Marek Jastrząb: Nocne rozmowy7 min czytania

()


30.04.2024

Karol i Piotr mieszkali na innych piętrach i nie byli zżyci, choć widywałem ich codziennie: w pracowni, czasem na telewizji, podczas oglądania występów naszych skoczków, a ostatnio, na ślubie Laury z Filonem, pary dosyć osobliwej nawet wśród nas.

Początkowo nikt z nas nie podejrzewał, że skrywaną pasją tej pary była nienawiść do ludzi zdrowszych. Ale na dłuższą metę nie dało się ukryć, kim są naprawdę, że ona słynie z wykorzystywania symulowanych ataków padaczki, on zaś godzi się z tym, że babon osiąga, co chce. Wychodził na tej zgodzie całkiem znośnie. Przyznać trzeba, że obojgu sprawiało to radość i prawie satysfakcję, gdyż uprawiany przez nią szantaż emocjonalny, był skuteczny nad wyraz.

Później połączyło ich wzajemne ubolewanie; mieli tych samych znajomych, a wkrótce doszli do wniosku, że i zmartwienia z bieżącymi troskami, wyczyniają z nimi podobne obertasy. Ale to było po latach, na samym końcu małżeństwa, gdy już nie podawano ich za przykład szczęśliwego związku.

*

W przeciwieństwie do rozhukanego Piotra, Karol był człowiekiem, którego czas przenicował na modłę poczciwiny. Długa chandra wytrzęsła z niego dawne kanony. Stracił dziewictwo przekonań. Żył w czasie wytłamszonym ze złudzeń i w spawach zdecydowanie podtatusiałych, lecz na widok nieprzerwanej euforii Piotra, odzyskał ochotę do ponownego zmierzenia się z Ananke.

*

Wzajemny obszar doznań polegał na odrębnych fascynacjach. Obejmował PIĘKNO, ZŁO, PRAWDOMÓWNOŚĆ i DOBRO; widoczne było, że choć o pewnych sprawach woleli nie mówić, choć wyrażali się niby tym samym językiem, to przecież, nie mogąc dojść do ładu z określeniem jego głównych właściwości, zaplątywali się w rozbieżnościach i doskwierała im różnorodność uznawanych TECHNIK ŻYCIA.

Co jedna, to wydawała im się lepsza, mądrzejsza, trafniejsza od pozostałych. Podczas gdy pierwsza bębniła o niewątpliwym upadku człowieka i jego zanikającej roli w świecie, to druga, odlakierowana i ufryzowana zgodnie z obowiązującą modą, wskakiwała na opuszczone miejsce z chwilą, gdy zmieniał się wiatr.

W zależności od samopoczucia, pojęcia takie, jak EUTANAZJA, prosperowały w wyznaczonej scenerii; podagra decydowała o kształcie świata, wytyczała mu głębię, zakreślała granicę intelektualnych dociekań. Wtedy, przez ułamek sekundy, wydawało im się, że orbitują w tym samym kierunku. W hołubcach wokół jakiejś doktryny, dochodzili więc do wspólnych przemyśleń.

Lecz gdy zbliżała się pora na obiektywne sądy, Piotr, dykteryjkami, rozwiewał poglądy Karola. Ten nie zostawał mu dłużny, a więc mnożyli zbędne dialogi, a więc szermowali oskarżeniami, wdawali się w spory, zacietrzewienia i niekończące się zagrywki poniżej pasa, by, na koniec, wybuchnąć śmiechem, by, w końcu, unicestwić powód do gniewu. A jako że brak idei, też jest ideą, uznali, że zwózka drzew do lasu będzie tematem całkowicie bezpiecznym.

Pogodził ich wspólny rechot na myśl o wydarzeniach, które zostały za nimi, o wrażeniach wypreparowanych z pamięci: – och, Atlantyk nocą – mawiał Piotr, – och, Pacyfik oglądany z wodnego roweru – wtórował mu Karol.

I zanosili się sztucznym entuzjazmem, niemal wyciem do księżyca, co pozwalało im się odprężyć, opamiętać, co pozwalało im mieć „potąd” owych wspomnieniowych wzruszeń, roztkliwień i emocjonalnej kolki, bo przytrwożyła ich wizja przyszłości, bo jakoś nie byli przekonani o tym, że świat, z którego się wypisali, powlecze się bez nich dalej, bo męczyły ich prognozy na najbliższe zaś. Toteż, krztusząc się i parskając stereotypami, czekali na zmianę nastroju, na kieszonkowy cud. Znak, który by umożliwił im rejteradę z codzienności, ucieczkę w stan, w którym na serio, mogli by poharcować wśród słów i zdań tak wydezynfekowanych z aluzji, jak rosołowe z kością, czy mleko prosto z krowiego cycka.

