Marek Jastrząb: Dokąd idziecie, panowie klerkowie?11 min czytania

()

05.04.2022

Na jednym z zaprzyjaźnionych portali internetowych znalazłem szumny inserat: nie publikujemy tekstów politycznych. Na innym znany krytyk zamieścił artykuł o apolityczności w branży literackiej i powiedział: „Sądzę, że żaden portal literacki nie powinien być upolityczniany”.

Nie powinien? Jak najbardziej powinien, bo jak świat światem literatura zawsze szła z polityką pod pachę. Bo cóż to jest POLITYKA? Z pewnością nie jest nią obecna karykatura: obskurancka sieć doraźnych intryg, plotek i partyjnych pomówień. Nie ma nic wspólnego z aktualną dyplomacją pętaków, ma jednak sporo wspólnego ze światopoglądowym ładem.

Być może ów znany krytyk miałby rację, gdyby nie milion pisarzy stojących w kolejce po sprawiedliwość, upaćkanych polityką, przenikniętych polityką, obsesyjnie, przymusowo poruszających się po jej interpretowaniu, po głośnym nawoływaniu do ustrojowych zmian.

W procesie upolityczniania literatury znajdujemy nazwiska nie byle hetek-pętelek: Honoriusz Balzak, Viktor Hugo, Emil Zola, Marcel Proust, Thomas Mann, Erich Maria Remarque, George Orwell, Aldous Huxley, Aleksander Sołżenicyn, a u nas Maria Dąbrowska, Zofia Nałkowska, Gustaw Herling Grudziński, Tadeusz Borowski, Jerzy Andrzejewski, Witold Gombrowicz, Sławomir Mrożek oraz wielu innych.

Powieść Victora Hugo (Człowiek śmiechu), najlepsze dzieło (obok Nędzników) potępiające społeczne dysproporcje pomiędzy szlachtą, arystokracją, nieuzasadnioną wielkopańskością, a plebsem, motłochem, szarakami pozbawionymi błękitnej krwi, to tylko jeden z przykładów na obecność polityki w literaturze.

A gdzie umieścić pacyfistów, Lwa Tołstoja czy Bertranda Russella? Albo co począć z kłopotliwym naturalistą – Emilem Zolą i jego namiętną obroną Dreyfusa (Oskarżam!)? Co zrobić z Proustem poświęcającym Dreyfusowi niejedną stronicę swoich powieści? Jak zaklasyfikować i docenić ponadczasową wymowę utworów Remarque’a (np. Na zachodzie bez zmian czy Łuk tryumfalny) lub jak poddać krytycznoliterackiej analizie prozatorski dorobek T. Manna odnoszący się do I Wojny Światowej? Czarodziejska góra dzieje się przecież w określonym czasie, dotyczy mentalnościowych zmian bohaterów i jest namiętnym oskarżeniem niemieckiej, ekspansywnej psychiki. Autor i główne postaci tej powieści mówią o polityce bardzo często; Castorp, Naphta, Settembrini, trzej towarzysze gruźliczej niedoli, toczą nieustanne sprzeczki i akademickie dysputy na jej temat.

Gdzie miejsce dla naszych literackich dysydentów publikujących poza cenzurą? Na zapleczu Historii? W jakiej przegródce ulokować Ernesta Hemingway ’a, korespondenta wojennego, uczestnika walk w Hiszpanii oraz dwóch wojen światowych i jego Komu bije dzwon? A do jakiej szuflady wtłoczyć Ryszarda Kapuścińskiego z mało znanym utworem Rwący nurt historii, czy Jerzego Pilcha z powieścią Marsz Polonia?

Warto przy tej okazji przypomnieć o działalności paryskiej „Kultury” Jerzego Giedroycia, o pisarstwie politycznym Cata Mackiewicza, o publicystycznej działalności Daniela Passenta, Jerzego Giedroycia, Juliusza Mieroszewskiego, Mieczysława Grydzewskiego.

Nie odmawiajmy im prawa do zabierania głosu. Nie zawężajmy spraw poruszanych przez literaturę, do opisów przyrody i miłosnych rozterek. Tak postrzegana twórczość byłaby czymś połowicznym, zredukowanym do egoistycznego obszaru ludzkiego myślenia. Obszaru, który sprawia, że rysuje się przed naszymi oczami wąski obraz człowieka. Jego fragment. Nie całość, ale wycinek.

