21.03.2023

Nie milkną echa dziwacznej uchwały sejmowej w sprawie ochrony dobrego imienia Jana Pawła II. Została już nie tylko skomentowana, ale i rozwałkowana na wszelkie możliwe sposoby. Jednak znacznie mniej uwagi poświęca się sojusznikom posłów zjednoczonej prawicy czyli polskim biskupom. Myślę, że zasługują w tym kontekście na więcej uwagi.
Nazwiska nie mają znaczenia, chodzi o zachowanie grupy. A ta zachowuje się nikczemnie. Frontalnie i brutalnie zaatakowała dziennikarzy wykonujących swoją powinność. Zamiast argumentów pojawiły się insynuacje. W sukurs biskupom ruszyli politycy zjednoczonej prawicy (albo odwrotnie, to właściwie bez znaczenia). Ważne, że to biskupi formalnie są odpowiedzialni na jakość pamięci o Karolu Wojtyle, który po wyborze na papieża wybrał imię Jana Pawła II.
Polski papież obiecał przyjmując imię Jana Pawła II, że będzie kontynuował działania reformatorskie swoich bezpośrednich poprzedników, Jana XXIII, Pawła VI i Jana Pawła I. Tak nie zrobił. Dziedzictwo papieży soborowych tak naprawdę w ogóle go nie interesowało. Miał swoją wizję Kościoła, której zręby wypracował w Krakowie, najpierw u boku kardynała Sapiehy, a potem w tandemie z kardynałem Wyszyńskim. Był to Kościół niezłomnie broniący się przed wrogimi siłami, które najpełniej określił uwielbiany przez Wojtyłę papież Pius IX. Ten od sylabusa błędów ogłoszonego w 1864 roku i antymodernistycznej histerii i od dogmatu o nieomylności papieskiej z 1870 roku.
Jan Paweł II tępił błędy, czyli tych wszystkich, którzy nie podzielali jego konserwatywnej koncepcji katolicyzmu, i był przekonany o swojej nieomylności. Otaczał się głównie ludźmi, którzy nie tylko podzielali jego poglądy, ale bez żadnych zastrzeżeń, a nawet z entuzjazmem przyjmowali jego kolejne kroki zaostrzające dyscyplinę kościelną. Dotyczyło to nie tylko ludzkiej seksualności i rozrodczości, ale nawet sprawa tak dyskusyjnych, jak obowiązkowy celibat księży i odmowa udzielania święceń kapłańskich kobietom.
Te dwie ostatnie sprawy nie tylko, że nie mają żadnego biblijnego uzasadnienia, ale zostały niemal jednogłośnie odrzucone przez wszystkie Kościoły wywodzące się z reformacji. Dodać trzeba, że prekursorem tych rozwiązań jest polski Kościół mariawitów, którego założycielką była Maria Franciszka Kozłowska (1962-1921). Jej mistyczne wizje były bardzo podobne do późniejszych objawień Faustyny Kowalskiej (1905-1938), którą kanonizował Jan Paweł II w 2000 roku. Rzymski katolicyzm uznał mariawitów za heretyków głównie z tego powodu, że nie chcieli pobierać opłat za świadczenia religijne.
Jednak Jan Paweł II nigdy o Matce Franciszce Kozłowskiej nie wspomniał, akceptując katolickie spojrzenie na mariawitów jako na Kościół „heretycki”. Zapewne również dlatego, że mariawici, śladem Kościołów wywodzących się z reformacji, nie tylko odrzucili celibat, ale wyświęcali kobiety na kapłanki, a nawet wybierali je i konsekrowali na biskupki. Tego Jan Paweł II nie był w stanie ani zaakceptować, ani zrozumieć.
