14.11.2025
Prolog
Poniżej mój nieopublikowany felieton z listopada 2019 r. W tamtym czasie nie znalazł uznania u ówczesnych szefów, a naszej wspólnej obecnie pamięci patronów SO, PP Redaktorów Bratkowskiego i Misia. Wtedy jeszcze oddychałem londyńskim powietrzem, raz po raz zaciągając się potężnym haustem tego od urodzenia nadwiślańskiego. I tam, i tu, równolegle z zawodowymi obowiązkami, obserwując i wsłuchując się w niuanse życia najnowszej polskiej ekonomicznej diaspory, której przekrój stanowił jakby Polskę w miniaturowym wymiarze, z jej zaletami i mankamentami. Niestety, był to czas, kiedy już Covid coraz śmielej wkraczał w granice Europy i zaczynał wywracać istniejący subiektywny porządek komplikując ludziom codzienność. I kiedy dwukrotnie pandemiczne restrykcje zablokowały mnie, w obu przypadkach po prawie pół roku w Polsce, kiedy posypały mi się możliwości względnie za Kanałem normalnego życia i pracy, a ciężar dźwiganych lat i doświadczeń dołożył swoje, niedostrzegalnie ponownie zacząłem zapuszczać korzenie w rodzinnej mazowieckiej ziemi. W przenośni i dosłownie, zapełniając stresotwórczą pustkę dyletanckimi wysiłkami nad aranżacją przydomowego ogrodu. I tak już pozostało, choć do dziś w postaci nieformalnego rozwodu z angielską tożsamością.
Wówczas to w każdym zakątku świata i wielu dziedzinach zachodziły w przyspieszonym tempie rozmaite przewartościowania przy towarzyszącej temu niepewności, a nawet lęku, wymuszając zmiany trybu życia, nawyków, banalnych, acz ułatwiających życie przyzwyczajeń. Europa ledwo dawała sobie radę z Covidem, Wielka Brytania dojrzewała do Brexitu, a w naszym kraju w najlepsze szarogęsiła się niszczycielska prawica. Na medialny i decyzyjny wierzch wypływały moralne męty, cyniczni krzykacze, bezczelne złodziejskie hordy prowadzące swój proceder w świetle powykręcanego prawa, znajdując w pospólstwie posłuch, podziw, a nawet aprobatę. Byłem – jestem – jednym z tych niepogodzonych z tamtymi patologicznymi realiami. I o tym właśnie, o niewielkim wycinku z moich doświadczeń w kontekście nadal występujących nieprawidłowości ów archiwalny tekst z 2019 r.
*
Bój, horror, obczyzna
To, że przeprowadzane od kilku lat 11 listopada marsze niepodległości śmierdzą nie tylko dymem odpalanych z wiele znaczącą lubością rac i petard, wiedzą nawet ci amatorsko lub przypadkowo stykający się rokrocznie z tematyką. To, że wylukrowane opowieści organizatorów snute przed, hura emocjonalne tyrady w trakcie, a dosyć mętne i nieprzekonujące tłumaczenia po, jedynie potwierdzające zapaszek, wiedzą wszyscy również. W tym roku mętnie było już w przededniu wydarzenia, a to za sprawą uzbrojonej w różaniec zaciśniętej pięści. I tegorocznego lejtmotywu: „Miej w opiece naród cały”. Nie instytucjonalny Kościół Katolicki ustami swoich w przewadze wyalienowanych pasterzy, nie schizmatyczna religia toruńska tubami cwanego redemptorysty, tylko falanga cyklicznych zadymiarzy wznosiła tekstem pieśni maryjnej prośbę w imieniu narodowego stada. Jest społeczny mandat? Już dwa lata temu hasło marszu „My chcemy Boga” jednoznacznie określiło zamiar żerowania organizatorów na uczuciach tzw. religijnych rodaków, na stosunku do Boga, wiary i Kościoła. Zeszłoroczne zdecydowanie to potwierdziło wzbogacając siłę nośną o dwa niełatwe do zdefiniowania pierwiastki: Honor i Ojczyzna.
