11.10.2021
Kiedy czytałem w „Przeglądzie” wywiad z A. Nowakiem i S. Obirkiem na temat wydanej przez nich ostatnio książki „Gomora”, szczególną uwagę zwróciłem na twierdzenie, że polski Kościół jest antyintelektualny. Nie, żeby była to dla mnie jakaś nowość, ludyczna religijność Polaków skupiających się na czci świętej kremówki od lat drażni każdego w miarę rozumnego człowieka.

Sęk w tym, że nigdy dotąd nie zadawałem sobie pytania o przyczynę tego stanu rzeczy, zadowalając się rejestracją stanu faktycznego. Najwyraźniej moje lenistwo intelektualne pozwalało mi zadowalać się jakimś obowiązującym stereotypem, skoro nie podjąłem trudu dociekania rzeczywistej przyczyny zjawiska. A rzecz jest warta dociekań, ponieważ na zdrowy rozum taki stosunek do ludzkiego intelektu szkodzi Kościołowi bardziej, niż jakikolwiek wróg zewnętrzny.
Oczywiście, nie będę ronił łez z tego powodu, ale rzecz sama w sobie jest ciekawa — dlaczego?
Tym bardziej że w historii Kościoła były chwile, w których postawienie na rozum i wykształcenie uratowało go przed unicestwieniem.
Kiedy w XVI wieku przez Polskę przetoczyła się ofensywa protestancka, na jaw wyszły dwie rzeczy. Po pierwsze — religijność Polaków była stosunkowo słabo umocowana w znajomości teologii, w intelektualnych dywagacjach o naturze religii itp. Polska religijność okazała się dość fasadowa. To akurat nie zmieniło się do dziś. Na wybory religijne w XVI w. wpływ miało to, co działo się wówczas w sferze ekonomicznej. Rewolucja cen zmieniła nie do poznania stosunek polskiej szlachty do jej zobowiązań wobec Kościoła katolickiego.
Po drugie — okazało się, że większość kadry, jaką dysponował wówczas Kościół w Polsce była — łagodnie mówiąc — intelektualnie bezbronna wobec przybywających do Polski misjonarzy nowych wyznań. Badania dotyczące Pomorza, które śledziłem, ukazywały wśród kleru … analfabetów, ludzi, którzy nie potrafili wyrecytować z pamięci nawet najpopularniejszych modlitw itd. Podczas wizytacji biskupich proboszczowie nie umieli wyjaśnić, z czyjego nadania są proboszczami w danym miejscu. Inna rzecz, że proboszczami bywali wówczas nawet ludzie świeccy, którzy nigdy „swojej” parafii na oczy nie widzieli, a posada owa była jedynie ich źródłem dochodu przesyłanego im regularnie przez urzędujących wikariuszy.
Taka sytuacja groziła Kościołowi katastrofą — to oczywiste.
Jedną z postaci, która wówczas znalazła lekarstwo na wszechogarniającą chorobę był biskup włocławski Hieronim Rozrażewski. Jakie lekarstwo? Dla nas proste i oczywiste, ale wtedy nieomal rewolucyjne. Hurtem zaczął wymieniać kadrę w parafiach, które mu podlegały, wymieniając dotychczasowych urzędników kościelnych na absolwentów Braniewa — pierwszego działającego kolegium jezuickiego, co według niego dawało gwarancje obsady stanowisk w terenie ludźmi o najlepszym wówczas możliwym wykształceniu.
Oczywiście, nie było to jedynym czynnikiem, jaki zdecydował o ostatecznym uratowaniu katolickości kraju, ale z pewnością jednym z ważniejszych.
Czy o tych rzeczach nie uczą dziś w seminariach? Nie uczą się na własnej historii? Najwyraźniej nie. Szczerze mówiąc – trochę dziwne.
A przykłady nietrudno znaleźć na co dzień. Szukałem kiedyś opracowań pewnego tematu dotyczącego tak bliskiej mi kaszubszczyzny. Znajomy profesor poinformował mnie o pracy doktorskiej traktującej o tym. – Ale wiesz, to jest kiepskie, raczej ci się nie przyda. – No ale jak to? Klepnęliście to! – No wiesz, to pisał ksiądz … Daję słowo, że historia jest prawdziwa. To uczelnia świecka.
A weźmy taki niesławny ostatnimi czasy KUL. Od razu muszę przyznać się do szwindla. Choć zrobionego z dobrego serca.
Znajoma miała siostrzenicę o niezbyt wybujałym intelekcie. Osieroconą, zostawioną ciotce. Ciotka, będąc osobą grubo starszą, chciała zadbać o przyszłość dziewczyny. Stwierdziła, że mogłaby zostać katechetką, co dawałoby gwarancję, że może na siebie zarabiać, kiedy ciotki zabraknie. Wysłała ją przy pomocy proboszcza na KUL. Jak ją tam przyjęto — nie rozumiem do dziś, jak bowiem rzekłem — dziewczyna była, łagodnie mówiąc — ciężkawa.
Kiedy przyszło do pisania pracy magisterskiej, zaangażowani byli wszyscy znajomi. Obiecałem pomóc, mam miękkie serce. By zrealizować plan, udałem się do przykościelnej biblioteki po dwie encykliki JPII. Niespodzianką był fakt, że chcąc je przeczytać, musiałem … porozcinać strony! Mimo iż miały już kilkanaście lat, byłem ich pierwszym czytelnikiem!
Koniec końców napisałem jej dwa rozdziały pracy (dla własnej wygody, wydało mi się to dużą oszczędnością czasu, niż tłumaczenie wszystkiego zdanie po zdaniu) Rozbroiła mnie pytaniem: – No i co mam teraz zrobić? Wytłumaczyłem, że przepisać.
