Marek Jastrząb: Dzień świra2 min czytania

()

11.12.2022

Adam Miauczyński, damski bokser wagi scenariuszowej, mizdrzy się do wspomnień o swojej pierwszej miłości. Na myśl o niej pociąga nosem. Obarcza ją winą za własne błędy. Ją, matkę, swoje dzieciństwo pod wiatr. Postać zagubionego Adasia jest bezwolna. Niby chce inaczej żyć, ale inaczej żyć nie umie; poprzestaje na utyskiwaniu. Toczy pianę z jamy gębowej, ale jest to piana Kalego.

Bohater to spełniony nieudacznik, autor pierwszej (i jedynej) linijki wiersza, notoryczny egoista opędzający się od cudzych wad, a niedostrzegający swoich, walczący z nimi jak sędziwy ratlerek. W godzinach pomiędzy warczeniem na wszystkich i wszystko, co się szwenda po ekranie, tokuje jak rzewny głuszec. A w przerwach na regeneracyjne populistyczne refleksje w toalecie psioczy na swój los. Los sprokurowany na życzenie transformacyjnych czasów.

Bohater rzeczonego arcydzieła, namiastka znerwicowanego człowieka, sewrski model udający wrażliwego polonistę, a w istocie histeryczna kreatura o płci ślamazarnej – moralna łajza w spodniach uwierających w kroku, w galotach tak ciasnych, że zmuszających go do nieustannej, rytualnej gimnastyki na kanapie, pedagog klnący jak przysłowiowy szewc, prowadzi żywot zdegustowanej ofiary. Chronicznego nerwusa, który potrafi tylko złorzeczyć, wrzeszczeć, gderać. Wegetuje siłą rozpędu, z przyzwyczajenia do zrzędzenia; włóczy się po życiu bez wyraźnego powodu. Przeklina co chwilę. Wypuszcza z siebie słowa ogłupiałe od wulgarności. Strzyka bluzgami jak dziadzio Kałasznikow pestkami, lecz w niczym nie przeszkadza mu to w gadaniu, że trzeba być subtelnym, taktownym, że należy szanować bliźniego.

Kiedy omawiając twórczość Mickiewicza – zamiast entuzjazmu dla swady, z jaką mówi o naszym narodowym poecie – nadziewa się na pierdzącą dezaprobatę klasy, zafascynowanej własną bylejakością przeżyć, zaczyna rozumieć, że przegrał, że jego krasomówcze, bogoojczyźniane popisy natrafiają na mur. Na mur, na ścianę; są niczym perły ciskane przed wieprze.

Był to film pokazujący nasze zaprzepaszczone marzenia i zmarnowane tych marzeń – owoce.

Bolesny w odbiorze. Dojmujący, ale prawdziwy. Pokazujący nasze niekonsekwencje. Dwuznaczne mankamenty; hipokryzję naszych oczekiwań, nadziei związanych z dokonywanymi zmianami. Grupowy portret naszej anemicznej kondycji. Współczesny krajobraz po bitwie. Rozpaczliwy, symboliczny, zaledwie naszkicowany konterfekt świra powszechnego, skomasowanego, pojawiającego się na ekranie w liczbie przekraczającej wszelkie możliwe granice.

Krótko mówiąc, był to wspaniały film o nas, o życiu zafajdanym przez dobre chęci. O drodze donikąd; reportaż z nieistnienia. Poglądowy, przerysowany obraz informujący, w co wleźliśmy, co oblepiło nam mózg, czym zostaliśmy negatywnie zauroczeni…

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

źródła obrazu

  • jastrzab: BM