JS: Pijany statek12 min czytania

()

09.02.2022

Zdanie odrębne

Siedemnastoletni francuski symbolista Artur Rimbaud napisał poemat Statek pijany (1871). Jest to historia żaglowca, który „zerwał cumy holowników i wypłynął na pełne morze”. Upaja się wolnością, a przy okazji syci widokami, jakich dotąd nie oglądał:

Wi­dzia­łem słoń­ce ni­sko w pla­mach zgróz mistycznych,
Jak sia­ło dłu­gie, zim­ne fio­le­tów mar­twi­ce,
……………………………………………………………….
Mie­sią­ce całe z falą, rów­ną hi­ste­rycz­nym
Obo­rom, sztur­mo­wa­łem ku raf skal­nym ścia­nom,
Nie śniąc, że sto­py Ma­ryi na sier­pie księ­życz­nym
Mogą łeb dy­cha­wicz­nym ze­trzeć Oce­anom.
………………………………………………………………..

Wi­dzia­łem wrą­ce ba­gnisk ol­brzy­mich fer­men­ty,
Sie­ci, gdzie wśród trzcin gni­ją całe Le­wia­ta­ny,
Za­pa­da­nia wód na­głe śród ci­szy za­klę­tej,
Ka­ta­rak­ty od­da­leń ku bez­d­ni nie­zna­nej.
Lo­dow­ce, słoń­ca srebr­ne, opal fal, nieb żary,
Prze­okrop­ne mie­li­zny w za­tok ciem­nych toni,
Gdzie żar­te przez ro­bac­two ol­brzy­mie wę­ża­ry
Piesz­czą drze­wa skrę­co­ne ja­dem czar­nych woni,

Naoglądawszy się tego wszystkiego, marzy o powrocie na stały ląd, „wspo­mi­na Eu­ro­pę i ka­łu­że, na któ­rych dzie­ci pusz­cza­ją sta­tecz­ki. […] Tra­ci pa­sję do od­kry­wa­nia świa­ta i prze­ży­wa­nia ko­lej­nych przy­gód” – czytamy w powszechnie dostępnym źródle.

Statek to personifikacja stanu umysłu i uczuć nastolatka, który – upojony wolnością – głosi bunt przeciw zastanemu światu. Ale upojenie (także alkoholowe) zwykle mija; ma się wtedy ochotę wrócić do stanu trzeźwości, do tego, co znane, swojskie, bezpieczne… Zwłaszcza, kiedy się doświadczyło strachu, samotności, pragnienia śmierci, a nawet grobu („na dnie oceanu”).

Większość upojeń jest krótkotrwała, z wyjątkiem upojenia władzą! Tak pijany statek potrafi długo pływać bez zawijania do portów; wszak jego celem jest samo pływanie. Nie liczą się pasażerowie, koszty żeglugi, stan morza czy oceanu, a wreszcie samego statku…

*

W roku 2015 jednostka pod nazwą Lechistan rozpoczęła podróż ku nieznanej, choć mocarstwowej przyszłości. Nikt wtedy nie przypuszczał, że po siedmiu latach zacznie dryfować, pozbawiona – dosłownie i w przenośni – steru, napędu, radaru, balastu, łodzi ratunkowych… i innych rzeczy, niezbędnych w podróży morskiej.

A miała to być wyprawa o wymiarze historycznym, by nie powiedzieć dziejowym… Przyszli pasażerowie, w przeważającej liczbie obojętni wobec rejsu, nie wzięli udziału w wyborze kapitana i załogi. Głosowała zaledwie jedna piąta populacji, która dała sobie wmówić, że Lechistan znalazł się „w ruinie”, „likwidacji” i „eksterminacji”; trzeba więc czym prędzej popłynąć ku nowemu światu… Podróżnym obiecano krótki okres zatrudnienia, darmowe pieniądze (500+), 13 i 14 emeryturę („będzie 15 i 16” – wołał kuglarz), „becikowe”, „piórnikowe” i inne „świadczenia”. W podróż jednak udali się wszyscy; również ci, którzy nie wybierali załogi, bo woleli grillować boczek i kiełbasę …