Wiem, że to nie w porządku, ale znając sytuację dziewczyny, chciałem pomóc ciotce jakoś zabezpieczyć jej przyszłość. Takie tam tłumaczenie; nie każdy je przyjmie, zrozumiem.
Prawdziwy szok przeżyłem kilka miesięcy później, kiedy rzeczona ciotka poinformowała mnie, że ksiądz profesor prowadzący jej siostrzenicę zaproponował jej … robienie doktoratu!!! Przysięgam, że to prawda! Nie wiem, czy go obroniła, w trosce o swe władze umysłowe odciąłem się od informacji o osobach zamieszanych w tę sprawę.
No i niech mi ktoś teraz wytłumaczy, dlaczego tak się dzieje?
Przecież nietrudno udowodnić, że ze strony Kościoła jest to działanie samobójcze. Nic nas to nie obchodzi? Ależ wręcz przeciwnie! Im bardziej polski Kościół staje się intelektualnie płytki, bezradny jako „misjonarz”, pogubiony w gęstwinach własnej teologii, której przynajmniej połowa jego funkcjonariuszy nie rozumie, nie mówiąc już o jej przeniesieniu w postaci katechezy, tym bardziej będzie on wiązał się z państwem, które w tej sytuacji jest jedynym gwarantem trwania jego pozycji i statusu materialnego.
A to już, chyba nikt nie zaprzeczy — sprawa nas wszystkich.
Z drugiej strony, pozycja religii (a raczej tego, co u nas uchodzi za religię) w strukturze kulturowej społeczeństwa jest tak utrwalona, że nie sądzę, by w najbliższym czasie znalazł się polityk idący do wyborów pod hasłem prawdziwego rozdziału Kościoła od państwa. Wie, że przegra już w blokach.
Z trzeciej strony zauważany nawet przez hierarchów postęp sekularyzacji młodzieży powinien dawać nadzieję na przyszłość. Paradoksalnie także Kościołowi, ponieważ w sytuacji podbramkowej może znajdzie się w jego szeregach drugi Rozrażewski?
Jakoś nie widać chętnych do zawierzenia twierdzeniu Ludwika Pasteura, że „Mało wiedzy oddala od Boga. Dużo wiedzy sprowadza do Niego z powrotem”. A przecież ono takie optymistyczne, prawda?
Dawno, dawno temu czytałem książkę pt. „Pytania o chrześcijaństwo” będącą zbiorem wywiadów z rozmaitymi osobami z całej Europy na rzeczony temat. Wziąłem ją do ręki głównie dlatego, iż jednym z rozmówców, którego uznano za godnego dyskusji był zdeklarowany ateista Leonardo Sciascia, jeden z moich ulubionych swego czasu autorów opowiadań. Innym był późniejszy papież, wtedy wpływowy kardynał Ratzinger. Czytając te rozmowy, od pierwszej do ostatniej strony miałem dziwne wrażenie, że czytam o jakimś innym zjawisku, niż to, z którym mam do czynienia na co dzień w Polsce. Wszyscy oni mówili chyba o jakimś innym chrześcijaństwie. To wrażenie nie minęło mi do dziś.
Jerzy Łukaszewski

Jeżeli znajomi od pozostałych rozdziałów dysponowali równie dobrym piórem, to propozycja doktoratu wcale mnie nie dziwi…
„Mało wiedzy oddala od Boga. Dużo wiedzy sprowadza do Niego z powrotem”
Do Boga to i pewnie tak, ale czy też sprowadza do Kościoła?
Największym błędem jest utożsamianie boga z kościołem.
Kościół jedynie posługuje się bogiem dla swoich interesów.
To takie uniwersalne alibi do usprawiedliwienia wszelkich zbrodni i przekrętów.
A ja zaczynam dostrzegać bliskość polskiej „katolickiej” religijności i prawosławia. Kto wie, może populistyczna polityka Kaczyńskiego doprowadzi nie tylko do odbudowy Pałacu Saskiego ale też soboru św. Aleksandra Newskiego?
Ciekaw jestem jak zareagowaliby proboszczowie gdyby wprowadzić w katolickich kościołach prawosławny sposób rozliczania się 🙂 W cerkwi ma pan dwie tace – na chram i na żyttia. Całość zbiórki kładziona jest w swiecznom jaszczikie, gdzie przedstawiciele rady parafialnej zapisują w księgi ile i kiedy zebrano, a także ile księdzu wręczono na jego potrzeby życiowe.
Obawiam się, że niejeden z naszych proboszczów omdlałby na sama myśl 🙂
Poza tym proszę pamiętać, że w prawosławiu to władza świecka jest na szczycie, nasi woleliby odwrotnie.
Może na taką pozytywną rewolucję oczekują wierni? Przy okazji zniknęłaby przyczyna tworząca patologie seksualne wśród kleru. A nasz kler już funkcjonuje w trybie rządzenia krajem z tylnego fotela.
Kościół jest antyintelektualny na skutek przyjętego modelu: celebra na pokaz bez żadnej treści, wyrastającego wprost z doświadczeń i potrzeb wiernych. Wielu księży i biskupów posiada znakomite i głębokie wykształcenie jak chociażby nasz ukubieniec pan Jedraszewski. O tym ostatnim pisał kiedyś prof. Obirek. Jeżeli wierni nie potrzebują refleksji intelektualnej to kler się także rozleniwia orientując sie na uciechy doczesne.
*
Opowiadanie o tej magistrantce przednie. Historia z doktoratem to już naturalna konsekwencja faktu autorstwa samej pracy magisterskiej. Promotor pewnie myślał, że taki tęgi umysł jemu samemu „załatwi” dorobek naukowy. Tak to jest, kiedy z dobrego serca obdarowujemy ludzi czymś co przerasta ich możliwości.