Prezes Stowarzyszenia „Marsz Niepodległości”, ONR-owiec, Robert Bąkiewicz tak je uzasadniał: Jest to hasło, które dobrze wszyscy znamy. Jest ono kwintesencją drogi do odzyskania niepodległości. Jest kwintesencją marszów niepodległości.
Czyżby? Znać może znamy, bo wyświechtane, zdewaluowane, bez pierwotnego ciężaru gatunkowego. Gorzej jednak ze zrozumieniem. Głównie u jego głosicieli. Dało się to zauważyć i w tym roku na warszawskiej trasie przemarszu: parteitagowa sceneria i ksenofobiczne zachowania uczestników nieadekwatne do deklarowanej przewodnim hasłem wagi i namaszczający zgromadzenie Bąkiewicz składający judaszowe pocałunki na krucyfiksie. Jaki pan, taki kram. A i tak było spokojniej niż we Wrocławiu, gdzie po rozwiązaniu międlarowo-rybakowego marszu doszło do ostrych starć z policją.
Zareagowała pamięć przywołując epizod sprzed kilku lat, z życia w obcym kraju, gdzie przecież Polska współczesna w pigułce za sprawą potężnej fali najnowszej unijnej emigracji ekonomicznej.
*
To był prawie przyjaciel. Młodszy o bez mała pokolenie – rocznik ’69. Ale wspólna poniewierka w realiach nie zawsze łaskawych emigracyjnego życia szybko zatarła różnicę lat. Podobnie stało się z krańcowo odmiennymi charakterami. Wiele rozmów i na różne tematy, wymiana poglądów i wyjaśnianie wątpliwości, dochodzenie w wielu przypadkach do zbliżonych stanowisk. Jeden czerpał z doświadczeń ustabilizowanego dotychczas życia kamrata, próbując to i owo zaszczepić na własnym gruncie, drugi wysłuchiwał dumnych opowieści o nietuzinkowych tradycjach rodzinnych, zwłaszcza tych dotyczących działalności konspiracyjnej w czasie ostatniej wojny. Ten młodszy wydawał się człowiekiem kontrowersyjnym, ale godnym zaufania. Z czasem zaczął jednak ukazywać swoje drugie, to nie do zaakceptowania oblicze. Cała seria niehonorowych zachowań wyostrzyła uwagę starszego, lecz dopóki mógł prolongował mu kredyt zaufania. Z chwilą kiedy długi czas prowokowany los osadził tamtego wreszcie na cuchnącej mieliźnie życia, kiedy w desperacji wyparła się go najbliższa emigracyjna rodzina, zerwały się również ich obu łączące przyjacielskie więzi. Zamknięty został definitywnie ten rozdział Ostatnim listem do przyjaciela, którego fragment poniżej:
Bóg, Honor i Ojczyzna – zostawmy szczytne hasła,
chełpisz się wszak, że godność przodków dobrze znasz.
Lecz sam, pomimo że lepiej od nich masz,
pogardę dajesz światu, co za dni twoich nastał.
I o powrocie haseł, nie prawych gestów, marzysz.
A wiesz, że honoru broniło się świtem bladym?
A znasz tajemnicę odemkniętej szuflady,
gdy w lustrze próżno szukać odbicia własnej twarzy?
*
Dziwował się swego czasu pod moim tekstem na SO człowiek nadprzeciętnie inteligentny, a czujący prostego, nie tylko satyrycznego, bluesa, że ja o lokalsach, sprawach peryferyjnych, jednostkowych, posądzając mnie między wierszami o niezrozumiałą dla niego prywatę. Uważał on otóż, jak mniemam, że najważniejsza Polska to Warszawa jeno, Kraków, Wrocław, Poznań, Gdańsk. Nie wyprowadziłem wtedy człeka z błędu wiedząc, że nadejdzie i czas zrozumienia. Bo to przecież oczywiste, że pani Kitwasińska z Pcimia Średniowielkiego, przekonana przez własne niewyprasowane sumienie, wszedłszy w drodze powrotnej z niedzielnego spotkania ze Słowem Bożym w sąsiedzki ideologiczny spór z przemaglowaną przez każącą cotygodniowo ambonę miejscowego proboszcza panią Kociubińską, odda w najbliższych wyborach ten właściwy głos, być może zostając nieświadomie języczkiem u wagi na wagę złota. To tam, w lokalnych ojczyznach, dzieją się sprawy decydujące. Tam są prowincjonalne Termopile, tam bezimienni bohaterowie i zdrajcy.