Wymóg nieupolityczniania literatury jest co najmniej dziwaczny, a przede wszystkim nierealny on jest, bo nie tyle należy, co trzeba zgodzić się z tym, że skoro żyjemy i odczuwamy, to wszyscy, mały, duży, średni, siedzimy na politycznej beczce prochu. Co widać, słychać i czuć zwłaszcza teraz. Wszyscy jesteśmy wpierw obywatelami, a dopiero potem politykami lub politykierami. Lecz jako obywatele państwa, w którym przyszło nam żyć, chcemy mieć wpływ na jego kształt.

Dlatego buntuję się, gdy słyszę, że literaci nie powinni zajmować się polityką. Protestuję, bo posiadam własną historię literackich dokonań, subiektywną hierarchię zachodzących w niej incydentów; nie to mnie zachwyca, co na topie, lecz to, co mnie wzrusza: piękno, zachwyt, życie z ikrą, optymizm dodający sił, nie zaś pokraczne pływanie w bajorku z glutami. Nie ów proceder nazywany polityką.

Polityka kulturalna

W czasach obecnych turbulencji, pytanie o normalność jest nienormalne; przypomina pytanie wariata, czy nim jest. Otóż człowiek zapakowany w kaftan bezpieczeństwa, powinien być pominięty w obsadzaniu pedagogicznych stanowisk. Odsunięty od decydowania, jakie lektury są odpowiednie dla ucznia. Chwalić boga nie chodzę do szkoły wychowującej dziatwę według partyjnych recept. I na tym bym skończył, bo, mówiąc za Szekspirem, „reszta jest polityką”. A polityka, to smród dla wytrwałych.

Uwielbiajmy się powoli!

Po wyczynach rosyjskich bandytów na Ukrainie wcale mnie nie dziwi, że ten kraj postrzegany jest jako paskudnie dobry, łagodny i niemal przyjazny wobec tych, co kochają być lani po pysku. Lecz Putin i jego dworzanie to insza inszość. Całkowicie odwrotnie trzeba patrzeć na Gogola, Czechowa, Bunina, czy Bułhakowa. Jednak kiedy mowa o Dostojewskim, to byłbym ostrożniejszy. Podobnie, jak Sołżenicyn, który intelektualnie oklapł na stare lata, tak i on również sądził, iż Rosja winna dominować nad resztą globu. Oczywiście, to wielki pisarz, niemniej człowiek doszczętnie karłowaty. Dla Polaków zwłaszcza umiarkowanie przychylny. Tak że jestem niewyrywny z manifestowaniem totalnego entuzjazmu wobec niego.

Związek betonowych wrażliwców

Długi czas byłem zdania, że pisarze stanowią grupę ludzi połączonych wspólnym celem, a tym celem jest wzajemna pomoc. Że łączy ich coś w rodzaju porozumienia i życzliwości dusz. Ale stwierdziłem: takie myślenie nazywa się naiwność. Niestety, bardzo często zdarza się (np. między literatami), że tak zwani arystokraci ducha są małostkowymi kmiotami o naturze zawistników. Bezinteresowny był Boy, lecz to rzadkość. A w obecnych czasach – wada. Jednak wolę być naiwny niż egoistyczny dureń.

Wkrótce nadejdzie czas, gdy bezguście i niska jakość staną się normą. Pamiętający takie dziwne słowa jak zawodowa uczciwość dziennikarska, szacunek dla czytelniczej inteligencji, odpowiedzialność za publikowane słowa, wymrą, a na ich miejscu znajdą się ludzie wychowani na brykach, ściągach i internetowej papce, ludzie, którzy nie będą wiedzieli, kto zacz ów Dylan Thomas lub czym się je Cummingsa, co to kulturowa ciągłość, na czym polega kontynuacja dorobku, czym różni się ona od wiecznego rozpoczynania dawno przebytej drogi. Przyjdą barbarusy, nonszalanckie ludki pełne bełkotliwej swady, oszpecone naskórkową wiedzą o latach, gdy jeszcze nie istniała obecna łatwizna wypowiedzi, a pojawią się ze swoimi objawieniami, tekstami, receptami na literaturę. I znajdą czytelnika, i zostaną ich autorytetami, ponieważ czytelnik będzie taki sam głąb.

