Jarosław Kapsa: Demokracja klientystyczna7 min czytania

26.06.2022

W urzędach miast uważane jest za pewnik, politycy rzecz traktują jeszcze w formie „gdybania”: wybory do organów samorządowych zostaną przesunięte, odbędą się ponoć wiosną lub jesienią 2024 r. Projektu ustawy w tej sprawie nikt nie widział, ale „wszystkowiedzący” prezes PiS Jarosław Kaczyński, w swoim mętnym stylu problem zasygnalizował.

.

Powodem przesunięcia wyborów ma być zbieżność czasowa: jesienią 2023 r. kończą się zarówno kadencje rad samorządowych, jak i parlamentu. Zdaniem Państwowej Komisji Wyborczej nie jest możliwe organizowanie w tym samym dniu różnych gatunkowo wyborów; wiążą się tym inne zasady powoływania komisji wyborczej, inny kalendarz, inne dopuszczalne reguły finansowania kampanii. Przyznać trzeba ze skruchą: demokracja jest kosztowna i wymaga wysiłku organizacyjnego.

Można więc uprościć sprawę wprowadzając zasadę: wybory organizowane są wtedy i tylko wtedy, gdy służą interesowi partii politycznej.

Gdybyśmy tą regułą chcieli wytłumaczyć wydłużenie kadencji parlamentu, pewnie pojawiłby się krzyk oburzonych. W sprawie samorządu raczej cicho, a przecież suweren przemawia nie tylko w sprawach ogólnopaństwowych, ale także chce i powinien mieć wpływ na swoje sprawy lokalne i regionalne. Upierać się będę, że ta wola wpływu suwerena na sprawy lokalne ma dla dobra państwa znaczenie istotniejsze.

Trudno wymagać, by naród podejmował większością głosów racjonalne decyzje w sprawach o wysokim poziomie skomplikowania (polityka zagraniczna, obronność, polityka energetyczna itd.); za to „u siebie” zauważa, definiuje i trafnie wskazuje rozwiązanie wobec problemów nękających lokalną wspólnotę oraz, równie trafnie, ustala kierunek zagospodarowania własnej przestrzeni bytowania. Nawet jeśli mylę się grzesząc optymizmem, to i tak nie ma powodów, by lekceważyć wolę suwerena decydowania o swych sprawach lokalnych. Określona z góry kadencyjność wybieranych władz służy suwerenowi, ustala jasne reguły gry, stanowi podstawę umowy między wybierającymi a wybieranymi.

Dyrektor biura Związku Miast Polskich Andrzej Porawski, samorządowiec ze stażem od 1981 r., wyraźnie podkreślił precedensowość planowanego przedłużenia kadencji. Politycy wskazywali sytuację z 1998 r., gdy „przedłużenie” wiązało się z wprowadzaniem samorządu na szczeblach powiatów i województw.

Nie jest to właściwy przykład: w 1998 r. kadencja rad gmin wygasła po czterech latach od wyborów: 18 czerwca 1998 r.; wydłużono jedynie z 60 do 120 dni okres między „wygaśnięciem” „starej” rady a wyborem „nowej”; powierzając na ten okres zarządzanie sprawami bieżącymi wybranym wcześniej zarządom gmin. Rozwiązanie to wprowadzono w uzasadnionej reformami sytuacji, poprzedzając konsultacjami ze stroną samorządową.

Drugim przykładem „przedłużenia” była wprowadzona ustawą z 2018 r., zmiana długości kadencji z 4 do 5 lat. Było to tłumaczone koniecznością „skrócenia”: wybrani bezpośrednio wójtowie, burmistrzowie i prezydenci nie mogli pełnić władzy dłużej niż dwie kadencje.

Ten przykład „przedłużenia” z 2018 r. pokazuje całą pokrętność rozmaitego dłubania przez polityków z centrum w zasadach wyboru władzy „na dole”.

Przed kilku laty politycy z PiS i PO nie różnili się w potępianiu „wieczyście” rządzących prezydentów i wójtów, wskazywali niebezpieczeństwo tworzenia się lokalnych klik. Receptą miało być ograniczenie liczby kadencji: „stare” sitwy zastąpione być mogły nowymi. Ponieważ projekt spotkał się z oburzeniem wójtów (wśród nich były takie gwiazdy jak rządzący ponad 40 lat wójt Wręczycy) i prezydentów (tu też nie brakowało wybranych w początkach lat 90.), zdecydowano o kompromisie: zasada obowiązywać miała od chwili wprowadzenia, a kadencję wydłużono do 5 lat. Zatem wybrany w 1990 r. wójt ze „starej sitwy” może porządzić 38 lat; „nowym sitwom” takich szans nie dają.

