nathan gurfinkiel: nieśmiertelność na dogodne raty8 min czytania

()

2012-12-20. zbliżające się wesołe święta i  perspektywa szczęśliwego jak jasny gwint nowego roku rok odwodzi moje myśli od spraw doczesnych i przekierowuje rozmyślania ku wyżynom ducha, takim jak nieśmiertelność.  otarłem się  o nią  było kilka razy w życiu – po raz ostatni dwa lata temu. mój przyjaciel  marian marzyński miał   pomysł, żeby zrobić film o drugim pokoleniu wypędzeńców z okresu sławetnego marca ’68.  moja córka   odgrywałaby tam jakąś rolę, a mnie przypadłoby w udziale robienie tła, byłbym zatem elementem niemal scenograficznym.

 „przymierzam się do zdjęć i  chciałbym zrobić następujące sceny:
-ty i Kurka w twoim domu, ty czytasz z ekranu komputera pewne fragmenty twoich tekstów ona zadaje pytania, rozmowa.
– ja i Kurka w mieście w różnych sytuacjach, improwizacja w zależności od pogody, jedną scenę chce zrobić w Studentercafé na Købmagergade”’

tę całą aferę, niedoszłą do skutku z przyczyn finansowych  nazwałem  low immortality rate – (niski wskaźnik nieśmiertelności) co moja znajoma z gdańska nader udatnie przetłumaczyła jako nieśmiertelność w dogodnych ratach. twórczy polski przekład jest zabawniejszy od mojej angielskiej quasi precyzji…

Marianie, – napisałem – nie po raz pierwszy w ciągu niewielu lat nieśmiertelność natarczywie zapukała do moich drzwi. Poprzednio była to propozycja uwiecznienia mnie w leksykonie biograficznym „Polak w świecie. Leksykon Polonii i Polaków zagranicą” Dzieło  zostało wydane w roku 2000 przez nieistniejącą już dziś Polską Agencję Informacyjną (PAI), która była oddziałem Interpressu, znanego w PRL głównie z tego, że był zakamuflowaną agendą Ministerstwa Zdrowia, Szczęścia i Wszelkiej Pomyślności. Po sławetnej Machtübernahme Interpress stał się normalnym wydawnictwem – niekiedy nawet aż za bardzo… Wiceprezes rzeczonej firmy, p. Lech***   napisał do mnie list z wyrazami głębokiego żalu z powodu kuku, jakie przebrzydłe komuchy zrobiły umiłowanym rodakom z diaspory, którzy tyle musieli wycierpieć klepiąc dobrobyt zdala od macierzy. Z listu wynikało dalej że wolna ojczyzna pragnęłaby przygarnąć, ugłaskać i przyłożyć plasterek na wszystkie te obolałości i dlatego Wydawnictwo czułoby się zaszczycone, gdybym wyraził zgodę na zamieszczenie mego biogramu w opracowywanym leksykonie. Przy okazji zostałem poinformowany, że patronat nad przedsięwzięciem wydawniczym objęła Pani Marszałek Senatu Rzeczypospolitej Polskiej, Profesor Doktor Alicja Grześkowiak. Drugi patron, prymas Glemp został również wymieniony z całym bizantyńskim ceremoniałem.

Mój sztokholmski przyjaciel, Natan T., nagabnięty przeze mnie w tej sprawie, powiedział, że odmówił udziału, ponieważ nie odpowiadają mu nazwiska protektorów. Miałem zrazu ochotę wykręcić się od zaszczytu unieśmiertelnienia w asyście wdowy Grześkowiak i purpurata. Nie zrobiłem tego jedynie dlatego, że wypominanie komuś doboru patronów słabo przystaje do moich wyobrażeń na temat elegancji. Wystosowałem przeto do pana prezesa list:

