Halina Flis – Kuczyńska: Własność ziemi – polityka i konflikty12 min czytania

()

04.10.2021

white and black cow on grass field
Photo by Ryan Graybill on Unsplash

Władanie ziemią rolniczą jest dla rządzących elementem ich władzy. Władanie ziemią rolniczą dla właścicieli jest warunkiem bezpieczeństwa i niezależności ekonomicznej. Interesy obu tych grup nie muszą, ale często bywają sprzeczne.

W krajach demokratycznych stabilne prawo zmniejsza różnicę interesów. W krajach o rządach totalitarnych albo ją powiększa, albo całkowicie odbiera prawa słabszym, czyli właścicielom gruntów rolnych. U nas zmiany w prawach właścicieli ziemi, a właściwie wyłącznie ograniczanie tych praw, zaczęte reformą rolną w latach po II Wojnie Światowej, trwają, z przerwami, do dziś.

Parę lat po ogłoszeniu reformy rolnej i parcelacji dużych prywatnych majątków, na których bazie stworzono Państwowe Gospodarstwa Rolne, od 1949 roku nastąpiła kolektywizacja, a właściwie odebranie rolnikom prawa własności ziemi. Pod przymusem utworzono 10 000 spółdzielni produkcyjnych. W 1956, po dojściu do władzy Władysława Gomułki, pozwolono je rozwiązywać, rolnicy szybko odebrali swoją własność. (Do dziś przetrwało mniej niż 700 spółdzielni).

Jednak już po paru latach, jeszcze za rządów Gomułki, rozpoczęto tworzenie zalążków gospodarstw kolektywnych przy kółkach rolniczych. Plagą wsi stały się one od 1970 roku, za rządów Edwarda Gierka, wraz z pomysłem na unowocześnienie wsi przez wzmocnienie pozycji gospodarstw kółek rolniczych. Przekazywano im ziemię odbieraną rolnikom indywidualnym uznanym za nierozwojowych, a także grunty oddawane skarbowi państwa w zamian za emeryturę przez tych rolników, którzy nie mieli następców.

Chociaż emerytury rolnicze mogły być, i były, wielkim krokiem do nowoczesności, kończąc erę dożywocia na łasce dzieci, to obwarowano je wymogiem przekazania ziemi gminie, czyli skarbowi państwa, drogą zwykłej umowy, bez przeniesienia prawa własności na następców. Czyli następca rolnika z właściciela stawał się użytkownikiem swojej ziemi. Chcąc zachować dla dzieci prawo własności, rolnik musiał wyrzec się emerytury. Wzbudziło to wielki ferment na wsi. Pracowałam wtedy w gazecie Gromada-Rolnik Polski. Do naszego działu listów przychodziły setki skarg od domagających się interwencji i nacisku na władze.

Nie jesteśmy krajem zasobnym w ziemie uprawne. Własny grunt zawsze był ceniony na wagę złota. Szczególnie w regionach przeludnienia wsi, którego nie zlikwidowała ani reforma rolnictwa z okresu międzywojennego, ani powojenna. W regionach najludniejszych po prostu nie było ilości ziemi wystarczającej do poprawy struktury agrarnej. Mawiano, że gdyby nawet nadeszła kolejna wojna, to skrawek własnej ziemi pod stopami pozwoli przetrwać, i o własność trzeba zabiegać wszelkimi dostępnymi sposobami.

Natomiast przywilejami obdarzane były PGR-y (władające na 3 698 000 ha), spółdzielnie produkcyjne (755 0 00 ha) i gospodarstwa rolne kółek rolniczych, tworzone od 1973 roku i zajmujące w 1980 roku 273 000 ha gruntów rolnych (wg Przegląd Prawa Rolnego nr 2(9)2011).

Same PGR-y pochłaniały 50% wszystkich środków do produkcji rolnej, swoją cząstkę miały spółdzielnie i kółka rolnicze. Chłopom gospodarującym na 13326 000 ha zostawiono resztki niepewność jutra. Te nierówne szanse były jednym z powodów strajków chłopskich w 1980 roku, które doprowadziły do zawarcia Porozumień Rzeszowskich, a następnie rejestracji Solidarności Rolniczej. W czasie stanu wojennego wszystko zastygło, żeby odżyć znów dużym udziałem przedstawicielstwa rolników w rozmowach Okrągłego Stołu.