Zgodzić tu się można, że kliki i sitwy w samorządach istnieją. Działania zaradcze stosowane przez partyjnych polityków z centrum, na przekór intencjom, owe kliki wzmacniają. W moim mieście prezydent dysponuje zdecydowaną większością w Radzie, tworzoną przez radnych, których zatrudnia na intratnych posadach. W teorii są przepisy „antykorupcyjne”: nie może być w radzie osobnik zarządzający miejską jednostką albo przedsiębiorca prowadzący z miastem interesy (np. wynajmujący lokal sklepowy); ustawa czyni jawnymi oświadczenia majątkowe, radny nie może głosować w sprawach dotyczących swojego interesu itd.

W praktyce da się to wszystko ominąć: stworzyć w miejskich jednostkach dobrze płatne stanowiska pod gust radnych; w oświadczeniach nie muszą podawać miejsca zatrudnienia; kto się przyczepi, że pracownik szpitala miejskiego zagłosuje za zwiększeniem dotacji dla swojego miejsca pracy. Skoro jawnie i wzorcowo trwa korupcja polityczna w parlamencie, to czego chcieć od rad samorządowych?

Kultura codzienna ukształtowała nas w duchu interwencyjnego centralizmu. „Na dole” sitwy, korupcja, nepotyzm – rozbić je może tylko „odważny” dziennikarz (prokurator, śledczy CBA itd.) ze stolicy, wsparty przez światłych polityków z centrum. Rzeczywistość widzimy często tak, jak ktoś ją dla nas kreuje. Wykorzystuje się zatem naszą niewiarę w umiejętność samoorganizacji, po to, by nas jeszcze bardziej uzależnić.

Pisałem już o uzależnieniu materialnym, o pozbawieniu samorządów zdolności wykonywania zadań własnych na własną odpowiedzialność i w sposób określony przez mieszkańców. Zadać sobie też należy pytanie, czy ingerencje polityków z centrum nie doprowadziły do ograniczenia w sprawie podstawowej: wolności wyboru swoich reprezentantów w organach samorządów.

Czy wybory do rad są faktycznie demokratyczne? Powołując się na zasady Roberta Dahla odpowiedzieć możemy: nie. Duże partie polityczne wspierane są środkami budżetowymi, na starcie mają materialną przewagę nad lokalnymi komitetami; dysponują także większymi możliwościami dostępu do mediów publicznych. „Dużym” sprzyja ordynacja obowiązująca w większych miastach, powiatach i województwach: głosy przeliczane są wg systemu d’Hondta, wymagane jest przekroczenia 5% progu wyborczego. A nade wszystko tym „dużym” sprzyja ograniczenie liczby radnych.

I znów tu wspomnieć trzeba o hipokryzji polityków centrum. Zohydzono rady samorządowe, wytykano koszt utrzymywania rzeszy radnych, przedłużające się dyskusjami procesy decyzyjne, prowincjonalny folklor sporów „o pietruszkę”. Dla oszczędności zmniejszono w 2001 r. liczbę radnych o połowę.

Efekt odczuwalny – eliminacja z rad dużych miast, powiatów i województw społecznikowskich ugrupowań lokalnych. Drugi efekt odczuwalny – dominacja w radach interesu centrum nad peryferiami. W województwie śląskim sejmik samorządowy liczy mniej radnych niż jest posłów wybieranych z tego województwa; trudniej zatem być wybranym radnym niż parlamentarzystą. „Wysoki próg” wejścia do Sejmiku wyeliminował stowarzyszenia regionalne nawet tak istotne, jak Ruch Autonomii Śląskiej, Związek Górnoślązaków, bezpartyjne stowarzyszenia z Częstochowy, Zagłębia i Bielska-Białej; regionem rządzą wyłącznie duże, scentralizowane partie polityczne.

Podobnie to wygląda w miastach. Nie ma szans na mandat radnego Częstochowy przedstawiciel stowarzyszenia miłośników Mirowa, Kiedrzyna czy Rakowa; dzielnice, zachowujące tradycje własnej tożsamości, przestały być reprezentowane. W miastach liczą się tylko partie, ewentualnie prezydenckie koterie władzy. Radny odczuwa bardziej lojalność wobec swych partyjnych władz niż wobec swoich wyborców.

Może przy „bezradności” kupionych radnych władza wykonawcza działa skuteczniej…

Ale czy lepiej ? Widoczne są straty, niewymierne, ale dla lokalnych organizmów ważne. Mieszkańcy stracili poczucie wpływu na własne sprawy. Nie czują się współgospodarzami gminy, miasta, powiatu czy regionu. Są klientami oczekującymi co im władza da... A ponieważ „daje” centrum, rząd „buduje” dla wspólnot lokalnych drogi, kamienice, hale sportowe i strzelnice, to i burmistrz lub wójt stają się reprezentantami klientów, ocenianymi za skuteczność antyszambrowania w przedpokojach władzy w celu pozyskania jej łaski i pieniędzy.

Może to taka nasza narodowa tradycja. Przecież demokracja szlachecka, demokracja „sanacyjna”, demokracja PRL, były demokracjami klientystycznymi. Taką mamy genetycznie ukształtowaną świadomość, że wolność nas boli.

Jarosław Kapsa

Print Friendly, PDF & Email
 

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo