Stanisław Obirek: Przekleństwo monoteizmu12 min czytania

24.12.2021

Może to nie jest najlepszy prezent pod choinkę, ale kto wie? Jeśli ktoś jeszcze się nie zdecydował czym obdarować bliźniego, to może skorzystać z podpowiedzi last minute. Taką może się okazać kolejna książka Tadeusza Bartosia Upadek, niemożliwy. Eseje filozoficzne wydana w tym roku przez krakowskie Wydawnictwo Pasaże.

Przypomnę, że to już trzecia książka tego autora, o jakiej piszę na łamach Studia Opinii. Przed dwoma laty to był jego prozatorski debiut Mnich. Historia życia, którego nie było, a przed rokiem Klątwa Parmenidesa.

Jak pisałem, w Mnichu wyraźny był patronat Fryderyka Nietzschego. Tam też pojawiło się radykalne stwierdzenie, że: „Katolicyzm jest religią śmierci, drogą zbliżenia się do śmierci, pozbawienia życia, w której jedni biegną szybciej, a drudzy wloką się niemiłosiernie, oddając przysługi naturze, jej prokreacyjnym prawom. Katolicyzm jest pełną przemocy gnostycką sektą. Jest satanizmem”.Klątwie Parmenidesa pojawiło się twierdzenie, że chrześcijaństwo jest „prawzorem postprawdy”. Wspomniałem też, że w Klątwie Parmenidesa Tadeusz Bartoś znalazł swój własny tembr filozoficzny. Melodię, która odpowiada jego filozoficznemu temperamentowi.

To kwestionowanie, nicowanie, nieustanne zadawanie pytań wcale nie oczywistych, a wszystko po to, by dowiedzieć się, jak to właściwie jest z tym naszym istniejącym bytem, poznającą świadomością. Podobało mi się też, że w Klątwie Parmenidesa Bartoś oddał się radości myślenia bez oddawania myśli w arendę komukolwiek czy czemukolwiek. Tutaj owszem Nietzsche nadal się pojawia, ale jako jeden z wielu uczestników debaty, filozoficznej biesiady. I nie on rozdaje karty. Role głównych adwersarzy przyjmują na siebie, obok tytułowego Parmenidesa, Platon, Tomasz z Akwinu i Heidegger.

A jak sprawa wygląda z jego najnowszą książką Upadek, niemożliwy. Eseje filozoficzne? Znani z poprzednich publikacji autorzy się powtarzają, ale zdecydowanie dominuje Heidegger, dzielnie mu sekunduje Peter Sloterdijk, zwłaszcza jeśli idzie o rozprawę z monoteizmem. Jednak tematów jest znacznie więcej i powiedziałbym, że sprawy się komplikują. Wiele rzeczy nadal mnie zachwyca, przyciąga i zaciekawia, są też jednak akcenty, które mnie niepokoją. O tym napiszę na końcu, wszak sam autor zachęca do formułowania pytań, ale też deklaruje, że i sprzeciw przyjmie z wdzięcznością.

Już tytuł jest zagadkowy, intryguje przecinek między rzeczownikiem a przymiotnikiem, no ale to tylko kwestia interpunkcji. Podtytuł podpowiada, by się przygotować na formalne zróżnicowanie zamieszczonych w książce tekstów. W istocie są bardzo różne i to nie tylko, co do ich długości. Łączy je temat, który nazwałbym zniecierpliwieniem wobec trwającej religijnej ułudy utrudniającej, a niekiedy wręcz paraliżującej krytyczne myślenie.

A może nawet więcej to rodzaj gniewu, że tak wiele zła w imię religii się stało i nadal dzieje. Uwagi pod adresem polskiego katolicyzmu, choć nieliczne i do przypisów ograniczone, są wręcz miażdżące.

Wątków jest sporo. A skoro książka ma być darem pod choinkę, to za wiele zdradzać nie mogę, by nie psuć zaskoczenia. Będzie spore. Głównie w sposobie ujęcia tematów tak wydawałoby się zgranych, jak wojna, pokój, dualizm, patriotyzm, nacjonalizm, reformizm, rewolucja i antysemityzm (o tym właśnie na końcu chcę nieco napisać, bo to temat budzący mój sprzeciw i niezgodę nie tylko na sposób ujęcia, ale również ze względu na rodzaj lekceważenia powagi tematu w związku z oskarżeniami pod adresem Martina Heideggera). W części pierwszej przy omawianiu dualizmu pojawiają się intrygujące akcenty, które Bartoś rozwinie w części drugiej. Przywołać chciałbym uwagi na temat destrukcyjnego charakteru monoteizmu: „To duch monoteizmu, będący destrukcją i uzależnieniem wszystkiego od własnego bytu. Świat wobec boskiego bytu jest nicością. Bez Boga, jego obecności przemienia się w nic – pisał Tomasz z Akwinu. To życie nieautonomiczne, niemożliwość życia – wyobraźmy to sobie plastycznie – bez ciągle podłączonej zewnętrznej aparatury (to metafora dobrego Boga) podtrzymującej wszystkie funkcje życiowe, w tym intelektualne, moralne itd.” (s. 35).

Czy nie tak rozumiał dzieje człowieka i Polski Jan Paweł II, który wołał, że bez Chrystusa nie sposób zrozumieć ani siebie, ani polskiej historii? W swoich diatrybach Bartoś inspiruje się przede wszystkim analizami swego ulubionego filozofa Petera Sloterdijka, zwłaszcza jego Gorliwością Boga. O walce trzech monoteizmów. Sięga też do zupełnie fundamentalnych ustaleń egiptologa Jana Assmanna właśnie na temat cezury, jaką wprowadził monoteizm żydowski.

Oryginalnym wkładem w rozprawę z cieniem wiary monoteistycznej jest jednak odwołanie do myśli Akwinaty, którą Bartoś zna jak mało kto. A to wszystko w ramach ogólnego tematu „Życia” jako część pierwsza.

W części drugiej objętej tematem „Zła” znajdujemy oskarżycielską mowę pod adresem wspomnianych już monoteizmów i niezwykle poruszające próby zrozumienia niezrozumiałego czyli Szoa.

Zapewne dla wielu zaskoczeniem, a może i szokiem będą próby łączenia ostatecznego rozwiązania „kwestii żydowskiej” w wykonaniu hitlerowców z koncepcją biblijnego, zazdrosnego Boga Jahwe. Tutaj w moim przekonaniu Bartoś daje najwyższą próbę ontologii negatywnej, czyli kreśli zarys metafizyki zła, której ponura siła chyba nikogo nie pozostawi obojętnym. Tutaj też bezlitośnie obnaża granice religijnego myślenia bezradnego wobec spiętrzenia zła, jakim był zrealizowany diabelski w istocie projekt Zagłady.

W tej też części pojawiły się dwa teksty poświęcone bratniej duszy – Cezaremu Wodzińskiemu. Bartoś nie kryje swojej słabości dla zmarłego przedwcześnie autora Świętego idioty. Owszem o swoim zaciekawieniu, a nawet fascynacji krętymi drogami tej filozofii pisze wprost: „A więc i ja przeglądałem się i przeglądam w portrecie Cezarego Wodzińskiego. I co tu dużo mówić, jest mi bliski, należę do tej samej diablej rodziny, gdzie prowokacja, myślenie wspak, spryt myślowej pułapki – są na piedestale. Cezary Wodziński był filozoficznym spryciarzem” (s. 190).

Ale najbardziej podziwia Bartoś odwagę Wodzińskiego, gotowość zaglądania w zakamarki rzadko przez filozofów nawiedzane: „Być może to właśnie dyskretne stąpanie po drogach, których nikt nie wybiera, pozostaje spuścizną Wodzińskiego, zadaniem do odkrycia. Myślą do oswojenia. Choć z natury swej jest ona – właśnie w tym momencie spoglądania w samo źródło zła – myślą nieoswojoną” (s. 194). Jednak mimo podziwu, Bartoś chadza własnymi drogami, mniej ciekawi go myśl rosyjska na czele z Dostojewskim czy w ogóle myśl słowiańska (poza Wodzińskim właściwie nie ciekawi go dorobek polskiej filozofii). Rozprawia się z dziedzictwem Akwinaty i jego dzisiejszych spadkobierców. Dostrzega i dekonstruuje tradycyjne argumenty teodycei, bo wie, że one niczego nie pokazują, nikogo (kto wystarczająco krytycznie myśli) do niczego nie przekonują. Są niczym.

Natomiast poza wykazywaniem granic i niewystarczalności tradycyjnej chrześcijańskiej myśli, tak ochoczo nawiązującej do Biblii, a zwłaszcza listów Pawłowych, Bartoś zmaga się również z dziedzictwem bliskiego mu Immanuela Kanta. Okazuje się bowiem, że i w myśli samotnika z Królewca są dziury.