Nie jestem wielkomiejskim obserwatorem takiegoż życia. Nawet tu, w wielkiej londyńskiej metropolii, interesują mnie enklawy małych ojczyzn, tych emigracyjnych i tych nadwiślańskich. Ich występowanie; osamotnienie w rozproszeniu i zazębianie w zagęszczeniu. Czasem zaskakująco licznych i żywotnych, czasem mikroskopijnie niewidocznych. Wrzenie w nich emocjonalne, bądź nihilistyczny marazm. Współistnienie z ojczyznami egzotycznymi. Tym bardziej, że to nie tylko emigracyjny problem, że i w dzisiejszej Polsce różne bywają polskie ojczyzny, w jednej rodzinie, pod jednym dachem. Różne między nimi tarcia, anse i zależności. Zanoszenie próśb lub modłów o jedność narodową, roszczenie sobie prawa do występowania w imieniu Narodu, w trakcie ustawicznego segregowania obywateli i utrwalania podziałów społecznych jest dla mnie nie tylko niezrozumiałe, ale wręcz obrzydliwe. Zwłaszcza, gdy przy pełnym błogosławieństwie i zadowoleniu fanatycznej religijnej konserwy. Tudzież czających się w kuluarach cynicznych graczy politycznych.
Widać to nie symptom wyłącznie naszych czasów – tak było, jest i pewnie będzie, że tym pajacom od boga, honoru i ojczyzny wszystko się porąbało. To przechodzi wszak z pokolenia na pokolenie. A przykład dla maluczkich, jak zwykle, idzie z góry, żeby nie powiedzieć nawet z tych warstw najwyższych, niebieskich, nieosiągalnych – tamtejszy Baca, choć zniesmaczony dolatującym z padołu smrodem – bezradny, też snadź nie panuje nad ziemskim stadem, a właściwie nad rozpasaniem juhasów i podległych im zaganiających psów.
A stado, jak to stado, w bezhołowiu pędzi bezrozumnie i na oślep tratując co popadnie.
*
Epilog
Sześć lat później, w tymże bieżącym 2025., ponownie staje się faktem coroczna kontynuacja nie tyle celebrowania Święta Niepodległości, co jednoczesnego nobilitowania i plugawienia bardziej medialnej plenerowej inicjatywy znanej pod nazwą Marszu Niepodległości. Marszu zorganizowanego na rocznicowej kanwie, a zawłaszczonego przez prawicowe środowiska, głównie tej prawicy skrajnej, omalże faszystowskiej, a bez wątpienia przy współudziale różnej maści łobuzerii i chuliganerii. Tegoroczne hasło mocne, bez, tym razem, religijnego uskrzydlenia, dla zimnokrwistych realistów jednak pobożnożyczeniowe: JEDEN NARÓD, SILNA POLSKA.
