15.02.2024

Ponad sześćdziesiąt lat temu zastanawialiśmy się z koleżanką ze studiów nad definicją pojęcia morale. Pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy, to że pytamy o sprawy, dla których ludzie gotowi są ryzykować swoje życie. Nie mieliśmy wtedy pojęcia, że będziemy parą, a tym bardziej, że wiele razy będziemy wracać do tej kwestii na przestrzeni dziesiątków lat.
Najnowszy powrót do pytania o morale był na marginesie informacji, że w badaniach Gallupa z listopada 2023r. pytano respondentów w USA, czy w przypadku poważnego konfliktu zgłosiliby się na ochotnika, żeby bronić swojego kraju. 72 procent badanych Amerykanów odpowiedziało, że nie. W innym sondażu z tego samego okresu 30 procent młodych Amerykanów (18-29), zadeklarowało gotowość poddania się zamiast walki, a w jeszcze innym badaniu 38 procent respondentów stwierdziło, że szukaliby możliwości ucieczki do innego kraju.
Podobno Adolf Hitler podjął ostateczną decyzję o napaści na Wielką Brytanię po otrzymaniu informacji, że związek studentów Oxfordu wydał oświadczenie, iż studenci nie zamierzają walczyć za króla. Doszedł do wniosku, że Brytyjczycy nie mają woli walki, więc kraj jest papierowym tygrysem i będzie równie łatwym łupem jak Francja. (Pomylił się, pomylił się również w ocenie ZSRR.)
Problem morale wrócił w naszych domowych rozmowach na marginesie artykułu Steve’a Salerno na łamach Quillette. Salerno, medioznawca, wykładowca na wydziale dziennikarstwa na uniwersytecie w Las Vegas, pisze o tym, co jest nie do pomyślenia, a dokładniej o lęku przed konfrontacją z użyciem broni atomowej.
Czechow pisał, że jeśli w pierwszym akcie na ścianie wisi strzelba, to w trzecim akcie ta strzelba musi wystrzelić. Moją pierwszą publikacją w gazecie był wiersz, który zaczynał się od słów: „Drzewa na nasze trumny nie rosną nigdzie”. Byłem wystraszonym szesnastolatkiem, przekonanym o zbliżającej się atomowej zagładzie. Komunistyczne media przekonywały, że atomowym uderzeniem grożą amerykańscy imperialiści, w środowisku, w którym dorastałem panowało przekonanie, że pierwszy broni atomowej użyje Związek Radziecki. Z czasem jednak zaczęto używać określenia „atomowy parasol”, ponieważ broń atomowa zdawała się chronić przed kolejną światową wojną i supermocarstwa walczyły ze sobą w niezliczonych wojnach lokalnych, unikając bezpośredniego starcia, które groziło zniszczeniem planety. Była to zatem „zimna wojna”, w której ginęły dziesiątki milionów ludzi. My byliśmy szczęściarzami, żyliśmy w paskudnym ustroju, ale z dala od koszmaru wojny.
Steve Salerno zaczyna swój artykuł od przypomnienia, że ojcowie Ameryki wierzyli, iż są rzeczy gorsze niż śmierć. Wojna o niepodległość pochłonęła 6800 poległych plus około 20 tysięcy zmarłych w wyniku odniesionych ran i chorób związanych z wojną. To „zaledwie” niecały jeden procent ówczesnej populacji, co dziś oznaczałoby bez mała trzy miliony ludzi.
Wtedy Amerykanie umierali za swoją wolność. Tylko podczas ataku na Normandię zginęło 29 tysięcy Amerykanów. Broń nuklearna zmieniła świat i doktryny militarne. Steve Salerno tak tego nie ujmuje, ale wydaje się być przekonany, że atomowa strzelba wisi na ścianie od pierwszego aktu i jesteśmy na początku trzeciego aktu, więc pojawia się wiele pytań, o których wcześniej nie odważaliśmy się myśleć.
W październiku 1962 roku Chruszczow próbował po cichu rozmieścić radziecką broń atomową na Kubie i Kennedy zaryzykował zdecydowane przeciwstawienie się nuklearnemu szantażowi.
