WaszeR coraz mniej londyński: Bestia (z)wodna6 min czytania

29.03.2023

Człek małpokształtny

Niedośmiech czwarty

„Ale to już było i nie wróci więcej” – wyśpiewywała przed laty idolka tłumów a rozfalowane tłumy ochoczo jej wtórowały, nie bardzo zawracając sobie głowy głębszym, niż sugerował tekst, sensem i związanym z tym życzeniowym przekłamaniem zakodowanym w tej frazie. Faktycznie, nie powróci to, co bezpowrotnie mija: młodość, zdrowie, życie. Ale już historia lubi się powtarzać, gdyż, tak jak i fortuna, kołem się toczy. Nieszczęścia i kataklizmy również, nie mówiąc o czymś tak oczywistym jak fatum. Pewne bowiem powtórki w toczących się dziejach mają cykliczny charakter.

Jeśli wierzyć mitycznym przekazom starożytnych Greków, tytułowa bestia istniała. W zamierzchłych czasach Ziemię zasiedlających bogów, półbogów, różnych tytanów, syren i jednorożców. Była to hydra zwana lernejską, od nazwy miasta Lerna graniczącego z obszarem rozległych grzęzawisk, które to środowisko było potwora matecznikiem. Tam żyła ukryta w jakiejś jamie, tam też zasadzała się na swoje ofiary przy jedynej w okolicy skrajem bagien biegnącej drodze łączącej dwa ośrodki miejskie. Gdy się zdarzało, że jej apetyt nie bywał zaspokojony w jej siedlisku, opuszczała wodno-bagienne środowisko wyruszając na łowy w plener, przez co spory dookolny obszar był przez nią systematycznie pustoszony, a mieszkańcy niepewni swego losu. A było się czego bać. Bestia była szkaradna, kształtem przypominała olbrzymiego oślizgłego węża i miała wiele wyrastających z tułowia na długich szyjach łbów z paszczami o trujących wyziewach. Przerażała. Tym bardziej że jedna z głów, ta centralna, była ponoć nieśmiertelna. Nie było przed hydrą ratunku.

Misję pokonania potwora dostał Herakles, przez Rzymian zwany Herkulesem, siłacz nad siłacze, obdarzony nadludzkimi zdolnościami dzięki narodzeniu ze związku Zeusa i ziemskiej kobiety. Ale nawet dla nieznającego lęku herosa nie było to łatwe zadanie. W miejsce likwidowanych łbów wyrastały natychmiast dwa-trzy nowe. W dodatku trzeba było unikać kontaktu z wydychaną trucizną. I na domiar złego bestii pomagał żyjący w sąsiednim rewirze bagna olbrzymi rak. Herakles dwoił się i troił nie osiągając efektów, aż zmuszony został wezwać do pomocy swego bratanka Jolaosa, którego zadaniem było przypalanie żagwiami miejsc odrąbania łbów, przez co te nie odradzały się. Wreszcie sprawy zaczęły przybierać pomyślny obrót. Problemem mogła być jedynie ta głowa obdarzona nieśmiertelnością. Ale i z nią Herakles poradził sobie koncertowo: odrąbaną zakopał głęboko w ziemi, a miejsce przywalił ciężkim głazem.

Warto zapamiętać ów mityczny sposób pokonania potwora, bowiem mamy i my swoją szytą na miarę współczesności hydrę.

Bastionem tej rodzimej jest niestabilny, by nie rzec, hacząc o przesadę – grząski i wydaje się, że od lat hermetycznie domknięty obszar deficytu wykształcenia, mistyczno-ludycznej religijności i ubóstwa, nierzadko skrywanego, o obliczu roszczeniowego żebractwa, generowanego przez wyrachowaną pseudo filantropię lub korupcjogenny sponsoring. Jej żywiołem – uprawianie w świetle jupiterów potężnych machlojek zrodzonych z aliansu przestępczości najwyższych lotów z załganą propagandą. Z czego transmisje najbardziej wiarygodnych kłamstw i uskrzydlanie nielotnych obietnic, to grzechy najmniejszej wagi.

