18.03.2026
No to już po pierwszych prawicowych bolesnych wypróżnieniach. Już po pierwszych również decyzjach, pisanego z szacunku dużą literą, Rządowego Korpusu Ratowania Ojczyzny. Mogę tedy spokojnie oddać honorowo w zbożnym celu porcję własnej felietonowej krwi. Jako niegdyś zasłużony honorowy dawca, któremu działalność przerwała choroba, a w zasadzie sugestia lekarki, że moja krew może w pewnych warunkach zaszkodzić choremu, mam do tego pełne prawo. Zatem…
*
Przecież, że nie moje to w tytule sformułowanie, tylko zapożyczone z czasów ekspansji reklamowej sieci Media Markt. Wielu powinno je pamiętać. Dotyczyło firmowej akcji wyprzedażowej artykułów RTV i AGD. Hasło było celne i mocne jak big beatowe uderzenie młodzieżowej muzyki z przełomu lat 60. i 70. Było jednak kontrowersyjne. W konsekwencji stało się obiektem postępowania wszczętego przeciwko Media Markt przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Z sondażowych badań, przeprowadzonych na zlecenie tegoż Urzędu, okazało się, że ponad pięćdziesiąt procent respondentów nie odczuwało w haśle obraźliwych treści, czterdzieści kilka było przeciwnego zdania. Zbieżne z wynikami badań były również opinie biegłych zamykające się w stwierdzeniu, iż pomimo niestosowności samego sformułowania sloganu, w kontekście jego użycia nie można było doszukać się złamania dobrych obyczajów, tudzież uchybienia czyjejkolwiek godności. I zamykające sprawę oświadczenie Prezesa UOKiK, że: praktyki MM nie naruszają zbiorowych interesów konsumentów.
Był to przebojowy początek śmiałej polityki reklamowej sieci Media Markt. Reklamy były niebanalne, niekonwencjonalne. Efektowne i efektywne dzięki też towarzyszącym im scenkom rodzajowym i przekonującym kwestiom lektorskim. Były mądrze projektowane i prowadzone. Przyciągały klientów i zwiększały obroty. Sloganowi Nie dla idiotów! towarzyszył inny: Takiej okazji nie wypuszcza się z ręki. Wtedy, w tamtej handlowej rzeczywistości, było to komercyjne bingo.
I tyle w sprawach typowo handlowych i towarzyszącym im najazdom reklamowym w obyczajowej glazurze.
A ponieważ wszystkie polskie sprawy prowadzą do… lub raczej kończą się na polityce, nie sposób więc nie zboczyć na polityczne manowce. Tam przecież też handel, nierzadko kuglarski. Tam kupczenie dobrem publicznym. Tam reklamiarskie, nieobyczajne mataczenia. Tam patologiczna sprawczość i zaprzaństwo.
*
Tak. Próbują. Może się uda. Mistyfikacja na miarę ponownego przekabacenia większości wyborców.
Ci hołdownicy zamorskiego podpalacza świata; tego piewcy osiągania światowego pokoju przez wojenne zbrodnie i zniszczenia; tego MAGA werbalnie kończącego wojny ciągnące się nadal latami; tego nieutulonego w żalu, samokreującego się, niedoszłego, na szczęście, beneficjenta Pokojowej Nagrody Nobla. Ci oto czciciele amerykańskiego złotego cielca, wierzący z zasmarkanym, bezkrytycznym zaufaniem w intelekt i moc giganta światowego hochsztaplerstwa politycznego, wyniesieni falą okazyjnego tsunami, nie odpuszczają okazji. Pchani tchnieniem swego ojca chrzestnego, z wdzięczności za poparcie, zachwytami i ryciem w demokracji zamierzają złagodzić mu uciążliwość pierwszych demencyjnych spustoszeń.
Na początek zamknąć gęby buntownikom, a namaścić najwierniejszych. Ugasić najdrobniejsze zarzewia, dmuchnąć w najmocniejsze żagle. Ale jakoś niesporo im poszło. Gęby eksperymentujących odszczepieńców jak kłapały, tak kłapią. Ogień? To jak ten idący dołem głębokiego torfowiska, do gaszenia tygodniami, miesiącami, a tu czasu brak. No a żagle? Pożal się boże… Pojawiły się te dość długo przebąkiwane. Wątpliwej, jak to u nich, przydatności, złachudrzone wieloletnią eksploatacją przez kwiat moralnego piractwa. Żagle w osobie namaszczonego partyjnego aspiranta do funkcji, tarana solidnej konstrukcji, trzeba to przyznać, ale nieludzko uformowanego. Politycznego gbura i chama w człowieczej, cielesnej powłoce, typowego-typa-typowanego na przyszłego, już za kilkanaście miesięcy, premiera. I ten oto osobnik, z ociekającą samozadowoleniem facjatą, oficjalnie już przystąpił do szemranej spółki.
