natan gurfinkiel: marcowa dygresja

08.03.2021

memu oponentowi, PK

drogi mój adwersarzu,

nie wątpię ani przez chwilę w twe najlepsze intencje, choć w twoim komentarzu wyczuwam  żal, że wiodąc spokojną egzystencję i klepiąc dobrobyt za granicą,  podpowiadam  ludziom w kraju jak mają żyć. fakt, od wielu lat siedzę na innej półce i mam w pamięci, do czego może doprowadzić pouczanie kogokolwiek.

już z samego imienia i nazwiska, w parze ze swobodnym posługiwaniem się  polszczyzną mogłeś łatwo odczytać, że urodziłem się w fatalnym miejscu na globie, w nieodpowiednim czasie,  a na domiar złego,  pochodzenie moich rodziców mogło pozostawiać niejedno do życzenia. te właśnie szczegóły  biografii zostały mi w 68 r. skwapliwie wypomniane w marcu, miesiącu  mego pojawienia się na świecie. był to zatem spóźniony o wiele lat, perwersyjny prezent  urodzinowy. zadziwił mnie on nieco, przyznaję, bo nie podejrzewałem tej ociężałej na rozumku władzy o taki aż rodzaj wyrafinowania.

musi co, zawsze byłem oderwany od prawdziwego życia. na krótko przed spacyfikowaniem przez ZOMO wiecu studentów na dziedzińcu uniwersytetu warszawskiego byłem we wrocławiu. spotkałem się z januszem, doktorem praw, który bardziej aniżeli swym pierwotnym wykształceniem, zajmował się historią doktryn politycznych.

spacerowaliśmy po rynku. mieliśmy obydwaj świadomość, że coś wisi w powietrzu. powiedziałem przyjacielowi, że tak napełnione szambo musi lada moment wywalić. 

– ta władza jest głupia, powiedziałem. ja  to bym wytłumaczył brak mięsa w sklepach tym, że po wojnie czerwcowej żydzi wykupili wszystką wieprzowinę, by odrzucić od siebie podejrzenie o syjonizm.

– to jest żydowski sofizmat, trzeba całkiem inaczej: żydzi są winni, ja wam to mówię! – skandował, waląc się w pierś – aryjczycy, naród rycerski  więc łatwo to zrozumieją.

już niebawem miałem się przekonać, że przyjaciel mój miał rację. jego reakcja na   moją wypowiedź  o napełnionym szambie tak mi się podobała, że po powrocie do warszawy powtórzyłem ją koledze na radiowym korytarzu, po kilku dniach przeczytałem w „trybunie ludu” artykuł zastępcy redaktora naczelnego mojego pionu radiowego: “jeden z zajadłych syjonistów – pisał autor – ośmielił się się przyrównać polskę do szamba”.

kolega, dzięki delatorswu którego trafiłem na łamy centralnego organu PZPR, wkrótce po tym epizodzie  wstąpił do partii. jak mi później opowiadano, jego żona wystąpiła o rozwód, by – jak   mówiła- nie mieć volksdeutscha za męża.

po wyrzuceniu z radia miałem dużo czasu na rozmyślania i spacery po mieście. któregoś dnia spotkałem na krakowskim przedmieściu mego byłego dziekana. poszliśmy do pobliskiej „telimeny”

– ludzie  piszą akty lojalności  – powiedziałem – a ja nie mogę się przemóc, by potępić takie obrzydlistwo, bo nie siedzę w ich wnętrzu i nie wiem co ich do  tego skłoniło. domaganie się od kogoś bohaterstwa zdaje mi się czymś głęboko nieludzkim.

– oczywiście, panie natanie. ja z największym trudem wymagałbym czegoś takiego od samego siebie.

mój ex dziekan  zmarł później na emigracji.

takich rozmów było dużo. któregoś dnia spotkałem marka na rynku starego miasta. – co, wyjeżdżasz?! akowców po wojnie stawiano pod ścianą i też nie wyjeżdżali.

po tygodniu naleźliśmy na siebie niemal w tym samym miejscu. -przepraszam cię, powiedział. nie mam prawa nie tylko robić ci wymówek, a nawet się dziwić. zrobiło mi się żal, że ciebie już tu nie będzie…

ernest powiedział, że jestem głupi. ja jeżdżę po białostocczyźnie. chłopi mi mówią: władza się kłóci, no to niech zakłócą się na śmierć, dla nas będzie  dobrze. trzeba słuchać zwykłych ludzi, a nie tylko warszawki.

małgosia naskoczyła na mnie.

– jesteś wśród przyjaciół, a połykasz haczyk, który podrzuca ci  władza

– małgosiu, ciebie mogą nawet zamknąć, ale nikt nie wytknie ci nielojalności, wynikającej z faktu, że nie jesteś polką. w moim przypadku taki zarzut pojawi się na pierwszym miejscu.

powiedziałem to w złą godzinę. po przyjeździe do kopenhagi przeczytałem, że małgosia została skazana w procesie „taterników” za szmugiel paryskiej „kultury” z terytorium czechosłowacji.

przyjaciele pomagali mi jak mogli i bez nich umarłbym chyba z głodu. niektórzy z nich narażali się chcąc mi ulżyć. kilku moich kolegów z radia zaoferowało robienie audycji pod ich nazwiskami, a niektórzy ich szefowie udawali, że tego nie zauważają.

nie mogłem jednak znieść świadomości, że kontakt ze mną stawia ich przed wyborem między bohaterstwem albo ześwinieniem się.

piosenka, z „piwnicy”, którą mi posłałeś została wykonana dla upamiętnienia piotra skrzyneckiego. znałem go od lat i spędziłem z nim jeden z moich ostatnich wieczorów przed odlotem do kopenhagi, bo akurat przyjechał z występem na kilka dni. zwierzył mi się, że być może też wyjechałby z kraju, gdyby umiał żyć bez krakowa.  mne się kiedyś też wydawało, że nie potrafię żyć bez czegoś tam w rodzimych stronach. dopiero za obecnego rządu uświadomiłem sobie jak wielkim wizjonerem i humanistą okazał się  się władysław gomułka, wypędzając mnie z polski.

mam silną nadzieję, że nie będę musiał  kiedyś wspominać dzisiejszego  zarządcy PiSpospolitej jako łagodnego baranka.

appendix:  osoby, które wymieniłem w tekście bez nazwiska: janusz goćkowski (zm, zm, 2020),  jan halpern , marek nowakowski (zm. 2014), ernest bryll, małgorzata szpakowska.


Natan Gurfinkiel

dziennikarz


Polski i duński dziennikarz: publicysta i radiowiec.
Stały felietonista “Studia Opinii”.
Mieszka w Kopenhadze.

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. PIRS 08.03.2021
  2. PK 08.03.2021
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com