Działalność zaś to czatowanie na każdy przebłysk niezależnej myśli i czynu, każdy solidarny odruch człowieczeństwa lub jakiekolwiek próby upublicznienia niewygodnych faktów i związanej z tym konstruktywnej krytyki, traktowane jako zamach na paranoicznie pojmowany patriotyzm lub wręcz narodową świętość. Skryty – w odwecie – jadowity atak zawsze forpocztą, żerującego na przyziemnych instynktach, frontalnego uderzenia. Bez skrupułów. Bowiem bezwzględne panowanie nad zawłaszczonym przez siebie wycinkiem świata jest jej nadrzędnym celem. Realizowanym poprzez powodowanie gruntownej w nim degrengolady, spustoszenia fizycznego – w ustanowionych trudem społeczeństwa fundamentach demokratycznego państwa, i psychicznego – poprzez rozsiewanie niepewności i potęgowanie lęków, nierzadko doprowadzających do skrajnych emocji i desperackich decyzji.

To również wytwarzanie indoktrynacyjną machiną armii krańcowo zaślepionych fanatyków gotowych do starcia w obronie jedynie obowiązujących poprawności wprasowanych im w świadomość. Do starcia na cokolwiek nieuchwytnego oprócz twardych argumentów. Bodaj na konterfekty świętych.

Ta doskonale taplająca się we własnym sosie wielogłowa bestia jest jak wciąż odradzające się nieszczęście; wydaje się niezniszczalna. Jej wyjątkowo szpetne moralnie łby odporne na zakusy ścięcia próbują kąsać nawet po dekapitacji. A na wakujące miejsca wysyp jak z obrzydliwego rogu obfitości. I jakby tego było mało, jeszcze ten centralny łeb, otoczony wianuszkiem wasalskiej ochrony, ponoć nieśmiertelny. Czyżby?

Ta nasza bestia jeszcze się panoszy. Jakby nie całkiem pewna swej mocy zamierza wejść w alians z pewnym zaskorupiałym towarzystwem z bliźniaczego brunatnego bajora. Jakim trzeba być politycznym dyletantem, żeby w obliczu takiego zagrożenia iść z gładkimi hasłami drogą prywaty?

Umęczeni i zbulwersowani nie przestają rozsyłać wici licząc na opatrznościowego męża. Ale wśród garści pretendentów rozczarowujący brak mocarza z krwi i kości. Bo to zaledwie nadmuchane herkulesi ki z grupą olśnionych przybocznych każdy. Fantaści-polejwody, celebryccy lawiranci. Sobiepanki o autorytarnych narowach. Bez wyjątku dla statusu zasłużonych weteranów lub innych świętych krów. Widać i słychać, że ani oni obdarzeni znaczącą charyzmą, ani mocarze wyposażeni w analityczne zdolności, ani zaprawieni w boju stratedzy. Bo oni wypisz wymaluj jak hultajskie bandy lisowczyków: każda pod własnym dowództwem, w swoją stronę. I nic powaga sprawy, tylko wielkość pryzu w głowie. Mało brakuje, a zaczną się wzajemnie wyrzynać. Miast od dawna regularną armię wspólnie do szturmu sposobić. Bo może i tu trzeba będzie bez pardonu żelazem i ogniem. I w katakumbach niepamięci głazem przywalić. Dzielenie łupów jak ocalicie własne czupryny, waszmościowie. Po zwycięstwie!

Alternatywą jasyr. Pasuje?

Postscriptum – pesymistycznie.

Sęk jeszcze w tym, o czym pewnie niejeden w Polsce teraz myśli, by nie zamienić jednej hydry na drugą.

PS PS – pozornie bez powiązania z treścią felietonu.

Najłatwiej przychodzi gadanie, jeśli ktoś ma fantazję i umiejętność w miarę sprawnego posługiwania się językiem ojczystym. Panu Tuskowi proponuję po ewentualnym zwycięstwie wyborczym i wyczarowaniu źródła niewyczerpanego zasilania budżetu państwa ustanowienie równolegle tzw. „kapciowego”. Też porywająco brzmi. Awansuje dziadków. Nagłośnienie tego już dziś, to może garść elekcyjnych głosów więcej. W ostateczności choć tynfa warte.

WaszeR coraz mniej londyński

Print Friendly, PDF & Email