*
Ja sam nie mam aż tak zabawnej historii w swoim doświadczeniu, chociaż istniej pewne podobieństwo….
Przez wiele lat pracy na uniwersytecie musieliśmy dorabiać do głodowych stawek budżetowych. Kilkoro z nas prowadziło zespół szkoleniowo-doradczy dla kadry kierowniczej przedsiębiorstw. Na jednym z wyjazdowych szkoleń dałem się po dłuższej namowie uprosić koledze, który był bardzo nieśmiały, aby w jego imieniu powiedzieć pewnej uczestniczce, że ona mu sie podoba i jest zainteresowany znajomością. Mnie sie wydawało, że wspiąłem sie na wyżyny dyplomacji, delikatności, wyczucia, kultury i sprytu, kiedy okazało sie, że mój przekaz został przez te panią zupełnie opacznie zrozumiany. Do końca szkolenia nie mogłem sie od niej opędzić, a ten nieśmiały kolega … pogniewał sie na mnie na dłuższy czas. Kto ma dobre serce musi mieć twardą inną część ciała.
🙂 Ależ frywolne zakończenie, fju, fju 🙂
Jak to trzeba uważać na wieloznaczność sformułowań. A ja gapowato nie dopatrzyłem się frywolnych podtekstów… Może dlatego, że wiem jak było.
*
Przypomina mi się jedna z ulubionych scen kabaretowych:
Prezes firmy wraca po długim, wielomiesięcznym pobycie w szpitalu, gdzie się leczył na serce. Prosi księgową aby mu dostarczyła bilans. Przegląda uważnie, po czym przerażony pyta: to my mamy aż taaaaakie długi?
Nie panie prezesie – odpowiada księgowa – aż taaaaakie to są na drugiej stronie!
Przykład liczących kilkunaście lat egzemplarzy papieskich encyklik, w których żeby móc je przeczytać, musiał Pan porozcinać strony, przypomniał mi podobne zdarzenie sprzed około 7-10 lat które było moim udziałem. Zdarzenie to opowiadań zresztą od czasu do czasu jako anegdotę na temat kondycji intelektualnej polskiego duchowieństwa.
Otóż jedną z postaci historycznych, których życie i działalność od bardzo dawna mnie pasjonuje jest sławny XVIII-wieczny przedsiębiorca (drukarz i wydawca), publicysta, społecznik, uczony (wynalazca m.in. piorunochronu, fotela bujanego czy okularów dwuogniskowych) i wreszcie jeden z Ojców-Założycieli Stanów Zjednoczonych Benjamin Franklin. Generalnie czytam wszystko co wpadnie mi w ręce na temat tej postaci. Na język polski z twórczości Franklina nie przetłumaczono prawie nic, z wyjątkiem jego autobiografii, która ukazała się w 1960 (nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego) pod tytułem „Benjamin Franklin – Żywot własny”. Aczkolwiek dysponowałem kserokopią tego wydania wykonaną z egzemplarza bibliotecznego, to bardzo chciałem mieć jeden egzemplarz tego wydania na własność. Niestety, najprawdopodobniej w swoim czasie publikacja ta została wydana w niezbyt dużym nakładzie, bo bardzo trudno było mi zdobyć jakikolwiek egzemplarz na rynku antykwarycznym.
Wreszcie po wielu latach (gdzieś w 2011-2014) udało mi się natrafić na allegro na jeden egzemplarz „Żywota własnego”, na dodatek za śmiesznie niską (jak na tak rzadką pozycję) cenę… 10zł. Oczywiście natychmiast dokonałem zakupu. Zarazem, ponieważ chodzi o pozycję wydaną w 1960, nie spodziewałem się otrzymać pod względem materialnym niczego innego jak mocno pożółkłego że starości, zczytanego egzemplarza z połamanym grzbietem, w którym będzie dobrze jak nie będą z niego wypadały kartki. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy po otrzymaniu i rozpakowaniu otrzymanego egzemplarza autobiografii Franklina, oczom moim ukazała się… nowa, nowiutka, NIWIUTEŃKA książeczka z bielutkimi kartkami, wyglądająca tak jakby została niedawno wydrukowana! Dało się nawet jeszcze poczuć zapach farby drukarskiej. Nie wierząc własnym oczom, przewróciłem strony tytułowe, by upewnić się że to na pewno druk z 1960 (zresztą o żadnym innym późniejszym wydaniu/dodruku tej publikacji w Polsce nie słyszałem). Tak, wszystko się zgadzało – rzeczywiście była to książka z 1960. Ale sprawdzając to przy okazji zauważyłem coś jeszcze. Otóż egzemplarz ten był na jednej ze stron tytułowych oznaczony czerwoną pieczątką z napisem: „Biblioteka Wyższego Seminarium Duchownego Diecezji Sandomierskiej”…
Tak więc podsumujmy: po ponad 50 latach bycia na stanie biblioteki seminaryjnej publikacja „Żywot własny” autorstwa Benjamina Franklina trafiła do mnie w stanie praktycznie IDEALNYM! No dobra… Ktoś niezorientowany może jednak zapytać: – ale co w tym dziwnego, że jakiś tam Benjamin Franklin i jego autobiografia nie znaleźli chętnych czytelników wśród kleryków jakiegoś tam katolickiego seminarium? Otóż moim zdaniem, to… mówi bardzo wiele o niedoszłych czytelnikach! Wszak mówimy o autobiografii uważanej w świecie zachodnim za jedną z NAJLEPSZYCH autobiografii jakie kiedykolwiek napisano! A to ze względu na zawarty w niej opis pracy nad sobą człowieka, który nie tylko przeszedł drogę „od pucybuta do milionera”, ale też drogę od nieco knąbrnego młodzieńca do powszechnie szanowanego i sławnego po obu stronach Atlantyku człowieka. Dość wspomnieć, że gdy w 1790 Franklin zmarł w wieku 84 lat, to w jego pogrzebie – mimo iż nie był członkiem żadnej wspólnoty religijnej – uczestniczyli przedstawiciele wszystkich denominacji działających w Filadelfii i Pensylwanii – kongregacjonaliści, episkopalianie, prezbiterianie, metodyści, luteranie, kwakrzy, baptyści i… ponad 20 tys. mieszkańców miasta, stanu i kraju!