Dlatego trzeba oświecić oświecenie, tzn. wyjść poza ustalone przez Kanta warunki przezwyciężenia zawinionej niedojrzałości. Bartoś proponuje krok dalej, każe zrezygnować z ułudy możliwości nadania sensu, w czym szczególnie wyspecjalizowały się religie, zwłaszcza monoteistyczne. Zdaniem Bartosia: „Oświecenie oświecenia jest nową dojrzałością, która rezygnuje z przekonania o łatwości dostępu do wszelkiego sensu, podważa naiwną wiarę w jego istnienie na wyciągnięcie ręki” (s. 162). Tę naiwną wiarę usensowniania doskonale ilustruje książka O.D. Kulki, ocaleńca z Auschwitz, Pejzaże metropolii śmierci. W jego wspomnieniach nieludzki świat obozu śmierci staje się jedynym punktem odniesienia i właśnie usensownienia świata. I dzieje się to po kilkudziesięciu latach, są tam też ślady monoteistycznej ułudy: „Kulka ontologizuje zło, nie unika dualizmu, wiernego towarzysza wyznających monoteizm. Bóg stworzył wielkiego Kaina, który zabił Abla – to także wcielenie niezmiennego prawa wielkiej śmierci. Świat jednak nie jest taki prosty, jak chciałby prosty monoteizm, dlatego rodzi w swych wyznawcach drugą stronę, stronę cienia, niechciany mrok, królestwo wiecznego prawa wielkiej śmierci” (s. 182).

Czytając jakże trafne uwagi Tadeusza Bartosia o mrocznej stronie monoteizmu, przypomniałem sobie pouczające spotkanie przed laty w Centrum Myśli Jana Pawła II w Warszawie. Zostałem zaproszony, by mówić o napisanej wspólnie z Zygmuntem Baumanem książce O Bogu i człowieku. Rozmowy, w której bronimy politeizmu przed uroszczeniami monoteizmów. Prowadzący spotkanie nie krył rozbawienia i starał się mnie i moje wysiłki uzmysławiania słuchaczom niebezpiecznej strony wiary monoteistycznej zwyczajnie ośmieszyć. Ku radości zgromadzonej gawiedzi. Tak, nie jest łatwo zyskać aplauz dla niewygodnych myśli, z tym musi się liczyć również Bartoś. Jednak nie o jałowy spór na temat wyższości politeizmu nad monoteizmem czy odwrotnie chodzi. Raczej o sztukę stosowania trafnej argumentacji, a to rzecz wymagająca: „Dojście do argumentów trafnych, wymaga zmagania się z nietrafnymi, które – by móc polec na ‘polu chwały’ – muszą zostać wypowiedziane. Wszystko to bywa drogą przez mękę. Stąd tak ważna jest wolność myśli, otwarta debata, brak autocenzury, prawo do formułowania także błędnych sądów” (s. 76). No właśnie, czy jeszcze takie debaty istnieją, czy są w ogóle możliwe? Nie jest to wcale pytanie retoryczne.

Zupełnie wyjątkowej urody są dwa polskie akcenty pomieszczone w trzeciej części zatytułowanej „Dobro” i w apendixie. Ten pierwszy dotyczy przewrotnej analizy fenomenu disco polo, jako zjawiska arcypolskiego, a drugi to znaleziony w jednej z warszawskich kamienic tekst bliżej nie znanego autora Jana Pawła Wyszyńskiego. I jeden i drugi stanowi przenikliwy głos w dyskusji na temat narodowej tożsamości Polaków.

I jeszcze jedna, już zapowiedziana na początku sprawa. W duchu szukania argumentów trafnych pozwolę sobie na końcu wskazać na mniej przekonujące partie książki. Otóż moim zdaniem taką słabo uargumentowaną jest próba relatywizacji pojęcia antysemityzmu używanego w odniesieniu do filozofii Martina Heideggera. Problem nie jest nowy i sam pamiętam długie rozmowy na ten temat z Hanną Buczyńską-Garewicz, która systematycznie zajmowała się myślą Heideggera już od lat 70. Wspominał też o tym w swoich wykładach Józef Tischner i to w czasach gdy tłumaczył „List o humanizmie” Heideggera z roku 1946. Tischner nie krył podziwu dla Heideggera, podobnie Buczyńska-Garewicz.

