04.08.2022
Od pewnego czasu z dużym zaciekawieniem śledzę spór między uznanymi prawnikami, prof. Marcinem Matczakiem i prof. Wojciechem Sadurskim. A ściślej rzecz ujmując, przyglądam się jak prof. Sadurski pokazuje miałkość argumentów prof. Matczaka.
Matczak, zakładając zwycięstwo opozycji, zatroskał się o sędziów tzw. Trybunału Konstytucyjnego kierowanego przez mgr Julię P. Na co Sadurski przytomnie zauważył, że członkowie tego organu od chwili, gdy swoimi nazwiskami firmują bezprawie nie tylko zdominowanej, ale i ręcznie sterowanej przez PiS nie mają prawa nazywać się sędziami i przy najbliższej okazji powinni się pożegnać z intratnymi posadami i odejść; w niesławie zresztą.
Matczak zarzucił Sadurskiemu głoszenie odpowiedzialności zbiorowej i postulowanie mściwych praktyk gorszych od tych PiS-owskich. Z kolei Sadurski przytomnie zauważył, że w swoim postulacie mówi o odpowiedzialności konkretnych ludzi, którzy od 2017 roku dopuszczają się bezprawia i to za to powinni ponieść odpowiedzialność cywilną.
Nie jestem prawnikiem i zapewne prostacko uprościłem subtelności wywodu prawniczego. Naszła mnie jednak niewesoła refleksja. Skoro tak przytomny i krytyczny prawnik jak prof. Marcin Matczak nie widzi tak prostych spraw, jak sankcjonowanie bezprawia przez konkretne osoby, a co więcej swoim autorytetem zdaje się rozmywać elementarne poczucie przyzwoitości, to coś złego zaczyna się dziać z naszym postrzeganiem rzeczywistości.
Nie rokuje to dobrze na przyszłość naszej debaty publicznej nawet po przegranej PiS.
Jak widać, zamulenie podstawowych spraw dokonuje się w najlepsze i to przy użyciu języka prawniczego. Nie muszę dodawać, że to samo obserwuję w języku religijnym, po 1989 roku zawłaszczonym przez jedno wyznanie chrześcijańskie, które bezprawnie utożsamiło swój interes z religią. A tych, którzy nie godzą się na takie uroszczenie, piętnuje jako szkodników i nihilistów.
Myślę, że nie powinniśmy się godzić na takie niszczenie języka i robić wszystko by pojęciom używanym w przestrzeni publicznej przywrócić ich pierwotne znaczenie. Krótko mówiąc, musimy nazywać prawdę prawdą a fałsz fałszem.



Nie trudno zauważyć, że od pewnego czasu (nie tak znów krótkiego) tytuł magistra ożywany jest w funkcji inwektywy. Nielubianym politykom/adwersarzom dopisuje się przed nazwiskiem “mgr” lub “magister”. Tak było z Jerzym Stępniem, tak jest z Julią Przyłębską. Co bardziej ambitni i utytułowani polemiści do deprecjonujących tytułów dorzucają “doktora niehabilitowanego” – wspólczesny odpowiednik “marcowego docenta”, którym wyszydzało się awansowanych bez lub przed habilitacją naukowców w PRL.
Bardziej lub mniej przekonujące uzasadnienia tych uszczypliwości nie zmieniają faktu, że mamy tu do czynienia z wyższościowym wyszydzaniem. Które, nota bene, uderza we wszystkich magistrów i doktorów bez habilitacji.
Obawiam się, że Matczak może mieć rację (ale szczegóły techniczne musiałaby wyjaśnić pani Łętowska. Jedno pewne powrót do państwa prawa musi oznaczać poszanowanie prawa, nawet kiedy jest to odczuwane przez nas jako niesprawiedliwe. Oczekiwanie, że orzeczenia prawne będą zawsze zgodne z naszym poczuciem sprawiedliwości to ludowa sprawiedliwość, a tego akurat nie chcemy.
Co do mgr to żadna inwektywa, po prostu po skończonych studiach zostaje się magistrem.
Oczywiście. Dlatego nie ma potrzeby tego podkreślać..
Istnieje sposób komentowania, który odwraca uwagę od istoty problemu. Tak jest w przypadku podniesienia nie-problemu mgr Julii P. Wspomniałem jej tytuł tylko dlatego, ze to robi w swoich tekstach konsekwentnie prof. Sadurski zwracając uwagę na brak kompetencji rzeczonej mgr do rozwiązywania skomplikowanych problemów legislacyjnych. Podkreśla tez fakt, ze zostało umieszczona na tym stanowisku przez partyjnych decydentów którzy chcieli mieć pewność, ze będzie biernym, miernym ale wiernym żołnierzem na wyznaczonym przez partie odcinku. Warto wiec o tym dyskutować, a nie podnosić sztuczny problem czy tytuł mgr upokarza czy nie upokarza. Uprasza się wiec szanowna polemistę by podnosiła problemy ad rem a nie ad personam.
Niestety wydaje mi się, że jeśli po odejściu PiS od władzy zastosujemy pisowskie metody działania w stosunku do prawa, to nie wrócimy do państwa prawa a umocnimy praktykę Pawlaka z Samych Swoich o „prawo – prawem, ale sprawiedliwość musi być po nasze stronie”. Na to zresztą liczy PiS, że mimo odsunięcia od władzy tyle instytucji zostanie obsadzonych przez pisowskich nominatów, że dalej niepisowski rzad będzie miał związane ręce. Trzeba przyznać, że to rzeczywisty i poważny problem.