11.10.2021
Kiedy czytałem w „Przeglądzie” wywiad z A. Nowakiem i S. Obirkiem na temat wydanej przez nich ostatnio książki „Gomora”, szczególną uwagę zwróciłem na twierdzenie, że polski Kościół jest antyintelektualny. Nie, żeby była to dla mnie jakaś nowość, ludyczna religijność Polaków skupiających się na czci świętej kremówki od lat drażni każdego w miarę rozumnego człowieka.

Sęk w tym, że nigdy dotąd nie zadawałem sobie pytania o przyczynę tego stanu rzeczy, zadowalając się rejestracją stanu faktycznego. Najwyraźniej moje lenistwo intelektualne pozwalało mi zadowalać się jakimś obowiązującym stereotypem, skoro nie podjąłem trudu dociekania rzeczywistej przyczyny zjawiska. A rzecz jest warta dociekań, ponieważ na zdrowy rozum taki stosunek do ludzkiego intelektu szkodzi Kościołowi bardziej, niż jakikolwiek wróg zewnętrzny.
Oczywiście, nie będę ronił łez z tego powodu, ale rzecz sama w sobie jest ciekawa — dlaczego?
Tym bardziej że w historii Kościoła były chwile, w których postawienie na rozum i wykształcenie uratowało go przed unicestwieniem.
Kiedy w XVI wieku przez Polskę przetoczyła się ofensywa protestancka, na jaw wyszły dwie rzeczy. Po pierwsze — religijność Polaków była stosunkowo słabo umocowana w znajomości teologii, w intelektualnych dywagacjach o naturze religii itp. Polska religijność okazała się dość fasadowa. To akurat nie zmieniło się do dziś. Na wybory religijne w XVI w. wpływ miało to, co działo się wówczas w sferze ekonomicznej. Rewolucja cen zmieniła nie do poznania stosunek polskiej szlachty do jej zobowiązań wobec Kościoła katolickiego.
Po drugie — okazało się, że większość kadry, jaką dysponował wówczas Kościół w Polsce była — łagodnie mówiąc — intelektualnie bezbronna wobec przybywających do Polski misjonarzy nowych wyznań. Badania dotyczące Pomorza, które śledziłem, ukazywały wśród kleru … analfabetów, ludzi, którzy nie potrafili wyrecytować z pamięci nawet najpopularniejszych modlitw itd. Podczas wizytacji biskupich proboszczowie nie umieli wyjaśnić, z czyjego nadania są proboszczami w danym miejscu. Inna rzecz, że proboszczami bywali wówczas nawet ludzie świeccy, którzy nigdy „swojej” parafii na oczy nie widzieli, a posada owa była jedynie ich źródłem dochodu przesyłanego im regularnie przez urzędujących wikariuszy.
Taka sytuacja groziła Kościołowi katastrofą — to oczywiste.
Jedną z postaci, która wówczas znalazła lekarstwo na wszechogarniającą chorobę był biskup włocławski Hieronim Rozrażewski. Jakie lekarstwo? Dla nas proste i oczywiste, ale wtedy nieomal rewolucyjne. Hurtem zaczął wymieniać kadrę w parafiach, które mu podlegały, wymieniając dotychczasowych urzędników kościelnych na absolwentów Braniewa — pierwszego działającego kolegium jezuickiego, co według niego dawało gwarancje obsady stanowisk w terenie ludźmi o najlepszym wówczas możliwym wykształceniu.
Oczywiście, nie było to jedynym czynnikiem, jaki zdecydował o ostatecznym uratowaniu katolickości kraju, ale z pewnością jednym z ważniejszych.
Czy o tych rzeczach nie uczą dziś w seminariach? Nie uczą się na własnej historii? Najwyraźniej nie. Szczerze mówiąc – trochę dziwne.
A przykłady nietrudno znaleźć na co dzień. Szukałem kiedyś opracowań pewnego tematu dotyczącego tak bliskiej mi kaszubszczyzny. Znajomy profesor poinformował mnie o pracy doktorskiej traktującej o tym. – Ale wiesz, to jest kiepskie, raczej ci się nie przyda. – No ale jak to? Klepnęliście to! – No wiesz, to pisał ksiądz … Daję słowo, że historia jest prawdziwa. To uczelnia świecka.
A weźmy taki niesławny ostatnimi czasy KUL. Od razu muszę przyznać się do szwindla. Choć zrobionego z dobrego serca.