Kleryk, który zdecydowałby się przeczytać tę autobiografię, dowiedziałby się że Franklin mimo iż był raczej sceptycznie nastawiony do sensu praktyk religijnych jako takich, ułożył swoją własną modlitwę do Opatrzności zaczynająca się od słów „Wszechmocna Dobroci”. Tak samo jak dowiedziałby się też, że dla własnych potrzeb Franklin opracował swoje własne „dziesięć przykazań” pod nazwą „Trzynaście Cnót” oraz opisał sposoby ich rozwijania. Podsumowując: byłaby to bardzo rozwijająca tak pod względem INTELEKTUALNYM jak i DUCHOWYM lektura! Być może jednak faktycznie w książce tej tkwiło dla potencjalnego przyszłego kapłana niebezpieczeństwo takie, że mógłby po tej lekturze dojść do wniosku, że aby być przyzwoitym i szanowanym człowiekiem nie trzeba wcale należeć do żadnej wspólnoty religijnej ani nawet uczestniczyć w praktykach religijnych 😉 No, ale z drugiej strony… dzięki takiemu brakowi ciekawości intelektualnej kleryków seminarium w Sandomierzu, ja mam teraz na własność książkę ulubionego Benjamina Franklina w znakomitym stanie! 🙂
Aż się prosi aby wykorzystał Pan swoją wiedzę i napisał o Franklinie artykuł na SO.
Dziękuję bardzo za miłe słowa 🙂 Myślę, że jeślibym kiedyś w przyszłości miał na temat Franklina coś napisać, to ze względu na długość jego życia, wielość ról które pełnił, rozległość jego zainteresowań i szeroki wpływ jaki wywarł na współczesnych i potomnych to raczej musiało by to być jakieś ujęcie problemowe. Gdyby natomiast ktoś miał chęć już teraz dowiedzieć się czegoś więcej o Beniaminie Franklinie, to śpieszę donieść, że od czasu zdobycia przeze 7-10 lat temu wspomnianej autobiografii z 1960, sytuacja w tej materii w Polsce uległa minimalnej poprawie. Mianowicie w 2016 ukazało się po 65 latach wznowienie jego autobiografii – już nie pod tytułem „Żywot własny”, tylko po prostu „Benjamin Franklin – Autobiografia”. Jest to jednak nowe tłumaczenie na jęz. polski (czy lepsze czy gorsze, trudno powiedzieć – po prostu inne). Oprócz tego w 2017 ukazała się nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego w ramach znanej serii „Biografie Sławnych Ludzi” biografia Benjamina Franklina autorstwa Jerzego Kierula pod tytułem „Franklin, czyli Jak nie zmarnować życia”. Uważam ją za bardzo przystępnie i ciekawie napisany skrót życia tego amerykańskiego uczonego.
Zresztą, ten sam autor – Jerzy Kierul (na co dzień doktor fizyki, o ile się orientuję, bodajże z Łodzi; w wieku już chyba coś okołoemerytalnym) w ramach tej samej serii w ostatniej dekadzie napisał tez równie ciekawe biografie Newtona, Keplera, Darwina i Einsteina. Notabene, profesor (tytułuje go tutaj tak grzecznościowo, bo jak wspomniałem wg. mojej wiedzy ma tytuł doktora) Jerzy Kierul prowadzi zresztą WIELCE CIEKAWY blog o nazwie „Nie od razu naukę zbudowano” z artykułami popularnonaukowymi i związanymi z historią nauki pod adresem:
https://kierul.wordpress.com
Trudno jest mi powiedzieć jaka jest poczytność tego bloga, ale chyba niezbyt duża, bo mimo iż jest możliwość komentowania zamieszczonych tam artykułów, to komentarze pojawiają się pod nimi sporadycznie. Ja sam się w tym blogu zaczytuję od wieeelu lat, chociaż muszę uczciwie powiedzieć, że wiele z artykułów prof. Kierula jest dla mnie trudnymi w zrozumieniu że względu na ich silnie zmatematyzowanie. Uważam to zresztą za zaletę, ale sam ze względu na moje ograniczenia w percepcji wiedzy matematycznej na tak wysokim poziomie mam niekiedy problem w podążaniu za tokiem wywodu autora. Profesor Kierul ma zresztą świadomość problemu w odbiorze takich obciążonych wyższa matematyką tekstów, bo od jakiegoś czasu prowadzi równolegle „lżejszą” formę swojego bloga pod adresem:
https://kierul.blogspot.com
Skoro już zboczyłem z Benjamina Franklina na temat autora jego biografii prof. Kierula, to dodam może jeszcze, że w środowisku SO chyba by się odnalazł… Co prawda wspomniany blog poświęcony jest nauce i profesor nie wypowiada się tam wprost na tematy polityczne, ale między wierszami nieraz dało się wyczytać, że jeśli chodzi o aktualnie rządzącą w naszym kraju partię i jej przedstawicieli, profesor Kierul ma do nich stosunek… Nazwijmy to „mocno zdystansowany” 🙂
Chyba jest zresztą cechą wszystkich ludzi krytycznie i trzeźwo-naukowo odbierających otaczającą ich rzeczywistość, że na to co wyprawiają w niej nasze „elyty” władzy spokojnie się patrzeć nie da. Nie inaczej jest więc z autorem biografii Newtona, Franklina i Einsteina… Zauważyłem, że niektórzy z komentujących na SO kończą swoje komentarze zwrotem „a po za tym uważam, że Sami-Wiecie-Kto złym człowiekiem jest” 🙂 (uważam to za świetne nawiązanie do „a po za tym uważam, że Kartagina powinna być zburzona”). Profesor Kierul ma zaś pod tytułem swojego bloga „Nie od razu naukę zbudowano” dopisane mniejsza czcionką: „Kot może zostać…” Hmm… Ciekawe… o co może chodzić z tym kotem… 😉
Kaczyński złym człowiekiem jest z tym, że kot może zostać…
Fajna przygoda 🙂
Były starsze tłumaczenia Franklina. Do obejrzenia (lub ściągnięcia) w Polonie.