Owszem tekst ważny, ciekawy, ale zupełnie pomijający milczeniem właśnie zamknięty okres hitlerowskiego nazizmu, do którego akces Heidegger zgłosił już w 1933 roku, przyjmując od nazistowskich mocodawców funkcję rektora. Ale nie tylko wiadomo było, że pozostał członkiem NSDAP do samego końca; od początku budziło zdziwienie, że nie stać go było na krytyczną ocenę nazizmu i własnego weń uwikłania. Krótko mówiąc, w roku, gdy polski poeta Tadeusz Różewicz uczył się na nowo języka władnego nazwać przeżyty koszmar wojny i strachu przed zabiciem ze względu na żydowskie pochodzenie, niemiecki myśliciel zgłębiał labiryntu humanizmu, który właśnie się skompromitował w sercu chrześcijańskiej Europy.

Dziś sprawa wygląda inaczej i wybuchła ze zwielokrotnioną siłą od czasu publikacji tzw. Czarnych zeszytów. Stanowią one oddzielne tomy i zamykają niemal stutomowe wydanie dzieł zebranych autora Bycia i czasu. Ich wydawca, Peter Trawny, opublikował w 2014 roku książkę Heidegger i mit spisku żydowskiego. Trawny sformułował interesującą tezę o ontohistorycznym antysemityzmie Heideggera, która może stanowić wręcz hermeneutyczny klucz nie tylko to „Czarnych zeszytów”, ale i całej jego spuścizny filozoficznej. Swoją tezę uzasadnił bogatym materiałem dowodowym, również tekstami wcześniej nieznanymi. Książka wywołała ożywioną debatę nie tylko w Niemczech gdzie pojawiły się książki zarówno wspierające Trawnego, jak i go krytykujące. Do tej pierwszej grupy należy zbiór artykułów pod redakcją Waltera Homolki, Heidegger und Antisemitismus, który ukazał się w 2016, a do drugiej opublikowana rok później apologetyczna książka Friedricha-Wilhelma von Herrmanna i Francesco Alfierego, Die Wahrheit über die Schwarzen Hefte. Jej oryginalna wersja ukazała się w 2015 roku w języku włoskim jako La verita sui Quaderni neri. W Polsce w 2016 roku sprawie poświęcił swoją ostatnią książkę Metafizyka i metapolityka. Czarne zeszyty Heideggera Cezary Wodziński. Tak więc sprawa zasługuje na oddzielne potraktowanie, co też zamierzam w przyszłości zrobić.

Książka Trawnego wyraźnie Bartosiowi się nie spodobała, ze względu na – jak to określił – brak precyzyjnego określenia istoty antysemityzmu przez autora. Jego zdaniem prowadzi to do nieuzasadnionego oskarżania Heideggera o antysemityzm właśnie. W swoim wywodzie Bartoś zestawia „antysemityzm” z serią innych „anty-„ i wykazuje absurdalność zabiegu uogólniającego.

Problem polega na tym, że antysemityzm to nie jest jeden w wielu „anty”. To najbardziej zabójcza broń ideologiczna w kręgu naszej cywilizacji. Tylko antysemityzm doprowadził do programowej zagłady narodu żydowskiego. Oczywiście Tadeusz Bartoś to wie i wielokrotnie o tym w swojej książce pisze. Jednak stara się zrobić wszystko by wykazać, że żadnych argumentów za eliminacyjnym i zbrodniczym charakterem antysemityzmu nie można stosować do subtelnej i wyjątkowej myśli Martina Heideggera.

Otóż moim zdaniem Bartoś się myli. Owszem Heidegger to nie jest Roman Dmowski ani ks. Stanisław Trzeciak, ani ich dzisiejsi spadkobiercy łącznie z głównym prawicowym ideologiem Rafałem Ziemkiewiczem. Ich prymitywny antysemityzmem rodem z Protokołów mędrców Syjonu to oczywiście inna bajka.

Ale czy naprawdę inna? Subtelność wywodu Heideggera obraca się przeciwko niemu. To właśnie tacy „subtelni” myśliciele umożliwili nie tylko dojście do władzy Adolfa Hitlera, ale również ją ideologicznie uzasadniali. I na to nie może być naszej zgody.

Wiedział o tym kolega Heideggera Karl Jaspers, wiedziała o tym również Hannah Arent; ich korespondencja to w sposób wyczerpujący dokumentuje. A zresztą i bez tych dowodów mamy wystarczająco danych, by uznać Martina Heideggera za myśliciela mrocznego i uwodzącego, a jego myśl za myśl zatrutą i to u swego źródła naznaczonego ontologiczno-historycznym antysemityzmem.

<strong>Stanisław Obirek</strong>
Stanisław Obirek

 (ur. 21 sierpnia 1956 w Tomaszowie Lubelskim) – teolog, 
historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita.

Print Friendly, PDF & Email