20.05.2025
No to wysmażył nam się po pierwszej turze wyborów prezydenckich ’25 niezwykle ciężkostrawny kotlet. W równym stopniu niebezpieczny dla wrażliwych na obojętność, fanatyczną ciemnotę oraz głupotę polityczną. I na bezgraniczny pęd do pompowania własnego ego, bez względu na możliwości i okoliczności. Nie dość, że tradycyjnie, po naszemu, zbyt lekką ręką doprawiony, czyli przesolony, przepieprzony, to jeszcze niespodziewanie potraktowany zamaszystym sypnięciem palącego ognia jalapeño.
Mało optymistyczne okazało się zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego nad Karolem Nawrockim zamknięte w granicach błędu statystycznego. Spodziewane przez wielu najniższe miejsce na podium zajął Sławomir Mentzen gromadząc prawie 15 % poparcia. Jednak czarnym koniem tej gonitwy okazał się Grzegorz Braun plasując się na czwartym miejscu z pulą ponad sześciu procent głosów. Osiągnięcie nie przewidywane chyba przez niego samego, to ta, symbolizująca go i do niego pasująca ostra – nomen omen – przyprawa powyborczego dania. Nieukrywane zadowolenie zawodników trzeciego i czwartego widoczne gołym okiem, nieoglądane na ogół szczere uśmiechy i rozluźniona twarz Mentzena, także jego wypowiedzi pozbawione wreszcie mechanicznej sztuczności i powtarzalności cyborga. Zmiany w poglądach nie wystąpiły, a nawet stężały dzięki osiągniętej pozycji. Właściwe miejsce Hołowni, w nagrodę za to, że całą mocą pakował się na afisz nie dla niego. Na wspomnienie zasługuje jeszcze poszatkowana lewica, a to wyłącznie dlatego, że może odegrać rolę języczka u wagi. Nad resztą towarzystwa niech miłosiernie zapanuje milczenie.
Klamka zapadła, podano zrazu nieoficjalne wyniki, ale to wystarczyło za ładunek inicjujący. I nagle wszyscy doznali iluminacji i spietrali się, bo wystarczyła tylko najprostsza matematyka, żeby przekonać się, że skonsolidowana – teoretycznie – prawica dysponuje w tej chwili ponad pięćdziesięcioma procentami głosów, co daje popieranemu przez nią kandydatowi murowane zasiedlenie Pałacu Namiestnikowskiego. Na koszt podatników. I nieistotne czy to będzie kanciarz, oszust, malwersant czy też wielbiciel ciemnych interesów i sympatyk typków spod ciemnej gwiazdy. Czyli taki tutejszy, wschodnioeuropejski, spaprany duplikat Trumpa. Notabene: W amerykańskim oryginale równolegle z MAGA, acz nieoficjalnie, z powodzeniem działało hasło: Byle nie Kamala.
Zastanawiające: jakież zaklęcie poskutkowało w ostatnią niedzielę w wariancie rumuńskim? Obawa przed nie tylko europejską marginalizacją? To chyba najbardziej była obawa młodych przed powrotem siermiężnej zaściankowości made in russia i życia w cieniu bizantyjskich pałaców. Młodzi już zdążyli zakosztować luzu Europy bez granic, starzy pamiętają jeszcze czasy Ceausescu.
A u nas? To młodzież wespół z kobietami przechyliła szalę październikowego ’23 zwycięstwa. Gdzie oni byli/są/będą w tegorocznych o wszystko rozgrywkach wyborczych? Wiem, w pierwszej turze dali energię Mentzenowi i Zandbergowi, czyli temu bardzo groźnemu ze względu na możliwości w drugiej turze i temu, który może być przydatny po naszej stronie racji. Jak młode głowy rozdzielą głosy przy drugim podejściu? Ilu ich ruszy do urn, bo już słychać głosy zniechęcenia (olewania?). To można tak najpierw walczyć, a potem machnąć ręką? Anglicy do dziś płaczą, że dali się wmanewrować w Brexit, Rumuni z dobrym skutkiem wzięli sprawy w swoje ręce.
I w takiej sytuacji ujawnił się powstaniem z politycznego marginesu stary kocur Korwin-Mikke i przyklejając się do uszczęśliwionego wynikiem osiągniętym w pierwszej turze wyborów prezydenckich Brauna, zaznaczył swą nieruchawą ruchliwość strzyknięciem na platformie X wpisu, który żywcem przeniosłem do tytułu. Wyrafinowanej inteligencji nie można temu odmówić.
*
Siedząc rano nad dopitą kawą i dręcząc klawisze, próbowałem coś ujrzeć w świeżych fusach. Chyba nie mam zdolności, niczego nie wyczytałem. W perspektywie – prawie dwa tygodnie jakiejś w pewnym sensie nerwówki. W końcówce życia niepotrzebne mi bycie w czarnej dziurze, żeby nie powiedzieć dosadniej. Pozostaje nadzieja? Ileż to już ich było…
WaszeR d. Londyński

Niech żywi nie tracą nadziei, to z Juliusza Słowackiego, zacytuje jeszcze kontekst „ Lecz zaklinam: niech żywi nie tracą nadziei/ I przed narodem niosą oświaty kaganiec;/ A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,/ Jak kamienie, przez Boga rzucane na szaniec!”. I jeszcze końcówka z Mojego testamentu: „Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,/ Co mi żywemu na nic, tylko czoło zdobi;/Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,/ Aż was, zjadacze chleba — w aniołów przerobi.” Nie sądziłem, ze będę wieszcza cytował, ale chwila taka, ze trzeba o nim przypomnieć.
Brawo!
Jan Kochanowski: „Nie porzucaj nadzieje, Jakoć się kolwiek dzieje: Bo nie już słońce ostatnie zachodzi, A po złej chwili piękny dzień przychodzi”. Mniej wzniośle…ale bardzo optymistycznie….
Sięganie do Juliusza Słowackiego i Jana Kochanowskiego bardzo piękne i jak najbardziej na czasie i na miejscu. Warto nie tylko z nadziei obydwu tych wielkich poetów wyciągnąć współczesne wnioski. Po pierwsze nic nie jest jeszcze przesądzone. Po drugie wszyscy musimy dać z siebie więcej. Po trzecie i najważniejsze – sursum corda !
Jako stary, „łaciński” jeszcze ministrant sprzed ponad 60. lat, na takie dictum jedyna przychodzi mi do głowy reakcja, może w tym wypadku nie pozbawiona sensu psychologicznego: habemus ad Dominum. I lepiej żeby nie były to prześmiewki.
Cytowanie 'Testamentu…’ Słowackiego przed II turą to zły omen, Panowie… Tym bardziej, że poeta – dla rymu – wstawił
'kaganiec’ zamiast 'kaganka’. Jak się ziści zła wróżba, to rzeczywiście możemy mieć kaganiec tout court, a wtedy będą obowiązywać inne porzekadła o nadziei…