https://polona.pl/search/?query=Franklin_Benjamin&filters=public:1
Bardzo dziękuję za ten link 🙂 Tej strony nie znałem. Z dostępnych tam w formacie cyfrowym „franklinalii” że trzy pozycje nawet kiedyś znalazłem (i przeczytałem) w różnych bibliotekach, ale reszta nie wpadła mi w ręce. Ta strona polona.pl to bardzo ciekawa inicjatywa!
Apropos samevo Franklina w literaturze to największe wrażenie zrobił na mnie opis tej postaci w „Lisach z winnicy” Feuchtwangera.
Franklin był opisywany jako wybitny mąż stanu, ale taki, co się czuł trochę wyobcowany, niezrozumiany i chyba nieco samotny po obu stronach Atlantyku. Czy to jakaś cecha ludzi wybitnych? A może po prostu zabieg literacki?
w każdym razie gratuluję zdobycia książki 🙂
Dziękuję bardzo za naprowadzenie mnie na książkę „Lisy z winnicy”! Nie znałem jej, a z tego co się właśnie pobieżnie zorientowałem, to – niezależnie od tego że jednym z jej bohaterów jest Franklin – jej tematyka (przedrewolucyjna Francja) jest w sferze moich zainteresowań. Dopisuje ją do swojego spisu książek do zdobycia i przeczytania 🙂
Co do przedstawienia Franklina w tej książce, to oczywiście z racji tego że jej nie czytałem trudno mi się wypowiedzieć. Czy Franklin mógł czuć się „wyobcowany” i nie zawsze „zrozumiany” przez otoczenie? To byłby na pewno temat do rozważenia na dłuuugą dyskusję. Generalnie Franklin – przynajmniej od czasu jak odniósł już pewien sukces jako biznesmen i pewna sławę jako uczony (większą nawet w Europie już w Ameryce), miał dość jowialny styl życia. Z biegiem jego życia sukcesy które odnosił sprawiały też, że czuł się również coraz bardziej pewny siebie. Wcześniej było z tym różnie…
Na przykład swój słynny eksperyment z latawcem z czerwca 1751 przeprowadził za miastem (Filadelfią w której mieszkał) z pomocą jedynie swojego syna, bał się bowiem ośmieszenia na wypadek, gdyby mu ono nie wyszło. Wzmiankę o przeprowadzeniu takiego eksperymentu umieścił potem w swojej „Pennsylvania Gazete”, której był wydawcą, ale zredagował ją w trzeciej osobie (w sensie, że „przeprowadzono eksperyment”, a nie to że to ON, piszący te słowa ten eksperyment przeprowadził). Obawa przed ośmieszeniem wynikała z faktu, że Franklin z przyczyn od siebie niezależnych w dzieciństwie prawie w ogóle nie chodził do szkoły. Mozolnie jednak te braki w szkolnej edukacji w późniejszym życiu uzupełniał. Ponieważ jednak ów eksperyment z latawcem potwierdził wcześniejsze hipotezy Franklina, że piorun to nic innego jak znana z popularnych wtedy widowiskowych eksperymentów (pocieranie bursztynu, butelka lejdejska itp.) elektryczność, więc już wkrótce rozesłał teksty na ten temat do swoich znajomych uczonych i tak zaczęła się sława Franklina jako uczonego z dalekiej Ameryki.
Franklin na pewno też wyprzedzał swoich współczesnych w poglądach na tematy religijne. Aczkolwiek wychowany był w religii prezbiteriańskiej (denominacja protestancka dość surowa w stylu życia; kładąca nacisk na życie w prostocie, pracowitości i oszczędności; nie uznająca instytucji biskupów, ani tym bardziej zwierzchności papieża. Wierni danej społeczności sami sobie wybierali duchownego zwanego „ministrem” i jeśli było trzeba – odwoływali go), to dość wcześnie doszedł do wniosku, że same praktyki religijne jako takie są bez sensu. Dopuszczał jednak myśl, że dla wielu ludzi udział w nich może być pożyteczny a nawet konieczny, w przeciwnym razie mogli by zejść na złą drogę. Uważał jednak, że najważniejsze jest cnotliwe i uczciwe życie w służbie ludziom. W takim przypadku jeśli Bóg istnieje i będzie chciał daną osobę zbawić, to w przypadku „cnotliwego życia” fakt, że nie uczęszczało się na żadne praktyki religijne nie będzie miał żadnego znaczenia…
Z denominacji religijnych występujących w ówczesnej Pennsylvanii, Franklinowi chyba najbliżej było do kwakrów (sama Pennsylvania została zresztą założona w XVIIw. przez kwakrów pod przywódctwem Williama Penna). Kwakrzy odrzucali istnienie duchownych, świątyń, dogmatów czy wszelkich kategorycznie sformułowanych zakazów i nakazów religijnych. Kwakrzy uważali/uważają że w każdym człowieku jest „wewnętrzne światło” zapalone w człowieku przez Najwyższego Stwórcę, które jeśli dany człowiek pozwoli mu się w sobie „rozpalić” to pozwoli ono (jako że „światło” to od tegoż stwórcy pochodzi) danemu człowiekowi rozeznać co jest słuszne i dobre, a co nie. Ponieważ zaś owe „wewnętrzne światło” jest w każdym człowieku, a sam Najwyższy Stwórca jest „wszędzie i zawsze” stąd nie są potrzebne żadne świątynie do kontaktu z nim. Również nie są potrzebni duchowni, jako że każdy człowiek mając w sobie owe „wewnętrzne światło” jest – co jest zrozumiałe samo przez się – w bezpośredniej łączności ze swoim Stwórcą.
