Jarosław Kapsa: KPO w krainie bajki6 min czytania

()

16.12.2022

To nie szantaż złego pana Ziobry powoduje zablokowanie środków z KPO. I nie jest też tak, że problem stanowi Komisja Europejska, wspierana przez „antypolską” opozycję, domagająca się kontroli nad suwerennymi decyzjami polskiego rządu. Nie jest też tak, że jedyną przeszkodą jest nieudaczna reforma sądownictwa. Poruszamy się w krainie bajek. Środki z KPO nie płyną do naszego kraju, bo ich nie chce Jarosław Kaczyński.

Politycy z Brukseli przyzwyczajeni są do ucierania trudnych kompromisów uwzględniających stan „zwierzyńców” w 27 różnych krajach. Polskie dąsy suwerennościowe nie są niczym dziwnym, bardziej nieprzewidywalne są Włochy, liczyć się trzeba z przeżartą do cna korupcją polityką grecką. Istnieje świadomość, poparta wyliczeniami: transfer środków europejskich do Polski przynosi w takim samym stopniu korzyści naszemu krajowi, jak i całej UE. Wbrew propagandzie największym beneficjentem pomocy dla Polski są Niemcy; w ich interesie leży „przymknięcie oczu” na naruszanie prawa unijnego i jak najszybsze uruchomienie KPO przez rząd pana Morawieckiego. Stąd trwające od roku podszepty: zróbcie coś, nawet pozornego i symbolicznego, pozwólcie nam wam pomóc. Pewnych granic jednak KE przekraczać nie może. W przypadku sądownictwa sprawa jest oczywista, bez względu na to, co mówi pan Morawiecki, Polska musi wykonać wyroki TSUE.

Niewykonanie wyroku TSUE nie tylko kosztuje nas 1 mln euro dziennie; powoduje także traktowanie Polski jako kraju niewiarygodnego, któremu nie można bez szczególnych warunków i kontroli ich przestrzegania przekazywać pieniędzy wydobytych z kieszeni unijnych podatników.

Załatwienie w jakiś cudowny sposób sądowego „kamienia milowego” nie przywraca wiarygodności. Ujawnia się bowiem wtedy inny „kamień”, nowa skała na drodze radosnej żeglugi rządowego liniowca. Rząd, uzgadniając z KE warunki związane z KPO, zgodził się, by do końca III kwartału 2022 r. został naprawiony proces legislacyjny tak, by „decyzje zapadały przy jak najszerszym zaangażowaniu interesariuszy i we współpracy z nimi, w szczególności przez usprawnienie procesu konsultacji, oraz innych form zaangażowania obywateli w rządzenie”. Wymóg ten jest oczywisty, zgodny z naszą Konstytucją i podstawowymi zasadami demokracji. Prawo stanowione nie może być formą dyktatu, rozkazu wydawanego poddanym przez władze. Proces legislacyjny musi służyć rozpoznaniu różnorodnych interesów i oczekiwań społecznych, konsultacje powinny umożliwić wszystkim zainteresowanym złożenie swoich uwag. Ma to także swój wymiar praktyczny, minimalizuje się możliwość popełnienia błędów, a jednocześnie uzyskuje się akceptację społeczną, przekładającą się na przestrzeganie prawa.

Sporządzony przez Grant Thorton „Barometr prawa” wskazuje ułomność praktyki legislacyjnej. Rażącą formą naruszania zasad jest tzw. ścieżka „poselska”, wnoszenie projektu przez grupę posłów. Omija się w ten sposób procedury wymuszające na resortowych projektodawcach przeprowadzenie uzgodnień na poziomie rządowym i związanych z tym konsultacji. W 2022 aż 22% projektów partii rządzącej korzystało z tej „szybkiej ścieżki”. I tak było lepiej niż w „rewolucyjnym” roku 2015, gdy w ten sposób wprowadzono 41% projektów. Wprowadzenie projektów „po bożemu” przez rząd, z udziałem Rządowego Centrum Legislacyjnego, też bywa dalekie od zasad przyzwoitości. Często nie załącza się do projektów Ocen Skutków Regulacji, a jeśli są, to dość dalekie od prawdy. Wyznacza się absurdalnie krótki czas na wniesienie uwag przez konsultowanych interesariuszy, nie upublicznia się w sposób przejrzysty projektów ustaw lub rozporządzeń, nie publikuje się wyników konsultacji: wniesionych uwag i odniesienia do nich. Proces tworzenia prawa jest nieprzezroczysty; nie mamy wglądu do stenogramu z posiedzeń rządu, nie znamy przebiegu wewnętrznej dyskusji nad projektem, nie znamy ekspertyz i opinii odnoszących się do procedowanego projektu zmiany prawa. Nie wiemy, czy dany zapis był dziełem własnym sekretarki przepisującej projekt, czy nawiedzonego wariata, albo efektem kupna przez zainteresowanego przedsiębiorcę. Przypomnijmy sobie cyrk wokół Polskiego Ładu, gdy nie sposób było znaleźć odpowiedzialnego za prawny bałagan.