Morska wędrówka w nieznane zapowiadała się fantastycznie. Przez jakiś czas wszyscy – jak u Rimbauda – zachwycali się pięknymi widokami, kąpali w słońcu, lornetowali nieznane lądy, gorące plaże, bujną florę, faunę oraz różnokolorowych tubylców. Szczególną uwagę białych mężczyzn przyciągały długonogie, czekoladowe dziewczęta, ochoczo machające w ich kierunku. Ale nasza „arka Nowego” nie zawijała do żadnych portów; była (chwilowo) samodzielna, samowystarczalna, dumna, niezależna; chciałoby się powiedzieć – samoistna (ale ta cecha przynależy tylko Bogu). Miała zademonstrować światu duchową i materialną wielkość Lechitów; a gdzie to lepiej zrobić, jak nie na morzu; tu nic – poza horyzontem – nie ogranicza widoku.

Podróż Lechistanu miała też wymiar eksperymentalno-badawczy; trzeba było pokazać światu, że można płynąć, pozbawiając się wykwalifikowanej kadry: najpierw od rozrodu konia, potem z pionu kontrolno-rozstrzygającego (sędziowie), edukacji i wychowania (nauczyciele), spółek (menadżerowie), wreszcie samych żeglarzy, których zastąpili harcerze, wyspecjalizowani co najwyżej w podchodach i alfabecie Morse’a.

Powodzenie eksperymentu gwarantowała wymiana fachowców od głosu i obrazu; tubami kapitana zarządzał teraz oddany mu bosman, kontrolujący każde słowo przekazu dnia i nocy. Przeplatano je muzyką lecho-polo, tudzież transmisjami z imprez masowych. Ich różnorodność zapewniało niezależne medium najwyższego kapłana, w którym modlitewne transmisje przerywały pieśni biesiadne i operetka. Przez nieuwagę majtków na pokład wdarła się obca ideowo stacja telewizyjna, która zakłócała harmonijny przebieg rejsu; ale wyrzucenie jej za burtę miało być tylko kwestią czasu.

*

Po kilku latach wałęsania się po morzach i oceanach nasz bajecznie kolorowy rejs zaczyna przypominać stary, czarno-biały film pewnego niepokornego reżysera[1]. Wszystko za sprawą kapitana, który powoli stał się instruktorem kulturalno-oświatowym. Podporządkował sobie pasażerów poprzez gry i zabawy, które wprawiały nas w niepohamowany entuzjazm. Kiedy mu się znudziło oglądanie rozbawionych ludzi, zaczął ich ze sobą skłócać; dni i noce (albo na odwrót) upływały na nieustannych awanturach. Modne stały się: szczucie jednych na drugich, insynuacja, donosicielstwo, przekupstwo i inne plagi, które rozpanoszyły się na statku. Omijanie portów powodowało, że nie mieliśmy kontaktu ze światem, a naszą szaloną wędrówkę zaczęto komentować na lądzie pukaniem się w czoło. Widać to było bez lornetki…

Pod koniec pierwszej fazy morskiej wycieczki szef dokonał wymiany pierwszych oficerów (kobietę na mężczyznę); drugi oficer pozostał na stanowisku, bo był potrzebny do podpisywania nowych zarządzeń; do innych spraw się nie nadawał… Tak więc drugi etap wędrówki bez celu nie jest już tak udany. Coraz częściej zaskakują: klimat, pogoda, znudzenie podróżą, rutyna, pogarszające się nastroje… Statkiem zaczyna mocno kołysać, a wysokie fale niosą go w rejony, których groza dorównuje opisom francuskiego poety. Coraz liczniejszym dokuczają womitacje – nie zawsze powodowane chorobą morską… Pytają więc sami siebie: nie lepiej nam było pozostać na lądzie i czytać wiersze? Pasażerowie przestają zauważać wszechobecny dobrostan. I choć nadal kwitnie konsumpcja i zabawa, coraz mniej ludzi interesuje się żywiołem, który nas podtrzymuje, jak niegdyś płaską Ziemię… Świat widziany z oddali też przestaje być ciekawy. Ta sama załoga, ci sami podróżni – towarzystwo zaczyna się nudzić, jak u Sartre’a[2]… Z nudów człowiek zwykle szuka dziury w całym i, co najgorsze – znajduje. Wycieczkowicze zorientowali się, że załoga zaczyna kraść – najpierw po cichu, w białych rękawiczkach, potem – bezczelnie, na oczach wszystkich. Rzecz wyszła przy okazji, kiedy załoganci zamiast na służbie, częściej przebywają w messach, salach balowych czy basenach. Zrobiła się awantura, a oliwy do ognia dolała jedna z oficerek, wołając: „te pieniądze nam się po prostu należały”. Kiedy na piętrach pojawiły się bilbordy z napisem „Złodzieje”, kapitan zarządził redukcję uposażeń załogi i rejwach przycichł, choć nie na długo. „Kadra” przyzwyczajona do zgarniania kasy, szybko znalazła sposoby, by się odkuć.