Pisarz

Niekiedy zdarza mi się wiedzieć to i owo. Niekiedy, bo coraz częściej przekonuję się, że nie wiem wielu rzeczy. Okazuje się, że istnieją pułapy erudycji. Jakieś limity wiedzy przyswajalnej przez mózg. Granice. Rubikony, po których przekroczeniu następuje przegrzanie glacy. Na szczęście wiem niewiele, ot, ledwie na pół gwizdka. Jak z tego wynika, pisarzem nie jestem, bo pisarzem jest Hugo, Mann, Gombrowicz, Lem, ludzie odznaczający się znaczną wiedzą i niewąskim dorobkiem. Nie mam dorobku poświadczonego wydaniem choćby jednej cegły, ergo, jestem tylko kandydatem na skrybę. Literackim czeladnikiem. Natomiast felietonowe ścibolenie, traktuję jako żonglerkę słowami, derywacyjną zabawę i oczywiście – hobby.

Kim jest pisarz?

Pytanie za worek dolarów. Pisarz to wykształcony gość parający się sensownym główkowaniem. Osobnik płci nadobnej lub niezgułowaty facio w zapoconych cynglach z piosenki Osieckiej „Okularnicy”. Krótko mówiąc, ktoś wrażliwy na piękno, miłość, dobre uczucia. A jednocześnie twardo stąpający po matuli ziemi. A jednocześnie umiejący trafnie opisywać swoje wrażenia z owego stąpania. Takim jegomościem był np. Balzak. W Polsce do nich zaliczał się Słowacki.

Jeżeli współczesny tekstoman potrafi wcielić się w uduchowionego realistę z „Okularników” Osieckiej, to za życia lub po – wejdzie na Parnas.

Sprawca

Nie ukrywam, że literatura francuska kręci mnie nad wyraz. Przyczyny zainteresowania tą twórczością upatruję w pożeraniu utworów mojego felietonowego Mistrza, Tadeusza Żeleńskiego – Boya. Był lekarzem z zawodu, a literatem z zamiłowania. Filar krakowskiego kabaretu Zielony Balonik, autor Słówek, aktor i tekściarz, wielbiciel teatru, nietuzinkowy recenzent sztuk wystawianych na deskach prowincjonalnych i w światłach snobistycznych ramp, niezrównany tłumacz i przybliżacz francuskich dzieł, walczący o mentalne równouprawnienie płci, wojujący zwolennik świadomego macierzyństwa i uzasadnionej aborcji, to zaledwie cząstka jego publicystycznych dokonań.

Felietonista; sprzed stu lat, a do dzisiaj aktualny. Pisał o sprawach związanych z kobietami. O ich roli w patriarchalnym społeczeństwie. Pisał o cywilnych rozwodach i kościelnych unieważnieniach małżeństw (Konsystorskie dziewice). O aborcji wykonywanej legalnie i czynionej pokątnie. O karach grożących za nienarodzoną śmierć. O losie dziecka niechcianego, a sprowadzonego na świat (Piekło kobiet).

Poruszane przez niego tematy, mimo upływu lat, nadal tkwią w tym samym miejscu i wciąż budzą zacietrzewione emocje. Pytanie, czemu, pomimo tyluletniego branzlowania dyskusyjnego powietrza, opisywane przez niego sprawy tkwią do tej pory w startowych dołkach, trąci nieznajomością naszych zaściankowych realiów. Jest takim, bo, zamiast rozwiązywać problemy, wolimy o nich rozprawiać. Międlić je i latami medytować o nich, jakbyśmy byli wieczni. Jak gdyby czas się zatrzymał i stulecie w tę lub stulecie w tamtą stronę, nie miało dla nas znaczenia.

Panta rei

Teraz nastała moda na obrazkowe wyrażanie uczuć. W przeszłości były sztambuchy. A dawniej kotyliony. A za parę mendli lat pojawi się nasz przyszły wnuk i powie, że te obrazki były wymysłem idioty. A za następne upływy czasu zabierze głos kolejny utyskiwacz i westchnie: dawniej, to były rajskie czasy! Nie to, Co teraz! Jednym słowem panta rei. Czyli jest, jak jest, panie dziejaszku i nic na to nie poradzisz; świat parszywieje od początku istnienia. Końca nie widać i to krzepi, bo z tego wynika, że jeszcze wiele pukania w dno przed następnymi pokoleniami.