Stąd o tym czy ktoś jest kwakrem czy nie, nie decydują żadne praktyki religijne, ale styl życia i wybory których dokonuje. Kwakrzy głosili bezwzględną równość wszystkich bez względu na rasę, płeć, religię, status materialny itp. Jako pierwsza z denominacji byli przeciwni niewolnictwu i jako pierwsi od samego początku praktykowali równouprawnienie kobiet. Założywszy Pennsylvanię natychmiast nawiązali przyjazne kontakty z miejscową ludnością indiańską a sama Pennsylvanię ogłosili kolonią gdzie każdy może wyznawać wiarę jaką chce pod warunkiem że nie jest ona wymierzona przeciwko innym grupom religijnym. Nie uznawali też tytułów szlacheckich (wszak każdy ma w sobie to samo „światło” pochodzące od tego samego Stwórcy), a w późniejszych czasach jako pierwsi od razu zaakceptowali inne orientację seksualne.
Franklin odrzucał jedynie pacyfizm kwakrów, który uważał za oczywiście coś szlachetnego, ale w świecie w którym czycha tyle zagrożeń (indianie, piraci, armie obcych władców) nierozsądnego. Ponieważ jednak sami kwakrzy ze swoimi poglądami mocno odstawali od innych denominacji protestanckich (nie mówiąc już o katolicyźmie czy prawosławiu), to na pewno przez wiele osób, bliska im postawa Franklina i jego typ „religijności” mógł być odbierany jako ocierający się o „bezbożność”. Franklin często w listach do „zatroskanej rodziny” tłumaczył się że nie jest „bezbożnikiem”.
Również jego poglądy polityczne bardzo wcześnie zaczęły wyprzedzać rzeczywistość. Wydaje się, że jako pierwszy z późniejszych Ojców-Założycielu dostrzegł POTENCJAŁ Zjednoczonych Kolonii, chociaż przez długi czas widział ich miejsce jako jednego z lojalnych poddanych króla i członków Imperium Brytyjskiego. W czasach gdy był już znanym i szanowanym człowiekiem mimo otwartej na innych i – najczęściej – zjednywujacej sobie sympatię osobowości, faktycznie mógł czuć się nieco zdystansowanym względem członków społeczności w której się aktualnie obracał. I tak przebywając w Europie był przede wszystkim odbierany jako samorodny uczony z egzotycznej Ameryki, z różnymi nieszkodliwymi dziwactwami, zaś w Ameryce – jako działacz społeczny i polityczny głoszący znajdujące coraz bardziej podatny grunt hasła większej samodzielności kolonii oraz większej współpracy między nimi.
Tak więc kwestia osobowości Benjamina Franklina to temat-rzeka. Niewątpliwie należy on jednak do jednych z najbardziej fascynujących tak Ojców-Założycieli (obok Jeffersona i Washingtona) jak i – w szerszym ujęciu – postaci XVIII-wiecznego Oświecenia. Spotkałem się parokrotnie ze stwierdzeniem, że Benjamin Franklin był „jedynym prezydentem Stanów Zjednoczonych, który nie był prezydentem Stanów Zjednoczonych”. Co należy rozumieć w ten sposób, że przed uchwaleniem Konstytucji USA i powołaniem instytucji Prezydenta Stanów Zjednoczonych, pełnił rolę nieformalnego przywódcy i reprezentanta Zjednoczonych Kolonii – późniejszych Stanów Zjednoczonych Ameryki…
Z tym „jowialnym trybem życia” tak teraz zacząłem się zastanawiać, czy nie to bylo m.in. powodem wyobcowania w książce Feuchtwangera (czytałem poze 20 lat temu i szczegóły umykają).
Zbyt jowialny na elity amerykańskie. Zbyt poważny na Paryż, gdzie jednym z jego towarzyszy był goniący stale za rozrywką de Beaumarchais…
Cieszę się, że mogłem książkę polecić i dziękuję za tak ciekawe rozwinięcie tematu.
To co powiem towarzyszy mi od bardzo dawna. W mojej opinii katolicyzm to najgorszy rodzaj chrześcijaństwa a polski katolicyzm to nie jest chrześcijaństwo. Jako człowiek spoza kościoła, jakiegokolwiek kościoła, boleje nad tym, wolałbym aby jeśli ludzie wierzą w jakiegoś boga postępowali tak jak głosi to religia z nim związana. Sytuacja w Polsce to kwintesencja wszystkich patologii jakie występują w takich organizacjach, z takimi strukturami i liderami jakich w Polsce mamy. Perspektywa zmiany to całe pokolenie, 30 lat.
