22.04.2022

Ogółowi, a w szczególności politykom, zadać można proste pytanie. Jeśli, dziś w Polsce, wszystkim podniesiemy płace, emerytury, renty, zasiłki itd., o 20%, to czy wszyscy będą bogatsi i szczęśliwi, żyć im się będzie lepiej i radośniej? Odpowiedź zależna będzie nie tylko od wykształcenia, ale i od sumy doświadczeń życiowych.
Starsi, pamiętający czas schyłku PRL, wiedzą jak to może działać. Wraz z 20% podwyżkami płac nastąpi podwyżka cen. W najlepszym wypadku będziemy równie realnie biedni, jak przed tym. Inflacja jest wrednym zjawiskiem, bogacić się będą ci bogatsi, którzy, mając w sobie żyłkę kombinatorstwa, potrafią łapać ryby w mętnej wodzie. Życie biednych, a zwłaszcza niezaradnych, będzie coraz nędzniejsze. O sprawiedliwości społecznej w warunkach inflacji nie ma mowy. Dlaczego więc ci, którzy chcą zwiększać inflacje, nazywają siebie „wrażliwymi społecznie”?
Powyższą uwagę można uznać za przytyk do nowego programu Koalicji Obywatelskiej, ogłoszonego przez Donalda Tuska. Zaspokajanie potrzeb społecznych drukiem pieniędzy nie jest programem nowym. Tusk, pamiętający, z jakich przyczyn Balcerowicz musiał w 1989 r., wprowadzić swój program, prawdopodobnie zdaje sobie sprawę ze skutków pseudoekonomicznych szaleństw. Są tylko dwa wytłumaczenia tej monetarnej erupcji: 1) KO nie planuje w przewidywalnej przyszłości przejmować władzy, zatem odpowiedzialnością nie musi się przejmować; 2) KO w ten sposób „testuje” rząd: niech Morawiecki udowodni, że jest bardziej od nas wrażliwy społecznie. Jeden i drugi powód potwierdza ludowe przekonanie, by dzieciom do ręki nie dawać zapałek.
Rozumiem: dla polityka celem jest władza, wszystko inne środkiem do celu. Ale nawet polityczna zabawa powinna być ograniczona zdrowym rozsądkiem.
Nie Tusk zaczął tę zabawę. ZjedPraw z testowania uczynił niekończącą się opowieść. Wojna w sąsiedniej Ukrainie, zamiast uczyć pokory, stała się dodatkowym bodźcem testowania. Najpierw wymuszono szantażem przyjęcie ustawy o obronie Ojczyzny (bo i jak głosować przeciw obronie Ojczyzny), zawierającej puste deklaracje o zwiększeniu wydatków na wojsko. Potem przedłożono projekt zmian Konstytucji, by owe puste deklaracje „urealnić”, znosząc „bezpieczniki” przy zadłużaniu Polski. I bądź tu mądrym patriotą, pytaj sam siebie: czy państwo doprowadzone na skraj bankructwa finansowego może być silne militarnie… Też mogę sobie na kredyt kupić czołg, tylko co mi po tym żelastwie skoro mnie nie stać na paliwo i amunicję…
Konstytucję 25 lat temu pisali i uchwalili ludzie mający w żywej pamięci przyczyny upadku PRL. Doświadczenie tego było tak przekonujące, że zacierało różnicę postsolidarnościowcy-postkomuniści. Multum artykułów konstytucyjnych powstało w wyraźnej polemice do realiów życia w „państwie ludowym”. Taki też charakter ma cały rozdział X Konstytucji o finansach publicznych (art. 216-227). W nim zapisano podważany współcześnie nakaz: „Nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których państwowy dług publiczny przekroczy 3/5 wartości rocznego produktu krajowego brutto” ( art. 216 ust 5). Ponieważ dziś liczy się narracja, to i w tym przypadku narzuca się ble-ble-przekonania o źródle tego przepisu. Uznaje się go nawet za koronny dowód „neokolonializmu”, narzuconego z zewnątrz „monetaryzmu”. Zatem cierpliwie trzeba przypominać, że Polska w latach 80. nie była w stanie spłacać zaciągniętych przez Gierka pożyczek. Przepis konstytucyjny jest więc wynikającą z doświadczeń historycznych, próbą obrony kolejnych pokoleń przed egoizmem rządzącego pokolenia.
Długi mają to do siebie, że ktoś je musi spłacić. Niestety, ten obowiązek spada czasem na dzieci lub wnuki.