Kolej rzeczy

Kiedy czytam artykuły o naszej rzeczywistości, trudno mi oprzeć się wrażeniu, iż świadkowie tęskniący za sielankową PRL, muszą poumierać po to, byśmy zaczęli doceniać korzyści płynące z nowego ustroju. Dokąd bowiem dychają ludzie pamiętający przeszłość, nigdy nie zakończą się tarcia o jej postrzeganie.

Dla jednych miniony czas był sielanką, która, z upływem transformacyjnych lat, stała się rozświetlonym okresem zaniechań, pomyłek i niedoróbek: czasem, przemalowanym na ekskluzywny kolor biegunki. Innym natomiast nie pozostało nic innego, jak zasilić szeregi frustratów i taplać się w zezowatych optykach: wbrew nawoływaniom do uciechy z byle czego.

Szara strefa literatury

Nie łudźmy się: większość pisarzy odwala robotę na czarno. Począwszy od publikowania tekstów za Bóg zapłać, a skończywszy na wydawaniu książek własnym przemysłem. Przy czym warto pamiętać, że teksty bezpłatne mają zazwyczaj wartość ceny. To znaczy, od utworów pisanych za darmo, nie można zbyt wiele wymagać.

Są jednak pasjonaci dbający o wysoki poziom swoich periodyków i za nic w świecie nie opublikują byle czego. Potrafią zainspirować autora, wymóc na nim, by zamówiony tekst miał ręce i nogi i nie był gniotem. Lecz to rasa niedzisiejsza, ginąca w natłoku chałturzystów.

Tym bardziej należałoby ją hołubić, doceniać, że jest, że jej się chce, że choć jest ich coraz mniej, to przecież są. Są animatorami, ludźmi utrzymującymi własnym kosztem własne pisma. Zamieszczającymi w nich artykuły trzymające poziom. W małostkowych umysłach powstaje natychmiast pytanie: a co on/ona z tego ma?

No właśnie. Można to pytanie rozwinąć: a co miał Zenon Miriam Przesmycki z przybliżenia sylwetki Norwida? Idąc za ciosem, zapytać też trzeba o korzyści Tadeusza Żeleńskiego – Boy ’a z wydobycia na dzienne światło Jakuba Wojciechowskiego, robotnika – literata? A jakie czerpał korzyści ze swojego wydawnictwa? Z bycia społecznikiem? Lub co miał Choromański, pomagając kelnerowi Tadeuszowi Kurtyce stać się pisarzem Henrykiem Worcellem? Lub Zofia Nałkowska, umożliwiając literackie zaistnienie Brunonowi Schulzowi?

Mikro mózgi współczesnych węszycieli nie są zdolne pojąć działań podyktowanych bezinteresownością; altruizm przekracza ich potencjały rozumowania. Coś tak bzdurnego, jak miłość do szukania, odkrywania i pomagania talentom (w obojętnie jakiej dziedzinie artystycznej twórczości), jest dzisiaj niebezpiecznym procederem, bo człowiek obdarzony Bożą iskrą stanowi dla nich zagrożenie. Konkurencję do ewentualnych zysków.

Nagrody naszych dni

Falowanie czasu odciska się na stylu życia. Rzeczywistość wtyka nos we wszystkie dziedziny. Zmienia je i to niekoniecznie na lepsze. Sport na ten przykład był onegdaj szlachetny, wykonywany po amatorsku i honorowo. To znaczy, nie mówiono, za ile opłaca się grać. Nie ględzono o transferach i biletach. Obyczaje zepsiały na zicher i gdzie nie spluniesz, tam spod gleby wyziera tandeta. Światem włada Obywatel Kasiora. Razem z siostrunią reklamą i cioteczką polityką rozpościera się w naszej świadomości nader bezczelnie. Więc nie dziwmy się, że ze wszystkich stron zajeżdża gnojowicą.

Marek Jastrząb

Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

źródła obrazu

  • jastrzab: BM