15.08.2022

O ile ciekawiej byłoby na (jakichkolwiek) lekcjach, gdyby prowadził je pasjonat omawianej dziedziny! Nielukrowany miłośnik „nagiej prawdy”, szperacz po literackich, historycznych, geograficznych smaczkach, cymesach uatrakcyjniających i wzbogacających suchy, pompatyczny wykład z tych dyscyplin! Ciekawej? Dla niektórych byłoby wtedy rażąco źle! Sprzecznie z dyrektywami! Szczególnie dla dydaktyków idących do tego zawodu z przyczyny braku powołania! Dla belfrów ślepo zapatrzonych w regulaminy, programy, wytyczne.
Fanatyków umiejących zarazić swoim zamiłowaniem, jest niewielu. Przeważnie gros nauczycieli nie kwapi się do wychylania z inicjatywą. Odbębnia lekcję, ograniczając się do sztywnego trzymania się płota, czyli programu. Przekazuje uczniom wiedzę wolną od zdawania kłopotliwych pytań. Wyzwoloną z obiekcji.
Ze strachu przed kuratorami oraz hamulcowymi rozporządzeniami ministra ciemnoty, nauczyciele godzą się na chodzenie w kagańcu. Z obawy przed utratą stanowiska, kulą się i drżą pod tępym wzrokiem kuratora. Trzęsą portkami przed malowanym dyrem. Ubezwłasnowolnieni, poddawani menowskim presjom, zależni od rodziców zakazujących dzieciom samodzielnego wyboru życia, zgadzają się na każdą głupotę. I tak powstaje pinakoteka pedagogicznych nonsensów.
Dążenie do chwilowego sukcesu decyduje o losie małolata. Od wyrośnięcia mlecznych zębów po inauguracyjne golenie, zapowiedź przyszłego człowieka przebywa w środowisku narzuconym jako wzór do naśladowania i świecie wyobrażonym przez ludzi dorosłych; pozbawionym dzieciństwa, gdyż na dzieciństwo nie mają czasu.
O tym, dlaczego dzieje się tak właśnie, decydują testy i rankingi promujące działania pozorne, nazywane WYŚCIGIEM SZCZURÓW. A przecież o wiele słuszniejszym rozwiązaniem byłoby odejście od niepotrzebnej rywalizacji i promowania konkurencji wśród uczniów: zastosowanie metody szwedzkiej. Ideą systemu edukacyjnego Szwecji jest hasło, że nikt nie powinien pozostawać w tyle i każdy musi mieć takie same możliwości rozwoju.
Rywalizacja prowadzi często do działań nie nazbyt etycznych, do posługiwania się donosicielstwem, intrygami, pomówieniami, wszelkimi cuchnącymi sposobami umożliwiającymi dzielenie ludzi według ideologicznego kaprysu, a osiągnięcie zwycięstwa dzięki przerostom aspiracji nad możliwościami, decyduje o umiejscowieniu w hierarchii szczurów; im większy intrygant, tym lepsze jego profitowe umocowanie.
W naszym szkolnictwie mamy nieprzyjemność obserwowania, w jaki sposób niszczy się i wypacza indywidualny charakter młodych ludzi. Jak, dbając o najlepsze wykształcenie przyszłych decydentów, nie dba się o to, by zdobyta wiedza zalegała w nich dłużej, niż przelotnie; to, że w momencie testu, czy zdawania egzaminu, uczeń WIE i ZNA odpowiedź, nie oznacza, że będzie o tym pamiętał po tygodniu.
Winni są przeważnie rodzice: bezkrytycznie i dla świętego spokoju zgadzają się na płaskoziemne banialuki. Starają się zrekompensować swoje niepowodzenia kosztem dzieci. Szkoła zaś nie poczuwa się do winy żadnej. Nie zależy jej na przekazywaniu wiedzy pamiętanej przez ucznia przez tylko podczas egzaminu, gdyż dla szkoły liczy się wynik. Prestiżowe miejsce na uczelnianym pudle.
Pisząc o wychowaniu, zdaję sobie sprawę, że nie odkrywam Ameryki i że są to prawdy od lat sterane pustosłowiem. Truizmy. Na szczęście faszynuje mnie inny problem. Jeszcze dyskusyjnie niewyeksploatowany. A mianowicie ten, że skoro istnieje w „narodzie” powszechne przekonanie o wysokim poziomie naszego szkolnictwa, to skąd mamy aż tylu kretynów z profesorskim cenzusem (kto im nadaje naukowe tytuły?) piszących hitowe podręczniki? Fachmanów od zasuwania głodnych kawałków o nietoksycznej Odrze? Sasinowych wyroczni od szerzenia prymitywizmu? Czarnków od edukacji dzieci niezgodnych z boskimi przykazaniami? Słowem: głupków w rządzie?
źródła obrazu
- jastrzab: BM

Ich nie sieją. I, niestety, nie plewią.