24.02.2022
Nie można pozwolić bandycie być bandytą. Taka tolerancja, czy raczej real-polityka, ośmiela innych bandytów, powoduje, że świat przestaje być bezpiecznym. Odpowiedź wobec bandytyzmu, a tym jest nieuzasadnione zastosowanie przemocy wobec innego suwerennego państwa, powinna być stanowcza.
Zamknięte powinny zostać granice z państwem-agresorem, zerwana wszelka wymiana handlowa, zablokowane wszelkie formy finansowania bandyckiego reżimu. Obniżone powinny do minimum zostać stosunki dyplomatyczne: usunięci ambasadorowie i większość personelu dyplomatycznego, zawieszony udział Rosji w Radzie Bezpieczeństwa ONZ i innych stowarzyszeniach międzynarodowych. Wprowadzony powinien zostać zakaz wjazdu do państw UE (a także innych solidaryzujących się z ładem międzynarodowym) wszystkich obywateli Rosji, z wyjątkiem tych, którzy zamierzają wnosić o azyl polityczny. Zamrożony na poczet przyszłych odszkodowań powinien zostać znajdujący się za granicą majątek rosyjski, także majątek prywatny obywateli Rosji.
To jest ta „bomba atomowa”, którą powinny użyć UE i państwa NATO; która powinna być przedmiotem debaty Zgromadzenia Ogólnego ONZ. To może być wyraźny sygnał, że agresja w stosunkach międzynarodowych nie jest tolerowana, bez względu na to, kim jest agresor: mocarstwem czy krajem upadłym. Wiadomo, że Chiny i ich gospodarczo uzależnieni akolici, nie poprą tego rodzaju rozwiązań. Putin ma jednak wybór albo cofnąć się, szukać możliwości dyplomatycznego rozwiązania spraw spornych, by w przyszłości w partnerstwie z krajami zachodnimi budować potencjał gospodarczy swego kraju; albo zmienić Rosję w chińską półkolonię, w taką peryferyjną stację benzynową, zaplecze surowcowe dla rozwijającego się Wschodu. Musi zrozumieć, że kraje Zachodu mogą rozwijać się bez Rosji; Rosja bez gospodarczej współpracy z Zachodem podzieli los Wenezueli, Kuby, Korei Północnej…
Jestem zwolennikiem radykalnych działań z pobudek czysto pragmatycznych. Zdecydowane ukaranie bandyty jest konieczne, by światu zagwarantować święty pokój. Oprócz radykalizmu jest jednak tzw. real-polityka, ta kręci się wokół wielu, małych i wielkich interesików.
Zbyto milczeniem apel Władysława Kosiniaka-Kamysza, by w odpowiedzi na agresję wprowadzić zakaz importu rosyjskiego węgla. Indagowany w tej sprawie przez dziennikarzy pan Kaczyński mówił o konieczności rozważnego postępowania, by nie doprowadzić do tąpnięcia w kraju. Premier więcej uwagi poświęca Nord Stream 2, bo ceni widać tylko takie sankcje, które bolą Niemców.
Bunt w Donbasie łączył się z zagrabieniem tamtejszych kopalń przez uzbrojone w kałasznikowy grupy gangsterów. Łup był cenny, bo to jedno z niewielu na świecie miejsc, gdzie wydobywa się antracyt, najwyżej ceniony gatunek węgla. Przywrócono wydobycie, oszczędzając na płacach i bezpieczeństwie, górników. Wydobyty węgiel był szmuglowany przez granicę i za pośrednictwem mafii rosyjskiej sprzedawany w krajach zachodnich. Wg danych wywiadu ukraińskiego tylko w 2019 r. sprzedano na zachodzie 6 mln ton. Koszt wydobycia – 22 dol/ tona, cena zbytu po przekroczeniu granic Rosji – 150 dol/ t; odliczając koszty transportu i łapówek, mafia rosyjsko-donbaska zarobiła, tylko w jednym 2019 r., 600 mln dol.