Warunek KE, by poprawić proces legislacyjny, wynika z oczywistej konieczności. Przy swobodzie przepływu ludzi, kapitału, produktów i usług, przy zniesieniu granic wewnątrzunijnych, nie można pozostawić w UE obszaru, takiego „dzikiego pola”, bez stabilności, bez przewidywalności, „gdzie przykazań brak dziesięciu i pić można aż do dna”. Trudno też zaprzeczyć, że naprawa procesu legislacyjnego służy przede wszystkim polskim obywatelom, a związana z tym stabilizacja systemu prawnego daje korzyści każdemu rządowi.

Ten „kamień milowy” miał być zrealizowany do końca III kw. I co? I nic. Rząd prowadzi w tej sprawie analizy, pani Marszałek Sejmu arogancko odrzuciła sugestie, by zmienić regulamin izby ustawodawczej (nie będzie się KE wtrącać do mojego koszyka). Za to nadal trwa proces „wrzutek” niekonsultowanych projektów, korzystających z „szybkiej ścieżki”; takim np. była „czarnkowa” propozycja zmian w oświacie.

Wyrazem rozpaczliwej arogancji jest, że „naprawę” sądownictwa, pod pozorem spełnienia „kamienia milowego” KE, zrobiono w sposób rażąco naruszający inny „kamień”. Bez konsultacji, bez uzgodnień, bez opinii CLR, bez OSR, bez sprawdzenia zgodności projektu z Konstytucją. To są formy działań z zakresu przepychanek podwórkowych, gdzie nie chodzi o sens, cel czy pożytek, lecz jedynie próbę sił, kto kogo „wyunacy” …

By dodać kolorytu, takie „reformowanie” uzupełniono pomysłem rodem z Rosji lub Turcji, tworzeniem politycznego Trybunału Ludowego z mocą pozbawiania praw wyborczych polityków opozycji. Trudno by inicjator tego nie miał świadomości, że przy największych skłonnościach do kompromisu, przy największej „polonofilii” polityków niemieckich, szwedzkich, włoskich czy portugalskich, takie pogwałcenie podstawowych zasad demokratycznych przejdzie niezauważone.

I tu czas zadać pytanie? Czy panu Kaczyńskiemu zależy na pozyskaniu środków z UE? Jemu zależy na utrzymaniu nieograniczonej niczym władzy. Bezpodstawne jest tu mówienie o jakimś dobru Polski, bo tzw. Naczelnik należy do patriotów „bezobjawowych”. Owszem, polecił Morawieckiemu załatwienie w jakiś sposób tych pieniędzy; od tego, być może, uzależnił możliwość utrzymania go na stanowisku premiera. Zrozumiała jest więc desperacja posła z Górnego Śląska. Ale jednocześnie nie zrobił nic, by Morawiecki zyskał poparcie obozu ZjedPraw. Przeciwnie; inicjując pomysł tworzenia Trybunału Ludowego, zniweczył europejskie starania swojego premiera.

Jest w tym szaleństwie metoda.

Ewentualne pozytywne efekty uzyskanych środków z KPO odczują mieszkańcy Polski nie wcześniej niż w 2024 r. Wcześniej są wybory i konieczność szukania innych form mobilizacji wyborców. Na czas politycznej walki bardziej się opłaca „gonienie króliczka” i zwalanie odpowiedzialności na „wrednego Niemca” i jego opozycyjnych „sługusów”.

Można jedynie mieć nadzieję, że wyborcy trafnie odczytają, iż w tej polityce więcej jest szaleństwa niż metody.

Jarosław Kapsa

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. JUREG 23.12.2022