Laura i Filon

Muszę powiedzieć, że nigdy przedtem nie było aż tylu matuzalemów w jednym miejscu. Jeżeli dotychczas zdarzały się większe imprezy, jak, dajmy na to, stypy, jeśli wcześniej wszyscy zgromadzeni ciekawscy mieścili się w nim swobodnie, to teraz panował ścisk i zaaferowany zgiełk. Kiedy zaś poczęła krążyć wieść, że oblubieńcy przekroczyli siedemdziesiątkę, chętnych ujrzenia samobójców przyszło co nie miara. Był więc nie wiadomo z czego dumny dyro A. z bukiecikiem fiołków. Była też nasza przewodnicząca, Ab., przysadzista babina o potężnym głosie i równie gigantycznym sercu. Pojawiły się pielęgniarki prosto z dyżuru. Zjawili się też pobliscy autochtoni z niedalekich pokoi. A wszyscy zaaferowani, podnieceni, odwaleni w co kto miał. Pan młody, podstrzyżony na małorolnego szlachetkę, ogolony i pachnący lawendą, prezentował się dostojnie, a panna młoda tryskała szczęściem. Umalowana, lecz bez przesady, robiła wrażenie nieśmiałej, mimo to krygowała się jak jaka zalotnisia, kokietka, flirciara, kobieta dysponująca wyraźnymi fragmentami urody.

Historia niczym z filmu: pan młody miał dosyć poprzedniej. A z obecną czuł się całkiem do rzeczy. Oboje mieli ryzykanckie usposobienia, postanowili przeto „wyjść na przeciw kosmatym skłonnościom”, jak powiedział świadek, złośliwiec, kumpel z sąsiedniego wyra, zawistny, że to nie on zdobył się na odwagę i przepuścił taką okazję. Co w pewnym sensie było i moim udziałem, gdyż i ja podzielałem jego zdanie, ja również miałem chrapkę na kobierzec, toasty, pompę w otoczeniu lampionów i ja też nie mogłem przeboleć, że to nie mnie trafia miłosny szlag.

Innymi słowy, spotkali się dopiero na egzekucji. Ślub należał do niezapomnianych wydarzeń. Był częścią atrakcyjnych zajść kończącego się lata. Urozmaiceniem nudy, gdy nie było co robić i pozostawało nam tylko tępe słuchanie wiatru za oknem, kropel bębniących o dach.

Starcy

Byli tu starcy w wieku przebrzmiałym, otępiali, mamroczący, nieustannie zrzędzący i bez przerwy świszczący. Wrażliwi tylko na pogodowe zawirowania, deszcz, śnieg, wiatr, nieczuli natomiast na pogodę ducha współlokatora.

Porośnięci skorupą brudu, cuchnący i zawszeni. Bezdomni faktycznie i bezdomni na niby. Przytargani ze schronisk, działek i dworców. Cierpiący na amnezję i symulanci zdolni do widowiskowych lamentów. Wychodzący na powierzchnię swojej ospałości tylko wtedy, gdy zgadało się o jedzeniu i gdy zadawano im żer, jakieś pożywne kleiki do wytwornego ciamkania, jakieś ohydne breje, o których debatowali psiocząc i przypominając sobie szynkę, krwiste befsztyki, tłuste sosy, potrawy ociekające cholesterolem i młodością.

Byli też starcy jedynie z nazwy. Zadbani, szarmanccy, rozsiewający pachnące komplementy dla dam. Dostojni w sobie, skłonni do żeniaczki, człapiący noga za nogą, gdy znajdowali się sami, maszerujący wojskowym krokiem, kiedy opuszczali swoje garsoniery i wybierali się na podryw.

Zdarzały się też rodzynki. Starcy w wieku poborowym. Chronicznie zdrowi, przedwcześnie zgrzybiali, ale za to poszarpani przez ból i zanik jaźni; ułomne natury porzucone przez nadmiernie wrażliwych.

Byli też starcy in spe. Po ogólniaku lub podstawówce, w pierwszych dekadach życia, którym choróbsko zwędziło młodość i jej dalszy ciąg. Przedwcześnie zgorzkniali, pozbawieni perspektyw, zanadto dorośli, sędziwi małoletni, niezdarnie pląsający o kulach lub nie chodzący wcale. Połączeni braterstwem tragedii, trzymali się razem. Wspólnie zamieszkiwali przydzielone komnaty, a kiedy lekarz im to zalecił, zbiorowo, na swoich rydwanach, jeździli do parku: w najbliższe nieznane.

Marek Jastrząb

Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

źródła obrazu

  • jastrzab: BM