Pan Lech ***
Wydawnictwo Interpress, PAI S.A.
Szanowny Panie Prezesie,
Dziękuję za miły list. Byłem zrazu gotów przystać na propozycję unieśmiertelnienia mnie w opracowywanej przez Pańską firmę publikacji: „Polak w świecie. Leksykon Polonii i Polaków za granicą”. Propozycja była do tego stopnia kusząca, że z rozpędu przesłałem e-mailem kilka szczegółów mojej barwnej biografii po opuszczeniu Kraju – nie całkiem dobrowolnym, jako że wydali mnie na świat rodzice, których pochodzenie mogłoby pozostawiać sporo do życzenia. Skromność kazała mi wszakże zataić co ciekawsze epizody mego życiorysu, jak na przykład fakt, że jestem pierwszym i jak dotąd jedynym absolwentem Politechniki Szamotulskiej im. Wacława z.
Znakomita ta uczelnia została wykreowana jako ornament jednego z moich podań o pracę. Dzięki owemu niewinnemu podretuszowaniu rzeczywistości zostałem zatrudniony w Komisji do Spraw Energii Atomowej, gdzie całkiem udatnie tłumaczyłem z rosyjskiego na angielski teksty, których nie zrozumiałbym nawet po polsku.
Jako niegdysiejszy obywatel ziemi poznańskiej łatwo zrozumie Pan, Panie Prezesie, moje trwające po dziś dzień przywiązanie do uczelni, która jedynie przez niefortunne zrządzenie losu nie zaistniała naprawdę. Afekt, jakim darzę tę wyimaginowaną, a tak mi przecież bliską alma mater szamotulską jest do tego stopnia silny, że pominięcie jej w słowniku sprawiłoby mi ból. Rozumiem, że nie może Pan pójść na tak wielkie dla mnie ustępstwa. W tej sytuacji muszę sam wykazać się ustępliwością wobec Pańskiej firmy i projektowanego przez nią Przedsięwzięcia. Z przykrością rezygnuję więc z niezaprzeczalnego zaszczytu, jakim byłoby wyszczególnienie mego nazwiska w Leksykonie.
Z pozdrowieniami,
Nathan Gurfinkiel

Nie doczekałem się odpowiedzi od pana prezesa, zamiast tego otrzymałem mail od redaktorki, pilotującej publikację:
Wielce Szanowny Panie, czy to jest nieodwołalna decyzja? Czy nie dałoby się w jakiś sposób ocalić informację, na której Panu tak zależy, bo pomysł z Politechniką Szamotulską  dość mi się nawet podoba.
– Jeżeli jeszcze raz zwrócisz się do mnie w taki sposób, zamilknę na zawsze – odkliknąłem .
– Natanie, jak się cieszę, że wyplątałeś mnie z tego gorsetu, przeczytałem po chwili na monitorze mego komputera…
Po tej wymianie korespondencji zaczęliśmy się zastanawiać w jaki sposób można wymienić nieistniejącą uczelnię i stanęło na tym, że informacja znajdzie się w stopce…
Nie miałem już eleganckiego pretekstu, żeby wykręcić się od udziału w przedsięwzięciu i kiedy zwierzyłem się z tego memu sztokholmskiemu przyjacielowi, w słuchawce rozległ SIȩ wybuch śmiechu. – Jesteś naiwny jak dziecko – powiedział – tyle już lat żyjesz, a jeszcze ci nie zaskoczyło, że nie ma takiej bzdury, której jakaś władza, urząd, lub instancja publiczna nie byłaby w stanie zaakceptować.
Zrozumiałem, że nieśmiertelność stała się moim metier, spoglądam więc w przyszłość bez żadnych obaw, bo  wszystko już wiem.  Tylko w rzadkich chwilach miewam jeszcze przebłyski lęku, bo nie wiem czy owa przyszłość wie  to samo, co ja i czy nie dowie się o wszystkim już po moim zejściu…

wesołychświątidosiegoroku!