Można powiedzieć, że powyższe stwierdzenia są bez znaczenia wobec niewątpliwej wielkości Karola Wojtyły, który w cuglach wygrywał wszystkie potyczki z komuną, wyznaczając nawet prominentnym działaczom komunistycznym pozycję petenta. Obdarzony uwielbieniem wiernych, z powodzeniem wdrażał katolicką naukę społeczną i moralną w codzienność nie tylko katolików, ale budził niekłamany podziw ludzi stojących z dala od Kościoła. Gdy 16 października 1978 roku został wybrany na papieża, ówczesny redaktor naczelny tygodnika „Życie Literackie” Władysław Machejek (zresztą rówieśnik Wojtyły), wyraził dość powszechne przekonanie, że od dzisiaj „wszyscy będziemy całować księży w d…”. Nie wiem jak dalece ta anegdota odpowiada prawdzie, ale była wtedy w Krakowie dość powszechnie powtarzana. Usłyszałem ją jako jezuicki kleryk, obserwując, że w istocie „księża się wyprostowali”.
Ta ich postawa trwa do dzisiaj, udzieliła się jednak szczególnie biskupom.
Teraz przechodzę do tytułu tych uwag. Skąd ta ostrość oceny i to moralnej?
Z lektury kolejnych oświadczeń i płomiennych deklaracji firmowanych przez przedstawicieli tej najbardziej solidarnej grupy społecznej. Wiem, że są pośród nich jednostki niepodzielające najbardziej skandalicznych wypowiedzi. Jednak żaden z biskupów się od tych bulwersujących tez nie zdystansował, więc można przyjąć, że uważa je za swoje.
Oto kilka najbardziej szokujących kwiatków.
Jeden z biskupów stwierdził: „Dokonał się drugi zamach na jego życie, tym razem inspirowany środowiskami, które nie mogą zgodzić się na głoszoną przez niego z jednoznacznością i mocą, wizją małżeństwa i rodziny, szacunkiem do ludzkiego życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci i głoszoną wszędzie godność osoby ludzkiej, stworzonej na Boży obraz i podobieństwo”. Inny biskup jest również jednoznaczny w swojej ocenie: „W 100-lecie urodzin św. Jana Pawła II jesteśmy świadkami bezprecedensowych ataków na jego osobę. Pretekstem są rzekome zaniedbania Papieża w zakresie ujawniania i karania duchownych – sprawców nadużyć seksualnych wobec nieletnich”. Co więcej, zwraca uwagę na tych, którzy ośmielili się podnieść krytyczną rękę na Wielkiego Polaka: „Ludzie, którzy nie dorównują mu wielkością, próbują dzisiaj go zniszczyć. Nie czynią tego jednak, odwołując się do racjonalnych i weryfikowalnych argumentów”.
Czyżby?
Co tak naprawdę proponują dziennikarze? Zachęcają do uważnej lektury zachowanych dokumentów, wysłuchują świadków i zadają pytania. Są gotowi swoje pytania zweryfikować dokumentami kościelnymi. Jednak biskupi – tak ochoczo ich potępiający – nie są gotowi udostępnić swoich archiwów. Zadowala ich moralne napiętnowanie ludzi szukających prawdy.
Takie zachowanie nazywam moralną niegodziwością. Nie pozostawia bowiem żadnej przestrzeni na rozmowę, dialog.
Inaczej zachowuje się ich szef w Watykanie. Papież Franciszek spokojnie stwierdza, że taka była powszechna praktyka w Kościele. Czy to tak trudno przyznać i zgodzić się, że Kościół jako instytucja zawiodła i powinna zmienić swoje podejście do straszliwej zbrodni jaką była i jest pedofilia? To należy się ofiarom, to należy się polskiemu społeczeństwu. Jeśli biskupi nie zmienią swojej postawy w tej sprawie, to już ostatecznie stracą prawo wypowiadania się na jakikolwiek temat. Ich autorytet już legł w gruzach i tylko oni mogą to zmienić.
Wspierający ich dworscy dziennikarza, którzy każą nam wierzyć, że czarne jest białe ocierają się również o moralną nikczemność. Wydają bowiem wyroki na swoich kolegów dziennikarzy, którzy starają się wykonywać swój zawód zgodnie z własnym sumieniem. Ci, którzy ich oskarżają bez podania przekonujących argumentów stają się współodpowiedzialni za moralną nikczemność, która dzieje się na naszych oczach.