Na interpelację w tej sprawie złożoną przez posłanki Lewicy, minister Dworczyk odpowiadał długo i mętnie, tłumacząc się brakiem stosownych porozumień z Ukrainą. Uwadze naszych służb specjalnych i skarbowych umykał fakt funkcjonowania w Katowicach, ulubionym mieście pana premiera, spółki Doncoaltrade, zarejestrowanej przez samozwańczego wiceministra przemysłu tzw. Ługańskiej Republiki, pana Oleksandra Melnyczuka. Dopiero w 2018 r. po osobistej interwencji Sekretarza Stanu USA Rexa Tilleresa, służby polskie wymusiły likwidację spółki. Czy to oznacza, że donbaski antracyt nie trafia już do Polski ? Wątpliwe, kto to sprawdzi na granicy, skoro jako kraj pochodzenia wpisana jest Rosja.
Uzależnianie polskiej gospodarki od rosyjskiego węgla jest dla PiS-u sprawą drażliwą. Wyją na ten temat górnicze związki zawodowe, wytykają gospodarczy „rusofilizm” radykałowie z klubów „Gazety Polskiej” (choć akurat ich lider, redaktor tejże gazety, wspiera rusofilizm „sojusznika” Orbana). Pod naciskiem opinii publicznej na początku 2020 r. minister Sasin ogłosił, że państwowe spółki energetyczne nie będą importowały węgla z Rosji.
Efekt tego był umiarkowany. W 2015 r. importowano z Rosji 4,9 mln t., w 2018 r. wielkość importu wzrosła do 13 mln t., w kolejnym 2019 r. spadła do 10,8 mln t., w 2020 r. do 9,4 mln t., w 2021 r. do 7,6 mln. Ogółem w czasie rządów PiS wwieziono do Polski ok. 36 mln ton rosyjskiego węgla; mniej więcej o tyle też spadło wydobycie w polskich kopalniach. Przyrost importu węgla następował w okresie, gdy Polska odrzucała unijną politykę klimatyczną, realizując, na przekór UE, takie inwestycje jak elektrownia w Ostrołęce. Nie trudno było dostrzec, że antyunijna polityka prowadzi do zwiększenia uzależnienia Polski od Rosji.
Udział rosyjskiego węgla w imporcie tego surowca ogółem wynosi ok. 75%. Rosja w 2020 r. do Europy wyeksportowała 27,8 mln t. węgla, Polska była największym odbiorcą i najbardziej uzależnionym od dostaw z tego kierunku.
Deklaracja Sasina zdecydowała o zmianach profilu odbiorców rosyjskiego węgla. 60% trafia do gospodarstw domowych, 23% do koksowni, 12% do miejskich ciepłowni. Prezes PGE ostrzegł jednak niedawno, że jeśli przyjdzie mroźna zima, to zmuszony będzie dokupić węgla ze wschodu.
Brak inwestycji w polskich kopalniach prowadził do zmniejszenia wydobycia. Po „politycznej” deklaracji Sasina duże spółki energetyczne zużywają prawie całość wydobycia; stąd taka popularność rosyjskiego węgla w gospodarstwach domowych. Kłania się tu w pas Bożek Zaniechania. Wiedząc, że węgla będziemy mieli coraz mniej, wiedząc o konsekwencjach unijnej polityki klimatycznej, niewiele zrobiono by zmniejszyć węglochłonność polskiej energetyki. Niestraszny był smog, nieważne zdrowie Polaków; w tempie bardzo umiarkowanym likwidowano domowe piece węglowe, modernizowano miejskie ciepłownie, zwiększano efektywność elektrowni węglowych.
Doszło do politycznego absurdu. Wstrzymać import węgla powinniśmy bez względu na stosunki z krajami sąsiednimi, po to, by w ten sposób wymusić przyspieszenie transformacji energetycznej i ocalić zdrowie tysiącom obywateli, ofiar smogu. Ale ze względu na szereg innych drobnych interesików polsko-rosyjskich, jak ognia rząd polski obawia się użycia embarga jako sankcji wobec agresora. Lepiej by ciężar sankcji spadł na Niemcy; niech oni zamkną Nord Stream i swoje linie transportowe. My wtedy zarobimy na tranzycie gazociągiem jamalskim, rurociągiem „Przyjaźń” i wożeniem węgla z Donbasu wagonami PKP „Cargo”.
Oczywiście, solidaryzując się w ten sposób z nieszczęsnym narodem ukraińskim.
Jarosław Kapsa