Po zmianie ustroju w 1989 roku jednym z pierwszych aktów ważnych dla praw własności była nowelizacja Kodeksu Cywilnego w 1990 roku. Pozwoliła ona na dowolne dzielenie gruntów przy przenoszeniu prawa własności. Skorzystano z tego prawa natychmiast, szczególnie w województwach o dużym rozdrobnieniu gospodarstw i o tradycji działów rodzinnych. Rozrosła się kategoria gospodarstw karłowatych, poniżej hektara ziemi. W 1990 roku było w nich 396 000 hektarów ziemi, w roku 2002 – 1070 000 ha, w 2012 roku – 1566 000 hektarów. Także gospodarstwa rolne powyżej 1 hektara ziemi wzbogaciły stan posiadania o blisko ćwierć miliona hektarów gruntów rolnych.

W 1991 roku zlikwidowano PGR-y, z wyjątkiem ośrodków nasiennictwa, hodowli zarodowej, stacji naukowych i tych nielicznych gospodarstw, gdzie załoga zdecydowała przejąć ich prowadzenie. W 1989 roku Państwowe Gospodarstwa Rolne użytkowały 17,8% ziemi rolniczej Polski, tzn. 3 mln 480 tysięcy hektarów (Rocznik Statystyczny GUS,1992). Najmniej w województwach południowo-wschodniej Polski, najwięcej na zachodzie i północy. Uwolniły się – przeznaczone do dzierżawy i kupna – ponad 3 miliony hektarów.

Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa w latach 90. sprzedała rolnikom 967 000 hektarów gruntów. Powoli zaczęła rosnąć średnia powierzchnia gospodarstw, z 6,3 ha w 2002 do 9,5 ha w roku 2010. Jednocześnie liczba gospodarstw zmalała o 373 tysiące — do 1 miliona 583 tysięcy. Wydawało się, że tendencja ta będzie trwała i pozwoli zbliżyć się naszemu rolnictwu do poziomu nowoczesnych gospodarek rolnych. Po ustawie o ustroju rolnym z 2003 roku, przywracającej pełnię praw właścicielskich rolnikom, konieczne stało się ograniczenie możliwości zakupu ziemi rolniczej przez cudzoziemców. Polska, wchodząc do Unii Europejskiej, miała ceny gruntów rolnych ok. 3- 4 tys. złotych za hektar, co dawało ogromną przewagę ludziom z Zachodu. Za jedną pensję mieszkaniec Belgii, Francji czy Holandii mógłby kupić grunty do założenia sporego gospodarstwa. Stąd moratorium 12-letnie na sprzedaż ziemi cudzoziemcom. Zakup ziemi uprawnej przez obywatela innego kraju nie był możliwy bez zgody Ministerstwa Rolnictwa. Polska musiała tym ograniczeniem zabezpieczyć interesy swoich rolników. Było to i logiczne i słuszne. Zresztą, przy pomocy podstawionych rodaków, udawało się to moratorium obchodzić, ale raczej wyjątkowo.

Teraz ceny ziemi rolniczej są dziesięciokrotnie wyższe, taniej jest szukać ziemi do założenia farmy na terenach dawnej NRD niż w Polsce. Dziś na Kujawach czy w Wielkopolsce hektar ziemi kosztuje 50-60 tysięcy złotych i więcej.

***

Mieszkając przez kilka lat we Francji, obserwowałam tamtejszą politykę rolną. W latach sześćdziesiątych, gdy naszych rolników zaganiano do kołchozów i dręczono dostawami obowiązkowymi, we Francji osiągnięto i przekroczono samowystarczalność żywnościową. Polityka preferowała rozwój gospodarstw średnich a ubytek małych i wspierała te przepływy gruntów. Z 2 mln 100 tysięcy gospodarstw w latach 1955/56 do roku 1980 przetrwało 1 milion 100 tysięcy, a do roku 1988 – 1 milion. Średnia powierzchnia gospodarstwa w roku 1956 osiągnęła 16 hektarów, a 5% gospodarstw przekroczyło obszar 50 hektarów. Do roku 1988 gospodarstw ubyło, pozostał ich milion, a średnia powierzchnia gospodarstwa wzrosła do 28 hektarów.

Dane o rolnictwie francuskim czerpię z książki Christophe Roman, działacza Towarzystwa Kształcenia i Informowania Rolników (A.F.I.P.) pt. Rolnicze Organizacje Zawodowe we Francji, napisanej w 1989 roku dla pomocy organizacjom rolniczym w Polsce, wydanej po polsku przez wydawnictwo „Kontakt” w Paryżu. Prace nad jej stworzeniem sfinansowała Fundacja Rozwoju Człowieka, która w sprawach wiejskich uznaje za klęskę gospodarkę kolektywną i formułuje taką oto opinię: „wydaje się nam na czasie głosić ideę unowocześnienia rolnictwa indywidualnego”.