Są czasami sytuacje przymusowe, uzasadniające wymuszoną solidarność pokoleniową. Zaciągnięcie długoletniego kredytu hipotecznego na zakup mieszkania tłumaczyć można faktem, że spłacające go nasze dziecko będzie miało gdzie mieszkać. W podobny sposób tłumaczyć możemy zaciągnięcie długu na potrzeby obronności państwa. Bez tego Polska paść może ofiarą agresji, a tym samym nasze dzieci utracą możliwość korzystania z dorobku poprzednich pokoleń. Mając w pamięci, że w XVIII w. więcej wydawano na wino niż na karabiny i wiedząc, jak się to skończyło, trudno odmówić racji temu argumentowi.
Powtórzmy jednak: państwo, finansowy bankrut, nie jest silne militarnie. Jeżeli jesteśmy odpowiedzialni to szukajmy rozwiązań innych niż zaciąganie długów na rachunek dzieci i wnuków. Zagrożenie jest realne, ludzie są tego świadomi, godzić się mogą na ponoszenie ciężaru z tym związanego. Można więc finansować uzbrajanie wojska podnosząc w tym celu podatki. Można także osiągnąć wysoki poziom wydatków na zbrojenia dokonując odpowiednich przesunięć w ogólnych wydatkach państwa. Zamiast kopać kanał przez Wiślaną Mierzeję, kupić jakiś pływający okręt broniący naszego wybrzeża. Zamiast realizować giga-projekt lotniska pod Baranowem, wydać pieniądze na budowę systemu obrony powietrznej. Zamiast budować nowy dworzec we Włoszczowie – kupić czołg. Zamiast rozdawać bogatym 500 zł na dziecko, wydać na karabiny i amunicję do nich. Ludzie są świadomi zagrożenia, pewnie zgodziliby się na taką zmianę polityki rządu.
Ale jeśli chcemy dalej budować giga-kanały i giga-lotniska, jeśli chcemy nadal kupować głosy wyborców, to nie udawajmy, że w zmianie Konstytucji chodzi o obronność. Będziemy zaciągać dług i na Baranów i na Abramsy. Dzieci jak dorosną niech się martwią jak spłacić nasze fantazje.
Dzieci też martwić się będą, czy to, za co przyjdzie im płacić, ma lub miało jakąś wartość.
Życie potwierdza regułę, że najmniej odpowiedzialnie i rozsądnie wydaje się cudze pieniądze na cudze potrzeby. Wyjątkowe i rzadkie są przypadki, gdy inwestycje rządowe poprzedzane są sporządzeniem solidnego rachunku, dowodzącego, kiedy wydatki się zwrócą i zaczną przynosić zysk. Taki prosty rachunek robi dziś większość prywatnych inwestorów kupując samochód lub lodówkę. Podejrzewam, że taki racjonalny rachunek robi także minister lub premier, kupując coś sobie prywatnie. Ale budując za cudze pieniądze lotnisko, czuje się on zwolniony z potrzeb rachowania; matematykę zastępuje fantazyjnym domniemaniem „potrzeb społecznych”. Na obronność można zadekretować 1% PKB albo i 3%; nie zrobi to żadnej różnicy, jeśli inwestycje w zbrojenia czynić będziemy na modłę wielkich inwestycji transportowych, energetycznych, takich, siakich i owakich, dyktowanych sercem i potrzebami społecznymi. W roku wojny największą naszą inwestycją zbrojeniową (realizowaną, a nie tylko zapowiadaną) jest budowa płotu na granicy z Białorusią. Czy jak wydamy na to 1,6 mld zł, to poczujemy się zbiorowo bezpieczniejsi ?
Rydz-Śmigły miał plan strategiczny jak wygrać z Hitlerem; plan tak tajny, że we wrześniu 1939 r. nikt go nie znał; i nie poznał. Dziś też mamy wiele strategii, planów, programów zbrojeniowych, tak tajnych, że skrywać mogą piramidalne głupoty. Politycy testują się nawzajem, mogą więc z przyzwyczajenia testować społeczeństwo. Wystarczy drobny szantaż: jesteś patriotą, daj nam pieniądze byśmy mogli obronić cię przed Putinem; jesteś patriotą, to ufaj nam w ciemno, bo my jesteśmy rządem patriotycznym…
Może jestem, może nie jestem patriotą, ale pewnie nadmiernie opiłem się herbatki bostońskiej. Jak rząd chce moich pieniędzy, niech precyzyjnie mówi, na co i po co… I nie życzę sobie, by ktoś fortelem ograbił moje wnuki. Inaczej nie ma sensu ta cała Rzeczpospolita, zamieniana w plac zabaw politycznych.
Jarosław Kapsa