Znajoma miała siostrzenicę o niezbyt wybujałym intelekcie. Osieroconą, zostawioną ciotce. Ciotka, będąc osobą grubo starszą, chciała zadbać o przyszłość dziewczyny. Stwierdziła, że mogłaby zostać katechetką, co dawałoby gwarancję, że może na siebie zarabiać, kiedy ciotki zabraknie. Wysłała ją przy pomocy proboszcza na KUL. Jak ją tam przyjęto — nie rozumiem do dziś, jak bowiem rzekłem — dziewczyna była, łagodnie mówiąc — ciężkawa.
Kiedy przyszło do pisania pracy magisterskiej, zaangażowani byli wszyscy znajomi. Obiecałem pomóc, mam miękkie serce. By zrealizować plan, udałem się do przykościelnej biblioteki po dwie encykliki JPII. Niespodzianką był fakt, że chcąc je przeczytać, musiałem … porozcinać strony! Mimo iż miały już kilkanaście lat, byłem ich pierwszym czytelnikiem!
Koniec końców napisałem jej dwa rozdziały pracy (dla własnej wygody, wydało mi się to dużą oszczędnością czasu, niż tłumaczenie wszystkiego zdanie po zdaniu) Rozbroiła mnie pytaniem: – No i co mam teraz zrobić? Wytłumaczyłem, że przepisać.
Wiem, że to nie w porządku, ale znając sytuację dziewczyny, chciałem pomóc ciotce jakoś zabezpieczyć jej przyszłość. Takie tam tłumaczenie; nie każdy je przyjmie, zrozumiem.
Prawdziwy szok przeżyłem kilka miesięcy później, kiedy rzeczona ciotka poinformowała mnie, że ksiądz profesor prowadzący jej siostrzenicę zaproponował jej … robienie doktoratu!!! Przysięgam, że to prawda! Nie wiem, czy go obroniła, w trosce o swe władze umysłowe odciąłem się od informacji o osobach zamieszanych w tę sprawę.
No i niech mi ktoś teraz wytłumaczy, dlaczego tak się dzieje?
Przecież nietrudno udowodnić, że ze strony Kościoła jest to działanie samobójcze. Nic nas to nie obchodzi? Ależ wręcz przeciwnie! Im bardziej polski Kościół staje się intelektualnie płytki, bezradny jako „misjonarz”, pogubiony w gęstwinach własnej teologii, której przynajmniej połowa jego funkcjonariuszy nie rozumie, nie mówiąc już o jej przeniesieniu w postaci katechezy, tym bardziej będzie on wiązał się z państwem, które w tej sytuacji jest jedynym gwarantem trwania jego pozycji i statusu materialnego.
A to już, chyba nikt nie zaprzeczy — sprawa nas wszystkich.
Z drugiej strony, pozycja religii (a raczej tego, co u nas uchodzi za religię) w strukturze kulturowej społeczeństwa jest tak utrwalona, że nie sądzę, by w najbliższym czasie znalazł się polityk idący do wyborów pod hasłem prawdziwego rozdziału Kościoła od państwa. Wie, że przegra już w blokach.
Z trzeciej strony zauważany nawet przez hierarchów postęp sekularyzacji młodzieży powinien dawać nadzieję na przyszłość. Paradoksalnie także Kościołowi, ponieważ w sytuacji podbramkowej może znajdzie się w jego szeregach drugi Rozrażewski?
Jakoś nie widać chętnych do zawierzenia twierdzeniu Ludwika Pasteura, że „Mało wiedzy oddala od Boga. Dużo wiedzy sprowadza do Niego z powrotem”. A przecież ono takie optymistyczne, prawda?
Dawno, dawno temu czytałem książkę pt. „Pytania o chrześcijaństwo” będącą zbiorem wywiadów z rozmaitymi osobami z całej Europy na rzeczony temat. Wziąłem ją do ręki głównie dlatego, iż jednym z rozmówców, którego uznano za godnego dyskusji był zdeklarowany ateista Leonardo Sciascia, jeden z moich ulubionych swego czasu autorów opowiadań. Innym był późniejszy papież, wtedy wpływowy kardynał Ratzinger. Czytając te rozmowy, od pierwszej do ostatniej strony miałem dziwne wrażenie, że czytam o jakimś innym zjawisku, niż to, z którym mam do czynienia na co dzień w Polsce. Wszyscy oni mówili chyba o jakimś innym chrześcijaństwie. To wrażenie nie minęło mi do dziś.
Jerzy Łukaszewski

Jeżeli znajomi od pozostałych rozdziałów dysponowali równie dobrym piórem, to propozycja doktoratu wcale mnie nie dziwi…
„Mało wiedzy oddala od Boga. Dużo wiedzy sprowadza do Niego z powrotem”
Do Boga to i pewnie tak, ale czy też sprowadza do Kościoła?