Na dzisiejsze amerykańskie morale wpłynęło kilka czynników. Dwa wydają się szczególnie ważne. Telewizja (która jak twierdzi wielu była główną przyczyną amerykańskiej porażki w Wietnamie) oraz upływ trzech pokoleń, które nie znają bezpośredniego zagrożenia. Salerno pisze tylko o tym drugim czynniku. Pojawiło się pokolenia gotowe walczyć między sobą, ale przekonane, że odmówiłoby walki z najeźdźcą. (Autor przeprowadził wśród swoich studentów test, pytając ich, co by zrobili, gdyby armia chińska zajęła USA, odpowiadali najczęściej, że zaczęliby uczyć się chińskiego.)
„Dotarliśmy do punktu w amerykańskim eksperymencie, w którym samo istnienie wydaje się najważniejsze. Cień rzucany przez broń nuklearną wzmocnił ten sposób myślenia. Mówi się, że konflikt nuklearny w dzisiejszej Ameryce jest nie do pomyślenia, co jest stanowiskiem, które dopuszcza wszelkie ustępstwa i żadnego nie wyklucza. Fundamentem decyzji geopolitycznych jest lęk przed wojną nuklearną.”
Rosyjskie szantażowanie bronią atomową w wojnie z Ukrainą powstrzymuje USA przed bardziej stanowczym wsparciem bronią ofensywną. Nie tylko nie ma mowy o dostarczeniu rakiet dalekiego zasięgu, ale Stany Zjednoczone zastrzegły, że broń amerykańska nie może służyć do atakowania terenów Rosji. Szantaż bronią nuklearną jest dziś najskuteczniejszą taktyką państw bandyckich.
Czy Steve Salerno ma rację, że w dzisiejszych czasach „obsesyjny strach przed wojną nuklearną paradoksalnie zwiększa prawdopodobieństwo takiej wojny, a krótkoterminowe ustępstwa poczynione w imię pokoju, w rzeczywistości zwiększają ryzyko wyniszczającego konfliktu? Dominuje przekonanie, że same gesty dobrej woli pozwolą na utrzymanie pokoju”.
Narodziny tych postaw doskonale pokazuje piosenka Toma Lehrera z lat 60. ubiegłego wieku WHO’s next. W piosence kolejne kraje zdobywają „bombę”, a kończy ją żartobliwa perspektywa wejścia w posiadanie bomby atomowej stanu Alabama. Wtedy właśnie Chiny zdobyły broń atomową, trudno jednak było sobie wyobrazić uzbrojoną w broń atomową Koreę Północną, Pakistan, czy Iran.
Dziś perspektywa uzbrojonego w broń atomową Iranu jest coraz bliższa, a posiadanie broni atomowej pozwala państwom bandyckim, dzięki wykorzystaniu naszego lęku, na bezkarne lub niemal bezkarne awanturnictwo. Z nuklearnego parasola korzystają dziś lepiej kraje takie jak Rosja, Chiny, a niebawem Iran niż kraje demokratyczne.
Założenie, że zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki bomby atomowe były pierwszym i ostatnim przypadkiem użycia broni atomowej, jest absurdalne. Tej broni jest dziś tak dużo, że prędzej czy później zostanie użyta i zrobi to najprawdopodobniej najbardziej bezwzględna strona.
Teoretycy wojskowości twierdzą, że konfrontacja nuklearna nie musi prowadzić do totalnego zniszczenia, nie musi również oznaczać uderzenia w centra ludności. Strach przed stanowczym użyciem siły może się okazać bardziej niebezpieczny niż gotowość działania.
W trzecim akcie strzelba musi wystrzelić, lepiej żeby była wtedy w naszych rękach, niż w rękach tych, którzy chcą nas zabić. Lepiej żebyśmy byli na to przygotowani technicznie i psychicznie.
Steve Salerno pisze, że oddaliśmy inicjatywę wrogowi. W przedostatnim akapicie przywołuje list pożegnalny izraelskiego żołnierza, który napisał przed wyruszeniem na front w Gazie. Autor tego listu pisał, że gdyby dostał się do niewoli, zabrania wymieniania go na palestyńskich więźniów, ponieważ to zachęca terrorystów do brania zakładników. Ten żołnierz poległ w akcji 2 grudnia. Przedkładał interesy swojego kraju nad interesy własne. Nie on jeden. O tym samym fenomenie w masowej skali pisze izraelski historyk Gadi Taub. Od szeregu lat uczeni i wszyscy święci wylewali krokodyle łzy nad jakością pokolenia Z. Zapatrzeni we własny pępek, egoistyczni, zanurzeni w infantylnej pseudomoralności i zapatrzeni na amerykański kult ofiar. Wstrząs ludobójczego zagrożenia i udział w wojnie pokazał nagle zupełnie inną twarz tego pokolenia. Ich hasłem jest lo noflim midor tachach! (Nie ustępuj pokoleniu ’48!). Chcą być jak pokolenie założycieli i w codziennej walce pokazują, że są rzeczy ważniejsze niż życie.