appendix:
o mało co nie aktor
kiedyś, jeszcze w bohaterskich czasach,  chciano nawet  ode mnie więcej. studentka naonczas  ostatniego roku łódzkiej filmuffki, mira kupman z londynu, (rodem z jakiegoś polskiego miasteczka), spojrzawszy w kawiarni na moja przaśnosemicką twarz, wymarzyła sobie mnie w roli esesmana. była to słynna w  warszawie kawiarnia PIW, przy ulicy foksal 17, w której sammichnik razem z niejakimstaszewskim – byłym wysokim funkcjonariuszem pezetpeer konspirował w celu obalenia władzy ludupracującegomiastiwsi.
i w takiej właśnie kawiarni przyszła pani reżyser zapytała czy zagram w jej filmie dyplomowym. powiedzialem że być może tak, ale nie mogę jej nic obiecać, bo musiałbym się czegoś dowiedzieć o filmie i moim w nim udziale, a tak  w ogóle  to  nie mam żadnego parcia na role filmowe, co ją trochę zdziwiło. była z dziewczyną z wydziału operatorskiego, renatą peichert,  wsadziła więc nas do swego mini coopera i zawiozła  na biznesową lunchówke (zwaną po polsku obiadem) do spatifu. kiedy przyszła kelnerka, mira wskazała palcem – a jakże – na talerz gościa przy sąsiednim stoliku. renata, co to jest to ciemne na talerzu? – kasza gryczana. to ja to chcę, powiedziała do kelnerki. niech mi pani przyniesie to… jak to się nazywa? – kasza gryczana. – o właśnie! – no dobrze, ale z czym mam podać tę kaszę?  zapytała zniecierpliwiona już nieco kelnerka, bo przyszliśmy na ten obiad w godzinie największego tłoku i z trudem znaleźliśmy wolny stolik.  madame  realisateur in spe sięgnęła po kartę i jęła gorączkowo ją studiować  – renata, co to jest? -. zapytała, kiedy palec spoczął na jakiej pozycji. – bigos. – dobrze to ja to chce. – bigos z kaszą? wybełkotała zdziwiona do cna kelnerka. – a co, u was to jest zabronione?
zauważyłem, że ludzie przy sąsiednich stolikach śledzili ten dyskurs z nietajonym rozbawieniem – nic tylko dzwonić po jakiegoś filmowca, by utrwalił sekwencję rozgrywającej się w lokalu komedii…
mira miała dociekliwy charakter i koniecznie chciała się dowiedzieć  dlaczego kelnerka była zdziwiona zamówieniem, tłumacząc nam, że w londynie można zamówić dowolną potrawę i nikt się nie zdziwi, a jeżeli nawet, to nie da tego po sobie poznać, bo tam jest kultura i cywilizacja i nawet byłaby sztuka, gdyby nie ta obrzydliwa komercja, co ją zabija i tylko nieliczni artyści mogą się przebić i to właśnie było powodem jej przyjazdu na studia do łodzi. rozmowa o filmie wyzionęła ducha, nim jeszcze się rozpoczęła i mira spojrzawszy na zegarek wrzasnęła: jestem umówiona! porozmawiamy innym razem…
ten inny raz nigdy na szczęście nie nastąpił.
po wielu latach przeczytałem o festiwalu filmów feministycznych w „huset” – młodzieżowym domu kultury w kopenhaskim śródmieściu. jeden z filmów był zrealizowany przez mirę kupman…

drugim człowiekiem, który przymierzał się do postawienia mi wymagań był antoni bohdziewicz – reżyser i profesor szkoły filmowej. – panie natanie, powiedział mi kiedyś – marzę o tym żeby zagrał pan w moim filmie. widzę pana jako szwarccharakter, bandytę, który z kamienną twarzą dusi swą ofiarę, a publiczność umiera ze śmiechu. muszę tylko napisać scenariusz. poczciwy pan profesor nie zdążył, albo i zapomniał, bo był już nieco roztargniony, a tez dość zblazowany. umarł nim zabrał się za ten scenariusz, który miał powstać z myślą o mnie…

appendix 2:

końca świata nie boję się ani trochę. spłaciłem już przecież wszystkie raty za nieśmiertelność…

nathan gurfinkiel

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.