Największym błędem jest utożsamianie boga z kościołem.
Kościół jedynie posługuje się bogiem dla swoich interesów.
To takie uniwersalne alibi do usprawiedliwienia wszelkich zbrodni i przekrętów.
A ja zaczynam dostrzegać bliskość polskiej „katolickiej” religijności i prawosławia. Kto wie, może populistyczna polityka Kaczyńskiego doprowadzi nie tylko do odbudowy Pałacu Saskiego ale też soboru św. Aleksandra Newskiego?
Ciekaw jestem jak zareagowaliby proboszczowie gdyby wprowadzić w katolickich kościołach prawosławny sposób rozliczania się 🙂 W cerkwi ma pan dwie tace – na chram i na żyttia. Całość zbiórki kładziona jest w swiecznom jaszczikie, gdzie przedstawiciele rady parafialnej zapisują w księgi ile i kiedy zebrano, a także ile księdzu wręczono na jego potrzeby życiowe.
Obawiam się, że niejeden z naszych proboszczów omdlałby na sama myśl 🙂
Poza tym proszę pamiętać, że w prawosławiu to władza świecka jest na szczycie, nasi woleliby odwrotnie.
Może na taką pozytywną rewolucję oczekują wierni? Przy okazji zniknęłaby przyczyna tworząca patologie seksualne wśród kleru. A nasz kler już funkcjonuje w trybie rządzenia krajem z tylnego fotela.
Kościół jest antyintelektualny na skutek przyjętego modelu: celebra na pokaz bez żadnej treści, wyrastającego wprost z doświadczeń i potrzeb wiernych. Wielu księży i biskupów posiada znakomite i głębokie wykształcenie jak chociażby nasz ukubieniec pan Jedraszewski. O tym ostatnim pisał kiedyś prof. Obirek. Jeżeli wierni nie potrzebują refleksji intelektualnej to kler się także rozleniwia orientując sie na uciechy doczesne.
*
Opowiadanie o tej magistrantce przednie. Historia z doktoratem to już naturalna konsekwencja faktu autorstwa samej pracy magisterskiej. Promotor pewnie myślał, że taki tęgi umysł jemu samemu „załatwi” dorobek naukowy. Tak to jest, kiedy z dobrego serca obdarowujemy ludzi czymś co przerasta ich możliwości.
*
Ja sam nie mam aż tak zabawnej historii w swoim doświadczeniu, chociaż istniej pewne podobieństwo….
Przez wiele lat pracy na uniwersytecie musieliśmy dorabiać do głodowych stawek budżetowych. Kilkoro z nas prowadziło zespół szkoleniowo-doradczy dla kadry kierowniczej przedsiębiorstw. Na jednym z wyjazdowych szkoleń dałem się po dłuższej namowie uprosić koledze, który był bardzo nieśmiały, aby w jego imieniu powiedzieć pewnej uczestniczce, że ona mu sie podoba i jest zainteresowany znajomością. Mnie sie wydawało, że wspiąłem sie na wyżyny dyplomacji, delikatności, wyczucia, kultury i sprytu, kiedy okazało sie, że mój przekaz został przez te panią zupełnie opacznie zrozumiany. Do końca szkolenia nie mogłem sie od niej opędzić, a ten nieśmiały kolega … pogniewał sie na mnie na dłuższy czas. Kto ma dobre serce musi mieć twardą inną część ciała.
🙂 Ależ frywolne zakończenie, fju, fju 🙂
Jak to trzeba uważać na wieloznaczność sformułowań. A ja gapowato nie dopatrzyłem się frywolnych podtekstów… Może dlatego, że wiem jak było.
*
Przypomina mi się jedna z ulubionych scen kabaretowych:
Prezes firmy wraca po długim, wielomiesięcznym pobycie w szpitalu, gdzie się leczył na serce. Prosi księgową aby mu dostarczyła bilans. Przegląda uważnie, po czym przerażony pyta: to my mamy aż taaaaakie długi?
Nie panie prezesie – odpowiada księgowa – aż taaaaakie to są na drugiej stronie!
Przykład liczących kilkunaście lat egzemplarzy papieskich encyklik, w których żeby móc je przeczytać, musiał Pan porozcinać strony, przypomniał mi podobne zdarzenie sprzed około 7-10 lat które było moim udziałem. Zdarzenie to opowiadań zresztą od czasu do czasu jako anegdotę na temat kondycji intelektualnej polskiego duchowieństwa.