*

Wymarzona podróż ku świetlanej, nadziemskiej przyszłości – wyśnionej przez dowódcę statku – staje się uciążliwa. Bo choć na wodzie jesteśmy bezpieczni, złe wiatry z lądu przywiały zarazę, która tam zbierała śmiertelne żniwo. Szefostwo początkowo lekceważyło epidemię, ale kiedy i u nas ludzie zaczęli masowo umierać, okazało się, że nie ma żadnej strategii w walce ze zdradliwym wirusem, który wydał nam wojnę. A na wojnie trzeba walczyć, a nie zarabiać na sprzęcie medycznym, środkach ochronnych itp.

Statek to wielkie skupisko ludzi – czasem jak miasto, czy państwo; trzeba nim umiejętnie zarządzać, ba – trzeba rządzić, a nie udawać, że nic się nie dzieje, kiedy ludzie mrą jak muchy… Pandemia źle wpływa na pasażerów, zwłaszcza że nie wszyscy chcą się szczepić. Dowództwo nie zachęca do szczepień, ale otwarcie spotyka się z ich przeciwnikami. Po co się szczepić, skoro jeden z oficerów wykrzykiwał niedawno, że szczepienia to zamach na wolność Lechitów, a jedna ze stewardess nazywa szczepionkę eksperymentem. Jak by jej było mało, pyta głupkowato: czy naprawdę najważniejsze jest być zdrowym? Za wszelką cenę? Dziennie umieramy setkami, a zmarłych nie pakuje się do trumien, tylko wsadza w biodegradowalne worki i wrzuca do morza. Będą ważnym ogniwem w łańcuchu pokarmowym matki naszej – Natury…

Na domiar złego na morzu pojawili się rozbitkowie z innych statków, którzy za wszelką cenę chcą się dostać na naszą wspaniałą łajbę. Tych, którym się udało, opatrujemy, damy coś do picia (na jedzenie nie ma czasu) i z powrotem spychamy do wody. Reling na całej długości jest owinięty drutem kolczastym, ale oni i tak wdrapują się na pokład, zapewniając, że się przesiądą na inne jednostki. Podobno niedaleko nas płyną okręty, które jeszcze zabierają rozbitków… Kiedy nasze straże walczą z intruzami, reszta bawi się w najlepsze; podpatrzył to jeden z pasażerów. W trakcie kuracji po ciężkiej chorobie napisał książkę pt. Statek głupców[3], którą szybko wydano. Na okładce jest obraz Hieronima Boscha pod tym samym tytułem. Książka nie przynosi nam chluby; raczej jest powodem niemałego wstydu…

Pandemia, zamęt, brak pomysłu na dalszą żeglugę – wszystko to sprawia wrażenie, że faktycznie wyglądamy jak pijany statek. Nie mamy gdzie zawinąć; nasi przedstawiciele na lądzie mówią wprost, że „nie mamy sojuszników” albo że jak gdzieś przycumujemy, to nas „ubezwłasnowolnią”. A przecież ten rejs miał być koronnym dowodem, żeśmy się uwłasnowolnili…