Dodałbym jeszcze, że jeden z biskupów nazwał dociekanie prawdy o przeszłości Karola Wojtyły stalinowskimi metodami … jednocześnie zamykając archiwa na cztery spusty. Nawet Rzymianie mieli w zwyczaju wysłuchiwanie drugiej strony przed wyrokowaniem winy (audiatur et altera pars), wiec należy pozostawić otwartym pytanie, kto w polskiej przestrzeni używa metod stalinowskich. Teoretycznie od 1989 roku mamy w Polsce demokrację i możliwość otwartej dyskusji (z dostępem do archiwów). Do polskich biskupów ten fakt jak widać nie dotarł. Oskarżają nie dając możliwości oskarżonym wyrażenia swojej wersji historii.
Na koniec przytoczę odmienne opinie dwóch księży, którzy jednak potwierdzają moją tezę gdyż uderzają właśnie w biskupów.
Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski przypomniał, że kilkanaście lat temu, gdy wydał w 2007 roku książkę „Księża wobec bezpieki na przykładzie Archidiecezji krakowskiej” napotkał wcale nie skrywaną wrogość ze strony swego biskupa (Stanisław Dziwisz). Jak mówił w Radiu RMF: „Informując władze kościelne, co znajduje się w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej, spotkałem się z betonowym murem. Nie tylko z niechęcią, ale również faktem, że próbowano to wszystko storpedować. W tej książce, jak i w następnych materiałach, były dokładne informacje o różnych trudnych sprawach w Kościele, nie tylko współpracy z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa, ale też sprawach obyczajowych. Mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością, że to wtedy dokonano grzechu zaniechania”. Jego zdaniem „Te sprawy dzisiaj wybuchają jak bomby z opóźnionym zapłonem. Nie z winy dziennikarzy, tylko z winy tych, którzy blokowali to 17 lat temu”.
Oto jak to konkretnie wyglądało: „Kiedy miała już wyjść moja książka, przyjechał do mnie do Radwanowic. Mówił, że on się już pogodził z tą książką, ale żeby nie pisać o wszystkich skandalach obyczajowych. Dlatego w tej książce nie ukazały się informacje, które opisał później holenderski dziennikarz i Marcin Gutowski – dotyczące i pedofilii, i różnych skłonności, złych afer. Oczywiście, w każdej owczarni znajdą się czarne owce, ale wtedy była szansa to wszystko opisać, wyjaśnić, wytłumaczyć, ale też odsunąć od władzy ludzi, którzy byli niegodni, aby dalej pełnić posługę pasterzy”.
Tyle ksiądz Isakowicz Zaleski, który też stwierdził w tej rozmowie, że dzisiaj to „Arcybiskup Jędraszewski powinien się bić we własne piersi, bo to on też powoduje, że ta pamięć jest szargana”. Ma też swoje rozwiązanie obecnego problemu: „Moim zdaniem jest tu konieczna interwencja Watykanu. W tej chwili nastąpiła zmiana nuncjusza i jeżeli papież Franciszek poważnie to potraktuje, to przyśle nuncjusza, który będzie po prostu robił porządki”. Czy tak się stanie – zobaczymy.
W podobnym duchu, tym razem już na ambonie wypowiedział się dominikanin Marcin Mogielski. Oto wyimki z tego kazania wygłoszonego w niedzielę w jednym z wrocławskich kościołów. Było ono i jest nadal dość szeroko komentowane. Jego zdaniem: „Moralność w Kościele jest taka jak Kalego z „W pustyni i w puszczy”: – Jak Kali kraść krowę, to dobrze. Jak Kalemu kraść krowę, to źle. Gdy okazało się, że prezydent Wałęsa ma w papierach trochę nabrużdżone, to już walce kościelne i biskupie zaczęły go rozjeżdżać, przekreślając cały jego dorobek. A jak się pojawia problem z Janem Pawłem II, Karolem Wojtyłą? Czy było, czy nie było – trzeba to sprawdzić, otworzyć archiwa. Spotkać się z ofiarami, wysłuchać osób skrzywdzonych. A nie krzyczeć: „to nieprawda, to nieprawda, precz z synagogi, nie chcemy tego widzieć, nie chcemy słyszeć”.