Nasze rolnictwo nadganiało opóźnienia po zmianie ustroju, szczególnie po przystąpieniu Polski do Unii, głównie dzięki płynącym z niej pieniądzom, ale w 2016 roku doznało kolejnego ciosu. Kończyło się moratorium na zakup ziemi uprawnej przez obcokrajowców i należało do dnia jego wygaśnięcia, do 1 maja 2016 roku, zmienić ustawę o obrocie gruntami.

Władzę w 2015 roku objęło Prawo i Sprawiedliwość i trzeba przyznać, że zatrudniło dobrych fachowców do pełnego wykorzystania okazji do zagarnięcia władzy nad ziemią rolniczą, żeby było z czego ustępować w razie mocniejszych protestów.

Po pierwsze, wstrzymano na 5 lat sprzedaż gruntów państwowych.

Według informacji krajowego Ośrodka Wspierania Rolnictwa, następcy Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa, w 1996 roku sprzedano rolnikom 193 000 hektarów ziemi uprawnej. W roku 2016 już tylko 17 000 hektarów, w roku 2017, kończąc procedury zakupów wcześniejszych – tylko 2500 hektarów.

W ustawie z 14 kwietnia 2016 roku pozostawiono prawo dziedziczenia, ale swobodne kupowanie i sprzedawanie ziemi ograniczono do 15 arów. Natychmiast pod Sejm przyjechali rolnicy z protestem i uzyskali niewielkie poszerzenie tej granicy — do 30 arów. Protest ucichł.

Obrót działkami większymi niż 30 arów podlegał licznym ograniczeniom, nad przestrzeganiem których czuwała i wydawała decyzje Agencja Nieruchomości Rolnych.

Dotyczyło to także dzierżaw. Ziemię mógł kupić tylko rolnik indywidualny z co najmniej 10-letnim stażem albo pełnymi kwalifikacjami rolniczymi, potwierdzonymi 3 latami pracy w gospodarstwie. Założenie nowego gospodarstwa stało się praktycznie niemożliwe, nawet dla osoby z wyższym wykształceniem rolniczym. Kupionej ziemi nie można było sprzedać przed upływem 10 lat. Nabywca ma obowiązek zamieszkiwania w gminie, gdzie znajduje się jedna z nieruchomości gospodarstwa rodzinnego.

Lista ograniczeń jest długa i można je wszystkie znaleźć w tekście ustawy. Przypomnieć warto tylko o kuriozalnym wymogu, żeby kupowany grunt znajdował się w gminie, albo na granicy gminy, w której gospodaruje rolnik próbujący dokupić gruntów. Tak oto działa przywiązywanie chłopów do już posiadanej ziemi, naruszające prawo do swobodnego przepływu kapitału i prawo do swobodnego wyboru miejsca zamieszkania. W tej sprawie interweniował nawet Rzecznik Praw Obywatelskich – bez skutku.

W Sejmie w dyskusji nad ustawą odrzucono 66 na 80 zgłoszonych poprawek, przyjęto 14. (Portal Prawo.pl, 01.04.2016). Na tym tle zdumiewające jest uprzywilejowanie kościołów i związków wyznaniowych. Ich żadne ograniczenia nie dotyczą, a to jest niezgodne z Konstytucją, łamie równość wobec prawa.

W 1939 roku Kościół miał 400 000 hektarów ziemi – co dziesiąty hektar gruntów rolnych. Część stracił przez przesunięcie granic, część w wyniku nacjonalizacji, która jednak pozostawiła kościołom tak jak innym właścicielom prywatnym, mniejsze majątki parafialne — około 170 000 hektarów.

W 1989 roku, przed czerwcowymi wyborami parlamentarnymi z udziałem Solidarności, władzom komunistycznym zależało na życzliwości Kościoła. 17 maja uchwalono ustawę o stosunku państwa i Kościoła. Zagwarantowano zwrot zabranych majątków, dano prawo swobodnego obrotu ziemią i budynkami. Nie znalazłam pełnych danych, jaki majątek Kościołowi zwrócono. Powołana do tego Komisja Majątkowa przekazała do 2010 roku 60 000 hektarów ziemi. (Tygodnik Polityka, artykuł Cezarego Łazarkiewicza z października 2010). Wcześniej, do 1995 roku, wg Wikipedii, z gruntów PGR przekazano kościelnym osobom prawnym 16 249 ha ziemi.