Kilkunastoletnia już tradycja maszerowania w tym dniu na dość długiej trasie, w zamiarze swym nostalgiczno-patriotyczno-solidarnościowa, niezbyt dobrze kojarzy się ogółowi mieszkańców Warszawy. Idea sponiewierana nie tylko przez rozochoconych etatowych zadymiarzy, ale i przez osoby ogólnie znane, z kręgów państwowych, partyjnych czy różnych organizacji społecznych, których fizyczna obecność z otwarcie manifestowanymi przekonaniami, lub na marszu jej brak, a w zastępstwie wystosowane przesłania o zabarwieniu charakterystycznym dla nadawców, a także wszelkie organizacyjne tarcia i przepychanki na gruncie politycznym i administracyjnym, zawsze powodowały podgrzewanie atmosfery, wzmożenie fermentów i ogólnego niezadowolenia na długo przed terminem uroczystości. Nie inaczej było i w tym roku. Na scenę wyszli poważni aktorzy, jak nigdy do tej pory ze sobą zgodni, a to, że w słusznej sprawie, nie zmienia faktu, że zamieszali ile wlezie pospólstwu w głowach, przybliżając możliwość kulminacyjnego zagęszczenia niekontrolowanych emocji punktualnie 11 listopada. No bo największa patriotyczna manifestacja, jaką jest przemarsz tysięcy uczestników, bez burd i zadym, a burdy i zadymy bez rac i petard?! Nierealne!! W celu osiągnięcia wspólnych korzyści w dniu Święta Niepodległości zawiązali otóż spisek: szef MSWiA, wojewoda mazowiecki, prezydent stolicy i kierownictwa służb mundurowych, a efektem tego porozumienia miało być zwiększenie bezpieczeństwa osób w świętowaniu czynnie uczestniczących i wszystkich postronnych, wyłącznie tego jednego gorącego dnia. W tym celu w mieście stołecznym wprowadzony został zakaz używania materiałów pirotechnicznych, noszenia broni oraz wykonywania przelotów dronami. O posiadaniu pustych butelek po spożyciu alkoholu oraz używaniu chemicznych środków wzmagających agresję oficjalnie nie wspominano, apelując jednakowoż o zachowanie spokoju i wykonywanie poleceń służb.
Nie tylko chyba ja czarno to widzę na kilka godzin przed startem uroczystości. Ale wypada wstrzymać się z wróżeniem z fusów licząc, że zadeklarowana w marszu obecność najważniejszych w przestrzeni publicznej osób, w tym Prezydenta RP Karola Nawrockiego z małżonką, ostudzi nastroje wprowadzając jednocześnie mir wspólnego świętowania.
Finał
Jak było, podawały z różnymi szczegółami wszystkie informacyjne media, nawet zagranica określała tę największą cykliczną demonstrację w Polsce jako jedną z największych prawicowych demonstracji na świecie, podkreślając udział w niej Prezydenta RP i spokojny przebieg.
Na starcie rutynowo, w związku z tym mało ciekawie. Składanym wieńcom różna towarzyszyła oprawa, różne teksty przemówień i towarzyszące im emocje. Kto miał mlaskać żółcią i jadem, wymlaskał co swoje, znane zresztą już od lat. Ktoś zwyczajny stadionowych manier, wyryczał, co mu na wątrobie, bez związku treści z okolicznościami, miejscem i czasem. Ktoś stonowanym tonem rzeczowo ripostował przy akompaniamencie „ktosiów” wygwizdujących swoj brak argumentów i kultury oraz menelską bezsilność.
Sam marsz jednak przebiegał spokojniej niż w poprzednich latach. Pirotechnika od początku oczywiście pojawić się musiała, wiadomo, kolorystyka również. Były więc odpalane race i pochodnie, co i rusz w tłumie następowały sporadyczne wybuchy, nie nadmiaru emocji bynajmniej, co skrzętnie skrywało charakterystyczne czerwone zadymienie. Do momentu zejścia czoła pochodu na błonia wokół stadionu służby nie odnotowały żadnych incydentów, jak również nie pojawiły się informacje o osobach zatrzymanych. Te wypłynęły dopiero na zakończenie uroczystości, przy jej podsumowaniu: orientacyjna liczba czynnie uczestniczących – 100 tys., kilkadziesiąt osób już zatrzymanych, kilkaset zarekwirowanych sztuk materiałów pirotechnicznych, utrwalone monitoringiem twarze i sylwetki domorosłych ogniomistrzów i kanonierów, do wykorzystania w bliskiej przyszłości przez kolegia ds. wykroczeń i sądy. Nie odnotowano jakichś spektakularnych szkód materialnych na trasie przemarszu.