*

Kapitan doszedł do wniosku, że nie da się dłużej rządzić przez skłócanie ludzi; może dotarło do niego, że nienawiść jest zwrotna? Polityczny geniusz szybko podpowiedział mu inne narzędzie – chaos. Po tajnych naradach w kabinie (sypialnia, salon) ogłosił program fiskalny pn. Lechicki Kosmos, w którym ci co mają więcej, część pieniędzy oddadzą tym, co mają mniej. I wtedy poczują się szczęśliwi… Duszpasterze lechickiego kościoła milczą, bo w Biblii wyraźnie stoi: „Bogatemu dodadzą, a biednemu zabiorą”. Jak taką brutalną prawdę wytłumaczyć owcom i baranom…

By ratować twarz (a raczej gębę) pierwszy oficer kazał obniżyć podatki pośrednie, a sklepikarzom zabronił podnosić ceny. Sygnaliści mają kontrolować, jak jest w messach, barach, salonach mody… Rzecz o tyle dziwna, że załoga ma od paru lat urządzenie Skrzydlaty koń, które umożliwia inwigilację tudzież kontrolowanie wszystkich sfer życia pasażerów; również zakupy i spowiedź …

Zaraza, podwyżki cen i inne plagi – niezależne od dowództwa, tylko od nieprzyjaciół – powodują wzrost inflacji. A jak pieniądz traci wartość, to i notowania załogi lecą w dół. Kapitan, który zwykle przewidywał bieg wypadków, teraz ledwie za nimi nadąża. Po dwu latach „walki z pandemią” zaproponował, by zaszczepieni mogli donosić na niezaszczepionych (i na odwrót), a nawet domagać się odszkodowań. Jednak zebranie przedstawicieli podróżnych nie zgodziło się na taką strategię. Sytuacja chwilowo jest bez zmian, a wszyscy dawno się pogodzili z tym, że część z nas musi umrzeć.

Aura nie sprzyja żeglowaniu; burze morskie, sztormy, nawałnice miotają wycieczkowym kolosem. Strach pomyśleć, co się stanie, kiedy trafimy na rafę, albo nas rzuci na brzeg, jak włoską Costa Concordię… Od pracujących pod pokładem słychać, że grodzie i wręgi trzeszczą, blacha jest skorodowana. Z maszynowni dochodzą wieści, że po tak długiej wędrówce silnik główny nadaje się do remontu… Żeby nas tylko nie spotkało to, o czym – już w XVI wieku – mówił znany jezuita[4].

*

Tymczasem radary informują, że ze Wschodu płynie na nas i na inne mniejsze jednostki ogromny okręt wojenny, grożąc zniszczeniem wszystkiego, co mu stanie na drodze – z powietrza, ziemi i z wody; oczywiście ogniem. Zanim się do nas zbliży, musi unieruchomić liniowiec płynący tuż za nami. Radio i telewizja pokazują, czym dysponuje olbrzym, dla którego my również stanowimy przeszkodę. Nasi oficerowie codziennie pędzą motorówkami ku innym statkom w poszukiwaniu pomocy. Ludzie są przerażeni; wypatrzyli bowiem, że na ostatnim, piętnastym piętrze Lechistanu jest lądowisko dla helikopterów. Stoi tam kilka maszyn, które – w razie czego – ewakuują kapitana i część załogi. Jakiś czas temu dowództwo uciekało lądem, dlaczego teraz nie może drogą powietrzną? Lechistan chwilowo zostanie bez kapitana, ale to nie nowość w jego historii. Natychmiast pojawi się obcy dowódca ze swoimi ludźmi, których potem zastąpią nasi. I będziemy dalej płynąć w nieznanym kierunku… Wszak navigare necesse est!

Pesymiści przewidują najgorsze, łącznie z zatonięciem statku; optymiści uważają, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej, a pijany statek i tak tego nie odczuje.

J S 

Przypisy:

  1. Marek Piwowski, Rejs (1970)
  2. Francuski filozof, egzystencjalista.
  3. Autor Witold Bereś, Kraków 2021.
  4. „Gdy okręt tonie, a wiatry go przewracają, głupi tłomoczki i skrzynki swoje opatruje i na nich leży, a do obrony okrętu nie idzie, i mniema, że się sam miłuje, a on się sam gubi. Bo gdy okręt obrony nie ma, i on ze wszytkim, co zebrał, utonąć musi”. Piotr Skarga, Kazanie sejmowe II.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.