Nie sądzę, żeby ten przykład miał zastosowanie do jakiegokolwiek innego miejsca na świecie. Nieustane egzystencjalne zagrożenie, obowiązkowa służba wojskowa i cała historia żydowskiego narodu powodują, że tam zniszczenie morale jest trudniejsze.
Zachodni świat wydaje się stać na rozdrożu. Wielu pisze o dekadencji, w dekadencję zachodnich społeczeństw coraz mocniej wierzą wrogowie demokracji, którzy coraz częściej sprawdzają jak daleko mogą się posunąć. „Nikt nie chce nuklearne wojny” – pisze w zakończeniu swojego artykułu Steve Salerno. Widmo nuklearnej zagłady towarzyszy nam od zakończenia drugiej wojny światowej. Jednak nieustające ustępstwa coraz bardziej ośmielają skłonnych do agresji wrogów i szanse zapobieżenia nuklearnej zagładzie mogą leżeć w zdolności użycia taktycznej broni atomowej zanim zrobią to nasi wrogowie, zaś zdolność reagowania na zagrożenia zależy od naszego morale.

Andrzej Koraszewski
Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny.
Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”. Więcej w Wikipedii.

AK „szanse zapobieżenia nuklearnej zagładzie mogą leżeć w zdolności użycia taktycznej broni atomowej zanim zrobią to nasi wrogowie”.
Problem w tym, że nasi obecni „mniejsi” wrogowie są na użycie taktycznej broni nuklearnej odporni. Rosja jest odporna również na użycie przez USA broni strategicznej – czego świadome są obie strony . Na nasze szczęście Chiny, a raczej ich system polityczny, nie są odporne na konflikt nuklearny czy konwencjonalny, który zagroziłby poziomowi życia mas Chińczyków.
P.S. dla młodych którzy tu trafią: do kompletu z „Who’s next” trzeba posłuchać jeszcze „So long, mom” https://tomlehrersongs.com/so-long-mom/ (z ukłonem 🙂
Świetny- jak zawsze – przegląd tego co ważne dla sprawy fundamentalnej – życia lub śmierci. Nie znam badań polskiej mlodzieży i nie wiem jak odpowiadałaby na podobne pytania ale nie mam złudzeń – byłoby podobnie.
To co może trochę poprawić nam nastrój to znajomość tego jak wygląda różnica pomiedzy deklarowanym zachowaniem a zachowaniem rzeczywistym ale słabe pocieszenie.
Może teraz nadszedł czas by na serio zmienić systemy podejmowania kluczowych decyzji w skali świata, może trzeba zacząć budować ten wielki algorytm, który wolny od ludzkich emocji i innych słabości zdecyduje czy to już jest ten czas by użyć ostatecznych argumentów w walce ze światem zła i zbrodni.
Problemem jest morala. Kiedy wróg wierzy, że nie masz woli walki cały czas sprawdza jak daleko można się posunać metodą salami i kiedy ruszyć na całego. Studiowanie Iranskich i arabskich i rosyjskich analiz postaw w społeczeństwach Zachopdu przyprawia o zawrót głowy. Nawet jak są kompletnie oderwane od rzeczywistości, świadczą o głębokim przekonaniu, że Zachód nie jest już zdolny do działania. A opinie, równiez te błędne, są podstawą ich strategii. Stosunkowo słaby przeciwnik jest w stanie wygrywać bitwy terrorem. Stara jak historia wojskowości opowieść o aramii lwów dowodzonej przez barana i armi baranów dowodzonej przez lwa.
Na czele państw bandyckich stoją ludzie o cechach szczególnych. Jedną z takich cech jest tchórzostwo. Strach przed śmiercią, przed męczarniami wydaje się wystarczającym hamulcem uzycia broni jądrowej przez te państwa. NIe oznacza to wcale, że takie użycie nie nastąpi z powodu okoliczności niezależnych – pomyłki, przypadku, źle odczytanego sygnału czy incydentu.