Jako człowiek obcy, od dawna, jakiejkolwiek religii, uważałem, że „naszym ” (ograniczonym) światem rządzi przypadek. Niedawno doszedłem jednak do wniosku że rządzi nim groźna para : przypadek i historia. Chyba zostanę fatalistą.
A kiedy patrzę na „intelektualistów” katolickich i pisianych, dochodzę do wniosku, że dzielą się na dwie kategorie ambasadorów Głupoty w Polsce : rzeczywistych i nadzwyczajnych (np. Suski).
„Powiedz ludziom, że niewidzialny człowiek w niebie stworzył Świat, a ci uwierzą. Powiedz im, że coś jest świeżo malowane, a będą musieli to dotknąć, żeby uwierzyć.”
Metafizyka i racjonalizm są nierozłącznymi elementami umysłowości człowieka (Homo Sapiens). Bez tych obu małpa nie miałaby powodu schodzić z drzewa i pozbawiać się szczęścia bycia bezrozumną i bezduszną małpą. A pozbawianie człowieka obu lub jednego z tych przymiotów jest postulatem degradacji ewolucyjnej gatunku człowieka. Taka tęsknota za byciem bezrozumną i bezduszną małpą, a kto wie, czy nie nawet pierwotniakiem. Ten cytat jako symboliczne stwierdzenie faktu jest bardzo mądry, ale jako krytyka przyrodzonej natury człowieka jest bardzo głupi.
@snakeinweb
Rekomendowałem pod tym artykułem już książkę pt. „Lisy w winnicy”.
Teraz zaś przyszła mi na myśl zupełnie inna, z gatunku fantasy. A konkretnie „Wiedźmikołaj” , cyklu Świat Dysku Terryego Pratchetta.
Oto Wiedźmikołaj został porwany, a zbliża się święto. Do akcji wkracza więc Śmierć, przebiera się za Wiedźmikołaja i rozdaje prezenty. Córka (przybrana) Śmierci nie rozumie dlaczego, a on tłumaczy jej, że bez Wiedźmikołaja świat by się skończył.
.
Książki Prattchetta to często głębokie filozoficzne rozważania ukryte w świecie fantasy i pod dużą warstwą błazenady. A ta jest akurat na temat, który Pan porusza.
Znalazłem coś takiego
https://www.youtube.com/watch?v=cOZZa7ycovY&t=60s.
Panie Gliński!!! Dotacja, plizzz … !!!
Panie Jerzy – duża sprawa. Disco polo w całej pełni. Ciekawe czy Czarnek polskiej edukacji zaleci to jako oficjalny materiał edukacyjny – najlepiej obowiązkowy.
Tam do rymu wersetu użyte jest bodajże słówko „wans” czy może „bans”? Jako wniosek racjonalizatorski proponuję aby zastąpić ten wyraz nie mający znaczenia słowem „lans”.
Miał Pan racje – warto szperać w zasobach Youtube. Autorka przeszła „przemianę duchową” po zwycięstwie pisowców w 2015 roku i produkije różne materiały. Oto jeden z przełomów dla tej przemiany:
https://www.youtube.com/watch?v=RorOHohaC5w
Gotowe materiały edukacyjne dla lektur obowiązkowych.
Niestety nie ma tu możliwości komentarza Ha Ha Ha
Proszę Państwa – podsumuję dyskusję słowami J. Urbana po premierze filmu „Kler”: „Wszyscy udają, że krytykują kościół dla jego dobra. Ja przeciwnie – im gorzej w kościele tym dla mnie lepiej.” Może nie słowo w słowo, ale sens wypowiedzi oddaje.
Jeśli chodzi o moje przemyślenia – katolicyzm jest antyintelektualny, bo u jego podstaw tkwią antyintelektualne, pseudonaukowe przekonania. Bóg, który musi zabić swojego syna, by przebaczyć ludzkości grzech pierworodny. Którego być nie mogło, bo nasza wiedza odnośnie powstania świata wyklucza Adama i Ewę, czy sam fakt stworzenia wszechświata tylko po to by zbawić ludzi. O których wszechwiedzący przecież Bóg wiedział, że nie będą idealni nawet na długo przed powołaniem ich do istnienia. W to żaden człowiek mający odrobinę krytycyzmu i nie będący w młodości poddany intensywnemu praniu mózgu nie może wierzyć. U podstaw zła i głupoty w takim czy innym kościele, niekoniecznie katolickim leży fałsz jakim jest religia.
Tyle, że religia nie jest zjawiskiem samym w sobie, a strukturalną odpowiedzią na rodzące się w człowieku pytania. Dopiero jej struktura, zbudowana tak, że nie da się jej dostosować do aktualnego stanu wiedzy zaczyna emitować z siebie zło jako rodzaj samoobrony.
Religia, a zatem i kościół to nie są zjawiska, z którymi ktoś sobie poradzi, nie miejmy złudzeń. Dlatego życzenia, by tam działo się jak najgorzej są chyba nieprzemyślane, bo – jak starałem się pokazać – wtedy Kościół zaczyna bardziej wspierać się na państwie, a to już nie jest fajne dla nikogo, nie tylko samej instytucji religijnej. Na fatalnym stanie wewnętrznym Kościoła tracimy wszyscy, a najwięcej właśnie niewierzący.