Otóż jedną z postaci historycznych, których życie i działalność od bardzo dawna mnie pasjonuje jest sławny XVIII-wieczny przedsiębiorca (drukarz i wydawca), publicysta, społecznik, uczony (wynalazca m.in. piorunochronu, fotela bujanego czy okularów dwuogniskowych) i wreszcie jeden z Ojców-Założycieli Stanów Zjednoczonych Benjamin Franklin. Generalnie czytam wszystko co wpadnie mi w ręce na temat tej postaci. Na język polski z twórczości Franklina nie przetłumaczono prawie nic, z wyjątkiem jego autobiografii, która ukazała się w 1960 (nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego) pod tytułem „Benjamin Franklin – Żywot własny”. Aczkolwiek dysponowałem kserokopią tego wydania wykonaną z egzemplarza bibliotecznego, to bardzo chciałem mieć jeden egzemplarz tego wydania na własność. Niestety, najprawdopodobniej w swoim czasie publikacja ta została wydana w niezbyt dużym nakładzie, bo bardzo trudno było mi zdobyć jakikolwiek egzemplarz na rynku antykwarycznym.
Wreszcie po wielu latach (gdzieś w 2011-2014) udało mi się natrafić na allegro na jeden egzemplarz „Żywota własnego”, na dodatek za śmiesznie niską (jak na tak rzadką pozycję) cenę… 10zł. Oczywiście natychmiast dokonałem zakupu. Zarazem, ponieważ chodzi o pozycję wydaną w 1960, nie spodziewałem się otrzymać pod względem materialnym niczego innego jak mocno pożółkłego że starości, zczytanego egzemplarza z połamanym grzbietem, w którym będzie dobrze jak nie będą z niego wypadały kartki. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy po otrzymaniu i rozpakowaniu otrzymanego egzemplarza autobiografii Franklina, oczom moim ukazała się… nowa, nowiutka, NIWIUTEŃKA książeczka z bielutkimi kartkami, wyglądająca tak jakby została niedawno wydrukowana! Dało się nawet jeszcze poczuć zapach farby drukarskiej. Nie wierząc własnym oczom, przewróciłem strony tytułowe, by upewnić się że to na pewno druk z 1960 (zresztą o żadnym innym późniejszym wydaniu/dodruku tej publikacji w Polsce nie słyszałem). Tak, wszystko się zgadzało – rzeczywiście była to książka z 1960. Ale sprawdzając to przy okazji zauważyłem coś jeszcze. Otóż egzemplarz ten był na jednej ze stron tytułowych oznaczony czerwoną pieczątką z napisem: „Biblioteka Wyższego Seminarium Duchownego Diecezji Sandomierskiej”…
Tak więc podsumujmy: po ponad 50 latach bycia na stanie biblioteki seminaryjnej publikacja „Żywot własny” autorstwa Benjamina Franklina trafiła do mnie w stanie praktycznie IDEALNYM! No dobra… Ktoś niezorientowany może jednak zapytać: – ale co w tym dziwnego, że jakiś tam Benjamin Franklin i jego autobiografia nie znaleźli chętnych czytelników wśród kleryków jakiegoś tam katolickiego seminarium? Otóż moim zdaniem, to… mówi bardzo wiele o niedoszłych czytelnikach! Wszak mówimy o autobiografii uważanej w świecie zachodnim za jedną z NAJLEPSZYCH autobiografii jakie kiedykolwiek napisano! A to ze względu na zawarty w niej opis pracy nad sobą człowieka, który nie tylko przeszedł drogę „od pucybuta do milionera”, ale też drogę od nieco knąbrnego młodzieńca do powszechnie szanowanego i sławnego po obu stronach Atlantyku człowieka. Dość wspomnieć, że gdy w 1790 Franklin zmarł w wieku 84 lat, to w jego pogrzebie – mimo iż nie był członkiem żadnej wspólnoty religijnej – uczestniczyli przedstawiciele wszystkich denominacji działających w Filadelfii i Pensylwanii – kongregacjonaliści, episkopalianie, prezbiterianie, metodyści, luteranie, kwakrzy, baptyści i… ponad 20 tys. mieszkańców miasta, stanu i kraju!
Kleryk, który zdecydowałby się przeczytać tę autobiografię, dowiedziałby się że Franklin mimo iż był raczej sceptycznie nastawiony do sensu praktyk religijnych jako takich, ułożył swoją własną modlitwę do Opatrzności zaczynająca się od&