorowymi nadrukami firm handlowych… Takie torby przywożono ze świata, z tamtego świata i sprzedawano na rynku. Kupujący miał poczucie, że był na Zachodzie, a zwłaszcza mieli tak myśleć inni.

Kolejnym rozdarciem pomiędzy „zgniłym Zachodem” a prawdziwym życiem w PRL były samochody. Było ich mało i były byle jakie. Jeździliśmy Syrenami, Trabantami, P-70, Moskwiczami czy Skodami (te były już trochę lepsze). Ale prawdziwe samochody, to były samochody z Zachodu, Volkswageny, Fordy, Citroeny czy Renaulty. To były samochody, nie to, co nasze…

Pamiętam też rozdarcie pomiędzy tym, co było w polskich sklepach i tym, co było do kupienia w sklepach Baltony czy Peweksu, takich placówkach, w których można było kupić różne dobra za zachodnie waluty. Gdynia, miasto marynarzy, miała ich kilka i każdy mógł zobaczyć i poczuć różnicę pomiędzy tym, co nasze i tym, co z Zachodu.

Różnica w jakości towarów „stamtąd” w stosunku do tego, co było u nas – to jedno; ważniejsza była ilość oferowanych towarów. W Polsce przez wiele lat w sklepach MHD i Samopomocy Chłopskiej (to na wsi) były puste półki, pod sklepami spożywczymi tworzyły się długie kolejki, powstawały spontaniczne komitety kolejkowe pilnujące porządku i tego by nikt poza kolejką nie mógł kupić tego, co właśnie „rzucili na rynek”.

Pamiętam jak znana wielka artystka śpiewała: „Za czym kolejka ta stoi?” Stało się za rzeczami najprostszymi, takimi jak masło, ale również sprzęt gospodarstwa domowego. To był inny świat.

W Gdyni, portowym mieście, kwitł handel walutami. Marynarzom zagranicznych statków oferowali wymianę ich walut, a zwłaszcza dolarów „cinkciarze” – tacy panowie, co płacili po kursie ich realnej wartości, a nie tej, którą oferował Narodowy Bank Polski. Różnica była wielka. Pamiętam czasy, gdy dolar na czarnym rynku kosztował więcej niż 100 polskich złotych przy średnich zarobkach na poziomie 2000 -3000 tysięcy złotych. Oznaczało to, że płace w Polsce wynosiły kilkadziesiąt dolarów.

To była miara naszego zacofania nawet wtedy, gdy uwzględni się różnice w kosztach utrzymania i ceny podstawowych produktów. Ale i wtedy różnica była straszna, na naszą niekorzyść oczywiście. Prawdziwe pieniądze – to były dolary, funty czy marki, polskie pieniądze to były bilety Narodowego Banku Polskiego.

Rozdarcie pomiędzy tym strasznym Zachodem przedstawianym w propagandzie a jego uwielbieniem w życiu codziennym było stałą cechą tamtych czasów. Dlatego też zakończyło się to wszystko tak, jak zakończyło. Nasz system przegrał i weszliśmy w wielką transformację, w wyniku której mamy Zachód z jego blaskami – ale i cieniami.

W Polsce działają dziś te same sieci handlowe co na Zachodzie, mamy Lidla i Aldi, mamy Carrefoura i portugalską Biedronkę. W salonach kosmetycznych pachnie tak samo, jak na Zachodzie. W twardej rzeczywistości, w realu różnice się zatarły — lub tak zmalały, że nie są problemem. Pojawiły się jednak nieistniejące przedtem kłopoty — takie jak bezrobocie. W dawnych czasach to praca szukała pracownika, teraz to człowiek szuka pracy.

I oto teraz prezes rządzącej partii wzywa do walki z Zachodem. Wymienia jednak zagrożenia z tzw. miękkiej sfery, ideologię gender (swoją drogą: warto by sprawdzić ilu ludzi wie co to naprawdę jest; podejrzewam, że bardzo mało), laicyzację (trudno, aby było inaczej), nieposzanowanie życia (nie dodając, że traktuje się je jako tzw. dar boży).

To są wszystko — jak widać — sprawy ducha, nie materii. Gdy różnice dotyczyły materialnych warunków życia i walka toczyła się w sferze ideologii — zwycięzca mógł być tylko jeden, mimo że trwało to kilkadziesiąt lat. Teraz gdy walka ma toczyć się w sferze ducha… przegrana będzie jeszcze znacznie szybsza. Młodzież nie pozwoli wepchnąć się w świat zabobonu i oszołomstwa.

Dlatego też prezes przegra tę wojnę. Im szybciej, tym lepiej.

Zbigniew Szczypiński

Polski socjolog i polityk


Ur. 11 sierpnia 1939 w Gdyni – poseł Unii Pracy na Sejm II kadencji. Działał w pierwszej „Solidarności”. Po ponownej legalizacji związku, od 1991 kierował Ośrodkiem Badań Społecznych w zarządzie regionu NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Przewodniczący Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com