Ja niestety dobrze pamiętam Urbana nie jako producenta bon motów, a cynicznego rzecznika rządu PRL, a więc człowieka na usługach ZSRR, a jaki to był system i filozofia władzy to chyba nie trzeba tutaj przypominać. Dodam tylko, że socjalizm w teorii miał sporo dobrych idei, ale w praktyce… W Chrześcijaństwie jest też kilka pięknych zasad np. szacunek dla człowieka, pomoc ubogim i chorym itp., które ja bym rozszerzył na całą przyrodę, bo po prostu to się nam opłaca – nie mamy innej planety i innej przyrody i są znikome szanse, że taką znajdziemy w perspektywie kilkuset najbliższych lat, a może i w ogóle, że wspomnę niewyobrażalne przestrzenie kosmosu i naszą obecnie mierną technologię. I znowu można powiedzieć, że niektóre zasady są piękne a praktyka…
U podstaw każdej bez wyjątku religii, także mitów greckich, czy systemów filozoficznych w rodzaju buddyzmu, „tkwią antyintelektualne, pseudonaukowe przekonania”, na tym polega wiara i tym się różni od nauki. Gdyby wiara oparta była na nauce, czyli istnienie bądź nieistnienie boga / zbawienia/ oświecenia/ karmy / reinkarnacji itp – było dowodliwe, nie byłoby powodu do wiary; byłby to naukowy fakt. Wiara ze swej natury opiera się na niesprawdzalnym przekonaniu. Religia jedynie rytualizuje wiarę. Przyczyny fundamentalizacji religii to combo psycho-socjologicznych mechanizmów.
Człowiek jako istota świadoma ma potrzebę transcendencji, duchowości, i jest to potrzeba najgłębsza, niezbywalna. niektórzy myśliciele twierdzą, że wynika ona z podświadomego lęku przed nieistnieniem po śmierci ciała; być może. Lecz jest przyrodzona w tym sensie, że skojarzona z wyposażeniem człowieka w świadomość śmierci.
Powiedzieć, że Urban inteligentny, uderza w punkt, to jak powiedzieć o M. Morawieckim, że jest profesjonalnym menadżerem wyższego szczebla w bankowości.
Czyli nie powiedzieć nic.
Degeneracja Kościoła Katolickiego ma w zasadzie jedna prosta przyczynę, którą jest dobór, kształcenie, i promocja funkcjonariuszy. Patologia w Polsce przybrała rozmiar groteski. Nic się nie da zmienić z takimi kadrami, które są po pierwsze niezdolne do twórczej zmiany, a po drugie niechętne takiej zmianie. Po co zmieniać, jeśli można bez większego skrepowania korzystać z obfitego strumienia pieniędzy, alkoholu, oraz młodych ciał do wykorzystania? To ostatnie może w sekrecie, ale tak czy inaczej skutecznie. Dla przykrycia faktów można bełkotać o jakimś tam Bogu, co skutecznie zamyka usta krytykom. Po co zmiany? A jeśli idzie o „niezbywalną potrzebę człowieka…”. No tak. Ale w praktyce liczy się wygoda, władza, oraz pieniądze.
może nie wybrzmiało to jasno, więc dodam: dla realizacji potrzeby duchowości, kościół jako instytucja nie jest niezbędny, ani nawet potrzebny.
Kościół nie jest potrzebny, ale mobilny ołtarz polowy jednak by się przydał. Zwłaszcza, jeśli płaci wojsko, z pieniędzy podatnika zresztą. Szczegóły poniżej dzięki panu Jerzemu! Najbardziej mi się podoba „stuła mała jednostronna w kolorze moro”. Zwracam uwagę, ze w skład kompletu nie wchodzi kałasznikow z nabojami.
Za to potrafi dbać o dostawy, nie ze swojej kasy zresztą.
https://platformazakupowa.pl/transakcja/520193?fbclid=IwAR1TIGmw7BIyIrc8D_YC-pgUEhVI99QNC4wik3k97pBuGgfKTAoTyPZegFA
Panie Jerzy, startujemy? To wygląda na dobry interes! Lepszy niż ten z respiratorami od handlarza bronią!
Zamawiający: 2 Regionalna Baza Logistyczna 04-470 Warszawa, ul. Marsa 110 (Jednostka Wojskowa 3090). Numer postępowania: D/166/2021
1. Przedmiotem zamówienia jest dostawa sprzętu liturgicznego – mobilny ołtarz polowy wraz z wyposażeniem w latach 2021-2022 w ilościach ROK 2021 40 kpl. ROK 2022 260 kpl.
Ogłoszenie o zamówieniu zostało przekazane do publikacji w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej w dniu 07.10.2021r. i zostało opublikowane w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej w dniu 12.10.2021 pod numerem 2021/S 198-515822
Zalacznik numer 1: W skład 1 kpl. mobilnego ołtarza polowego wchodzi:
1) kielich mszalny – 1 szt.
2) patena na kielich – 1 szt.
3) puszka tzw. polowa / głęboka patena – 1 szt.
4) krzyż ołtarzowy – 1 szt.
5) świecznik ołtarzowy – 2 szt.
6) świeca parafinowa – 4 szt.
7) klosz szklany bezbarwny – 2 szt.
8) para butelek na wino i wodę (duże) – 1 kpl.
9) para butelek na wino i wodę (małe) – 1 kpl.
10) naczynie na komunikanty – 1 szt.
11) naczynie na hostie – 1 szt.
12) pulpit ołtarzowy – 1 szt.
13) kropidło klasyczne – 1 szt.
14) kropidło małe – 1 szt.
15) naczynia na oleje – 1 kpl.
16) obrus ołtarzowy – 1 szt.
17) alba kapłańska – 1 szt.
18) bielizna kielichowa – 2 kpl.
19) stuła mała jednostronna w kolorze moro – 1 szt.
20) stuła duża jednostronna – 1 szt.
21) walizka wraz z rozkładanym stolikiem ołtarzowym i wykończeniem wnętrza – 1 szt.