Zdaniem Mogielskiego „wyrzucono Jezusa. Bez niego zostaną duchownym piękne szaty, remontowanie dachów, posadzek i elewacji. Za chwilę, jak ze świątyni Jerozolimskiej, nie zostanie po Kościele kamień na kamieniu”. Do swojego kazanie dominikanin włączył również modlitwę o nawrócenie biskupów, by „nie używali władzy do własnych celów politycznych i biznesowych. Powinni stanąć na wysokości zadania, którzy pasą owce, nie siebie”.
Chciałoby się zakończyć: amen.
Prof. Obirek pisał niedawno m.in…


Aby dojść do zgody proponuję uzupełnić uchwałę sejmu o obronie imienia Jana Pawła II o słowa: oraz innych hierarchów Kościoła którzy kryli księży-pedofilów.
Pierwotnie myślałem, że tytuł: „Nikczemność moralna polskich biskupów” jest zbyt dla nich surowy, zbyt mocny. Po przeczytaniu artykułu oraz po wysłuchaniu słów Donalda Tuska na jednym ze spotkań z wyborcami, gdzie stwierdził, że PiS doprowadził do całkowitej demoralizacji swoich polityków i polityki, doszedłem do wniosku że Prof. Obirek nazywa rzeczy po imieniu. Obydwa te środowiska są całkowicie, skrajnie zddemoralizowane i dlatego poniekąd są na siebie skazane i wzajemnie się popierają. Strach się bać takich moralnych potworów.
W radiu Belzebuba z Torunia codziennie o godz. 15-tej czytane są fragmenty „Dzienniczka” kanonizowanej przez JPII siostry Faustyny. Na okrągło, ale z pominięciem fragmentu jej wizji piekła… Mistyczka jest przerażona tym, że w piekle zobaczyła tak wielką liczbę papieży, biskupów i zwykłych księży.
Muszę przyznać, że też miałem wątpliwości czy nie przesadzam z tym uogólnionym surowym osądem biskupiej kasty. Po napisaniu tego tekstu (odrzuconego przez GW bo już za dużo o tym JP2) widzę, że nie tylko miałem rację. Trwająca nagonka w pisowskich mediach na dziennikarzy przy milczeniu biskupów, z których jeden dostarczył amunicji do tych ataków, tylko mnie utwierdza w zasadności tej oceny. A co do wizji Faustyny Kowalskiej to przemilczanie wizji piekła akurat w medium kandydata do miejsca kazni wcale nie dziwi. Wręcz jest całkowicie zrozumiałe.
Jak się zdradziło, to aby w tej zdradzie się utwierdzić i sumienie uspokoić, trzeba pluć.
Byłbym wdzięczny za argumenty bo insynuacje są poznawczo jałowe. To specjalność mediów pisowskich i rydzykowych. Myślałem, że czytelnicy SO nie ulegają pulucia. Czy zdradą jest odsłanianie mrocznych kart kościoła i dystanowanie się od tych, dla których krzywdzenie dzieci nie stanowi problemu? Tak naprawdę chodzi o przywrócenie słowom ich znaczenia, a polscy biskupi wraz ze wspomnianymi mediami robią coś na odwrót, pozbawiają słów ich pierwotnych znaczeń.
Mamy czelność nie tylko pisać i czytać, ale też (o zgrozo!) myśleć!
Jakim cudem powyższy wpis nie został zablokowany pezez automat?
Edit – widzę, że jednak redaktor czuwa i pomiędzy rozpoczęciem mojego wpisu, a jego zatwierdzeniem, bluzg, który miałem na myśli został usunięty.
Więc już tylko pozdrawiam red. Misia i dziękuję za akcję.
A co do tego mają biskupi? Co biskupi mieli do sprawy księdza Wodeckiego? Nie w biskupach rzecz…
„Za deprawowanie nieletnich ksiądz skazany na 3 lata”
Nie często spotykana sprawa trafiła kilka miesięcy temu do prokuratury w Lublinie. Oto w maju ub. roku jedna z mieszkanek Lublina zaalarmowała przechodniów, że nie znany jej osobnik na schodach pewnej kamienicy dopuścił się czynu nierządnego względem 9-letniej dziewczynki, dotykając rękami jej organów płciowych. Osobnik ów uciekł do zabudowań przykościelnych, przy ul. Hanki Sawickiej. Liczna grupa mieszkańców rzuciła się w pogoń. Dzięki temu osobnik ów został schwytany i okazało się, że jest nim 38-letni student KUL, ksiądz zakonny zgromadzenia Werbistów (wtedy był bez sutanny), mgr Bernard Wodecki.