A prawdziwie patriotycznie to było gdzieś na poboczach, w parkach, gdzie całe rodziny z dziećmi i biało-czerwonymi flagami, z podekscytowaniem i uśmiechami na twarzy. I tekstem hymnu na nieporadną melodię na małoletnich ustach.
WaszeR d. Londyński

WaszeR d. Londyński zrobił rzecz rzadko spotykaną: napisał felieton, który jednocześnie grzeje serce, piecze sumienie i masuje mózg. I nie chodzi tu tylko o to, że ma talent do malowania słowem pejzaży emocjonalnych i historycznych, ale o to, że jego obserwacje mają w sobie prawdę – tę, która nie krzyczy z banerów, tylko mieszka w domach, kawiarniach, ogrodach i podniszczonych paszportach.
„Bój, horror, obczyzna” to nie jest zwykły rozrachunek z polskim nacjonalistycznym kiczem i marszową megalomanią. To osobisty palimpsest złożony z międzykulturowych doświadczeń, zawiedzionych przyjaźni i nieprzeżytych nadziei, w którym każdy akapit niesie w sobie jednocześnie czułość i gniew. Autor nie idzie na skróty. Ucieka od prostych etykiet, od wygodnych narracji. Zamiast tego daje czytelnikowi opowieść – gęstą, literacko dopieszczoną, przeplataną ironią, liryką i subtelnym poczuciem humoru.
Jest tu wszystko, co powinien mieć dobry felieton: ostrze, treść i duszę. Krytyka Marszu Niepodległości nie jest jedynie ideologicznym próżniakiem – jest zranionym apelem o normalność, o Polskę bez krzyków, bez sztucznego patosu, za to z dziećmi śpiewającymi hymn w parkach. Ten kontrast – pomiędzy narodową paradą a rodzinnym piknikiem – to najcelniejsza metafora współczesnej Polski, jaką można było wymyślić.
WaszeR pokazuje też, że patriotyzm nie musi mieć formy opakowanej w race i pochodnie. Może pachnieć ogrodem w Mazowszu, dźwięc brakiem przelotu drona, mieć postać listu do utraconego przyjaciela. A ironia tego tekstu nie jest jadem – jest formą wyrafinowanego oporu wobec narodowej farsy, która od lat udaje sacrum.
W kraju, gdzie publicystyka często ogranicza się do klikbajtowego rechotu albo rozemocjonowanego patosu, felieton WaszegoR to głos dojrzalszy. Pełen szarości, wahania, refleksji. Taki, który nie wali prawdą po głowie, tylko siada naprzeciwko i opowiada. I choć nie brakuje tu celnych strzałów, to jednak bardziej przypomina to strzelanie z procy zrobionej z sumienia niż z ideologii.
Tak się pisze o Polsce. Tak się pisze o sobie. Tak się pisze dobrze.
Autor uderza w punkt: najgłośniejsze hasła patriotyczne troszą się najmniej o patriotyzm. „Bóg, Honor, Ojczyzna”] wznoszą ci, którzy żyją bez nich. To nie nowy paradoks – to cykliczny schemat polskiej elity: słowa o jedności głoszą ci, co dzielą; o moralności – podejrzani o demoralizację; o Ojczyźnie – ci, którzy jej nie służą, a tylko się nią posługują.
Istotna refleksja w tekście to nie krytyka samych marszów, ale diagnoza: patologia schodzi z góry. Elity – polityczne, religijne, ideologiczne – dostarczają scenariusz; tłum go odgrywa. Kościół błogosławi osiłkom z racami. Dygnitarze manifestują bezwstydnie nihilizm. Wszystko przywdziane szatą słusznych wartości.
Są widoki ratunku: WaszeR zauważa, że rzeczywisty patriotyzm żyje na poboczach – w małych ojczyznach, gdzie pani Kitwasińska z Pcimia podejmuje decyzje ważniejsze niż warszawskie przemowy. W rodzinach z biało-czerwonymi flagami na ogrodzeniach. Tam, gdzie nikt nie ogląda.
Smutek człowieka, który czuwał nad tym, co niszczeje, ale wciąż dostrzega okruchy autentyzmu. I to daje nadzieję.