Marek Jastrząb: Wydaj książkę i zdechnij!

16.09.2021

Zacząłem sobie przypominać, ile książek, bezcennych a zbutwiałych starodruków nawet, ile arcydzieł literatury światowej udało mi się wydrzeć z lochów niejednej składnicy surowców wtórnych! Po godzinach oficjalnej pracy kierownik placówki wpuszczał mnie na zaplecze i pozwalał mi (za ćwiartkę czystej) uprawiać wysokogórską wspinaczkę na wierch papierowej hałdy. I gdy on leżał u jej stóp, ja bawiłem się w archeologa. A gdy składnica była już przegrzebana, budziłem faceta i szliśmy do wagi.

Kładłem na niej urobek, czyli wszystkie znalezione książki, a gość mi je sprzedawał. Cena była taka, że jeśli wszystkie ważyły pięć kilo, to w zamian musiałem mu przynieść pięć kilo gazet. Tym sposobem wszystko się zgadzało i dzięki temu ja miałem sporą bibliotekę, on zaś – porządek w burdelu.

Czasy się zmieniły i funkcję makulaturowych magazynierów przejęły urzędy od odmawiania pomocy, wsparcia i dawania literatom popalić. Dla nich też nie było różnicy między książką a papierzyskami. Sprytne ludzie zwietrzyły interes i wzięły sprawy w swoje ręce: zaczęły otwierać się na potrzeby wygłodniałego społeczeństwa. Kwitła więc produkcja bubli i na masową skalę powstawały rachitycznie wydawnictwa.

Tak jak niegdyś w garażu siedział na skrzynce od piwa przyszły komputerowy Gates, teraz w byle internetowej piwnicy siedział sobie wielmożny pan wydawca i czekał na frajera z kasą. Czyhał na reflektantów i łyskał brylantyną niewiedzy.

Naiwny klient wpadał mu w szpony i z rękopisem drżącym w rozlatanych rękach kucał z zachwytu, bo na wstępie dowiadywał się, że spłodził wiekopomne dzieło, które rozejdzie się w mig, a jak dobrze pójdzie, to jeszcze szybciej. Za co pan wydawca ręczył osobistym honorem.

Zanim przyszły noblista zrozumiał, że wydawca nie mógł go przeczytać, bo jeszcze niczego nie opublikował, już był ugotowany na miękko i gładko łykał kolejne banialuki. Jedną z nich była informacja, że nie poniesie kosztów, bo kosztami obarczy się sponsora. Tyle że sponsor jak raz wyjechał do SPA w Berdyczowie i zamiast niego może skorzystać z usług komornika, na którego konto należy wpłacić marne grosze w liczbie trzech tysięcy złotych plus VAT. Tyle samo albo o dwa złote mniej plus VAT, uiścić należy w księgarni, by książka nie powędrowała do ciemnego kąta, lecz znalazła się na miejscu, gdzie ją w i d a ć.

Przy czym za widok książki uplasowanej pod sufitem buliło się mniej niż za widok tejże pomieszczonej na wysokości oczu kurdupla. Ale najdroższe miejsca znajdowały się w sąsiedztwie półek z bestselerami.

Tam kotłowało się od oglądających. Na długich, chłodniczych ladach spoczywały komiksy, krzyżówki, rozmaite SF, magazyny pełne okrutnych narracji, ckliwe opowiastki zajeżdżające bajkową scenografią, emfatyczne historyjki prowokujące do tarcia oczu i pociągania nosem, aromatyczne pomady w harlequinowskim stylu, jakieś przygodowe rachatłukum, jakaś fabularna przędza na wyczerpanym papierze, kolorowe thrillery, świerszczyki dla małoletnich starców, a obok nich staromodne raptularze z opisami biesiadnych przyśpiewek — hulanek z tasakami.

Natomiast powieści Wojdowskiego, Kuśniewicza, Nałkowskiej lub Berezy próżno by szukać; księgarski subiekt nigdy o takich nie słyszał, no a w instrukcji obsługi klienta nie ma przepisu, by znać produkty przeterminowane.

Owszem, jeżeli autor nie wydoli finansowo i zrezygnuje z wywieszania się w księgarni, może cały swój nakład pierdyknąć pod wyro i pobawić się w komiwojażerkę. Ale uwaga: od tego również potrącany jest podatek na rozpieprzenie kultury.

*

Różnica między stroicielem fortepianów a kompozytorem należy do namacalnych namacalności. Ale jak jeden bez drugiego nie może istnieć i oboje są fachowcami w swoich branżach, tak kompletnym nieporozumieniem jest zamiana ich ról.

Zanim pękniemy ze śmiechu, wyobraźmy sobie, że do Bacha przychodzi stroiciel klawiszy. Siada za instrumentem, wyniośle i bezceremonialnie strofuje mistrza, pouczając go w sprawach polifonii, a na deser wręcza mu instrukcję obsługi piszczałek pod tytułem „zreperuj se sam”. Albo Beethovena, jak idzie do sklepu, kupuje parę desek, pół tony gwoździ, zanosi do domu i zbija sobie grającą szafę.

Podobnie w literaturze: jeden jest oprawiaczem książek, a drugi je pisze. Tak jak jeden jest kulturalny, a drugi pracuje w kulturze.

W tym miejscu zaczyna się robić poważnie, bo zadaję sobie pytanie: kim jest obecny artysta, człowiek uprawiający zawód literackiego biznesmena? I odpowiadam: to figura na wskroś pragmatyczna; już nie twórca, lecz jeszcze nie człowiek interesu. Ot, złota rączka niepewnego geszeftu.

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Zbiór publicystyki Autora w Bibliotece Studia Opinii

do pobrania w formacie pdf

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com