Wracając do ogółu rolników. Dla nich wykonywanie Ustawy z 14.04.2016 podlegało wielu uzupełnieniom, przeważnie lekko rozluźniającym ograniczenia. Można już kupić nie 30 arów, tylko 1 hektar ziemi bez występowania o zgodę KOWR. 19 kwietnia 2019 roku rozluźniono nieco zasadę, że ziemię może kupić tylko rolnik indywidualny spełniający wszystkie wcześniej zapisane w ustawie warunki. Skrócono okres wymogu osobistego prowadzenia gospodarstwa na zakupionej ziemi z 10 do 5 lat. Nie znaczy to jednak, że nastąpiła stabilizacja prawa.

Początkowo KOWR miał decydować o gruntach rolnych na terenie miast, o ile ich powierzchnia wynosiła albo przekraczała 5 hektarów. Spostrzeżono jednak, że działka mniejsza, jednohektarowa, także może być łakomym kąskiem i trzeba nad nią roztoczyć pieczę, czyli zagarnąć prawo dysponowania nią.

Spotykam się z pytaniami, dlaczego rolnicy się nie buntują. Przecież tak duże ograniczenia prawa własności są niezgodne z Konstytucją. Tak, to prawda, jednak chociaż ograniczanie prawa własności obejmuje wszystkich rolników, to nie wszyscy stykają się z nimi, gdyż tych, którzy właśnie chcą ziemię sprzedać albo dokupić, jest znacznie mniej i nie są w żaden sposób zorganizowani. Z wielkiej liczby ponad półtora miliona gospodarzy obrotem gruntami zainteresowanych jest znacznie mniej, częściowo właśnie dlatego, że nie każdy ma chęć borykania się z przeszkodami i czeka na lepsze prawo. Ponadto, jak informuje dziennik Rzeczpospolita z 18 .04.2018,w 2017 roku o zgodę na zakup lub sprzedaż wystąpiło 17716 rolników, i uzyskało ją 13 975. KOWR chętnie wydaje zgody na obrót małymi areałami, bądź ubogimi glebami, z którymi, gdyby je zakupił, nie miałby co zrobić.

Teraz kilka słów o realnym znaczeniu takiej polityki agrarnej.

Wróćmy do przykładu Francji. W latach 1956-1988 średnia powierzchnia gospodarstwa zwiększyła się o 12 hektarów – z 16 do 28 ha. U nas w roku 2017 ledwie udało się przekroczyć granicę 10 hektarów, a w 2020 roku, według Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, średnia powierzchnia indywidualnego gospodarstwa rolnego przekroczyła 11 hektarów – wynosi 11,04 ha. Północ Polski to gospodarstwa o średniej powierzchni 20-35 hektarów, zdolne do samodzielnej egzystencji. Całe południe Polski – Małopolska, Podkarpacie, Opolszczyzna – to regiony gospodarstw małych, od 1 do 4 hektarów, którym trudno byłoby egzystować w warunkach dzisiejszego rynku, gdyby nie mocne wsparcie transferami socjalnymi oferowanymi przez rządy Prawa i Sprawiedliwości. Doceniający to wsparcie drobni rolnicy są wdzięcznymi wyborcami tej partii i trudno się dziwić, że tej władzy nie zależy na samodzielności prawnej i ekonomicznej gospodarstw rolnych. Dzierżawcy i właściciele gospodarstw największych, 30-50 hektarowych, uprawiający zboża, rzepak, rzepik i buraki cukrowe, (według Informacji Sygnalnych koniunktury w gospodarstwach rolnych GUS, w I półroczu 2020) są zadowoleni z sytuacji. Zaraz po nich – właściciele gospodarstw drobnych, do 2 hektarów. To ci rolnicy, którzy od lat żyją z łączenia dodatkowych prac poza gospodarstwem, targowej sprzedaży nadwyżek żywności i transferów socjalnych państwa.

Najgorzej oceniają swoją sytuację rolnicy z gospodarstw średnich. Nie korzystają z przywileju bezpłatnego ubezpieczenia, a mało jest mechanizmów wspierania tego typu gospodarstw.

Halina Flis – Kuczyńska

Autorka artykułu to wieloletnia dziennikarka gazety Gromada-Rolnik Polski, działaczka opozycji demokratycznej. Na emigracji publikowała komentarze w Rozgłośni Polskiej RWE i redagowała kwartalnik Polish Agriculture. Po powrocie o kraju pisywała do Rzeczypospolitej i Gazety Wyborczej.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.