Studiował on teologię a jednocześnie pisał pracę doktorską. Ks. Wodecki zna podobno kilkanaście języków obcych… Prokuratura wszczęła przeciwko niemu postępowanie wynikiem którego był akt oskarżenia, zarzucający ks. Wodeckiemu dopuszczenie się czynu nierządnego przez dotykanie rękami organów płciowych nie tylko w przypadku, o którym napisaliśmy, ale także w stosunku do innej 7-letniej dziewczynki.
Sąd powiatowy w Lublinie skazał ks. Wodeckiego na 3 lata więzienia.
[Kurier Lubelski nr. 31 , 5-6 lutego 1961 Biblioteka TeatrNN]
https://pl.wikipedia.org/wiki/Bernard_Wodecki
Ten przypadek tylko potwierdza zasadę, ze rzecz w biskupach, którzy maja doskonale rozeznanie kim są ich poddani (dotyczy to tez przełożonych zakonnych) i powinni reagować a nie reagują, jak Wojtyła.
Bo właściwa kolejność to było: milicja – sąd – więzienie.
To naprawdę działało.
A jak robiono? To tak jakby ktoś zgwałcony przez pracownika stacji benzynowej rozpoczynał od wizyty u kierownika tejże stacji, by on coś zrobił. Co właściwie i dlaczego?
Nie będę tu mówił o nikczemności (skądinąd istniejącej), tylko o tym że lokalni szefowie nie mieli żadnego interesu w skandalu u siebie – przełożonych by to nie ucieszyło… Więc zagrzebywali sprawę.
Ale łapa świeckiej sprawiedliwości takich oporów nie miała. Wystarczyło korzystać…
A wracając do JPII to pewnego razu miał stwierdzić że: „Jedyną organizacją kościelną całkowicie mi wierną jest Opus Dei” To trochę słabe jeśli duchowy guru za kryterium rozeznania stawia własne „ja”. Dla porównania trochę z innego bieguna – Budda wskazywał by nie przywiązywać się do jego słów tylko dlatego że on tak powiedział ale by jego słowa wielokrotnie weryfikować. Sam założyciel „Dzieła” Jose Escriva ponad zdrowy rozsądek i sumienie stawiał „posłuszeństwo przełożonemu” kiedy pisał że to droga do świętości. JPII kanonizował Escrive i wspomnianego Piusa IX który w encyklice Quanta cura pisał o ludziach którzy mieli inne zdanie niż on że się „ośmielili” je w ogóle wyrazić. Takie to właśnie „towarzystwo” Wojtyły a dziś kto jest mu wierny? Partia która łamie własną dewizę że „wystarczy nie kraść” i episkopat który nawet w wielkim poście nie oddał sprawiedliwości ofiarom. Postanowili że nie wykorzystają swojej wielkiej broni czyli milczenia o swoimi oświadczeniami jeszcze bardziej się zaorali. Ciekawe co na to ofiary które udzieliły głosu w reportażu „Franciszkańska 3” że zostały przez Episkopat zrównane z esbeckimi kwitami a właściwie ponownie rozjechane przez walec kościoła tym razem zupełnie jawnie i publicznie.
Czy ktoś zwrócił uwagę, kiedy 'rozegrała się’ sprawa ks. Wodeckiego? Że było to w roku 1961, czyli 62 lata temu….
O niegodziwości, nikczemności książąt polskiego Kk padło tu sporo trafnych uwag.
Osobiście, dostrzegam potrzebę zwrócenia uwagi na jeszcze jeden aspekt.
Ochrona dzieci należy do odruchowych, instynktownych naszych zachowań, i nie jest w tym potrzebny żaden namysł. W moim przekonaniu jest w tym głęboką mądrość, i nie znajduję żadnego usprawiedliwienia dla zachowań zwyrodnialców, ani tych, co ich kryją.