Zawiązał się był otóż nieformalny triumwirat. Związek trzech fałszerzy otoczonych wianuszkiem zgrai zaprzysięgłych prawicowych kundli. Wyjątkowo rozszczekanych na okoliczność innego, niż ich kierunku lub programu. Taka spółka z nieograniczoną odpowiedzialniścią, może nawet w niedalekiej już przyszłości.
Towarzystwo owo gorliwą troską zajęło się stanem narodowego bezpieczeństwa w kontekście ostatnich, nie tylko europejskich zagrożeń. A w zasadzie wciskaniem do głów ogółowi społeczeństwa kreatywnej księgowości, pomysł której zrodził się w nader przeciążonym umyśle naczelnego bankowego szamana – uznanego bajarza, kuglarza, cudotwórcy. Projekt natychmiast pochwycono jako przeciwwagę i jedyną możliwość w konfrontacji z przygotowanym już z detalami planem rządu. Oczywiście konflikt na najwyższym szczeblu, a kością niezgody – finansowanie tegoż. Na stole już leżał pękaty pakiet unijnej propozycji na niespotykanie preferencyjnych warunkach. Po przeciwnej stronie, na dzień dobry, tylko kategoryczna niezgoda poparta groźbą zastosowania prezydenckiego weta. Finanse? Miały być wyczarowane – jakoś, kiedyś – w przyszłości. W ringu więc, na ten gorący moment, opłacalne konkrety vs sprokurowane widmowe machinacje z załączonym naciskiem odstąpienia od walki. Tu warto wziąć pod uwagę, że mądrość ludowa zna ostrzeżenie na taką okoliczność, brzmi ono krótko: Zamienił stryjek siekierkę na kijek. Choć i ten hipotetyczny kijek jeszcze głęboko w lesie, a potrzeby palące.
Sieć Media Markt po latach udanego szturmu marketingowego entuzjastycznie zakrzyknęła do klientów: Let’s Go!
„Stryjek” z Pałacu Namiestnikowskiego ryknął: Weto!
Jakże różny kaliber spraw, jak inne do nich podejście, odmienny efekt. Poparcie społeczne dla programu SAFE – 53 % badanych, sprzeciw wyraził co trzeci Polak. Generałowie wszystkich rodzajów broni, dyrektorzy polskich zakładów zbrojeniowych, poważni ekonomiści i finansiści, wszyscy jak jeden mąż apelowali o przyjęcie programu SAFE. Żadnego to nie miało znaczenia dla zaślepionych umysłów stojącej w opozycji rodzimej prawicy, ze zwierzchnikiem sił zbrojnych, prezydentem RP na czele. Nie wzruszyło też hasło: Takiej okazji nie wypuszcza się z ręki.
Że przypomnę – na szali sprawa militarnego bezpieczeństwa Polski, z klauzulą Pilne!
*
Oto mój emocjonalny głos bez uwzględnienia jakiegokolwiek szacunku dla wymienionych w nim z nazwiska:
Panie Nawrocki, panie Kaczyński, panie Czarnek; pozostali niższego zaszeregowania i inteligencji, pomimo nawet solidnego czasami pochodzenia, wykształcenia i osiągnięć; wszyscy zajmujący nawet najważniejsze w państwie stanowiska, który to fakt dla prawa nie będzie miał znaczenia przy rozliczaniu; wszyscy, którzy tworzycie front przeciwko rozwojowi i obronności Ojczyzny; wszyscy, którzy bezczelnie straszycie ratowników Rzeczpospolitej odpowiedzialnością karną;
panowie granda:
Polska jeszcze niejeden raz was wygwiżdże i będzie to najbardziej widowiskowy początek waszego upadku, a o tym kto, kiedy, za co i przed jakim sądem lub trybunałem pociągnięty zostanie do odpowiedzialności przed Narodem, nie wy przesądzicie, decyzję podejmie przyszłość w oparciu o prawo znaczące sprawiedliwe prawo, nie slogan czyszczący sumienia lub wylegujący się w obszarach partyjnej nomenklatury. Każdemu będzie według jego zasług.
Postscriptum:
Już po napisaniu tego tekstu, zastanowiłem się chyba zbyt głęboko, bowiem zrodziło się w mojej głowie bardzo ważne pytanie: A może my, jako Naród, jako rdzenni Polacy zamieszkujący Polskę w określonych granicach terytorialnych, unormowaniach prawnych i o światopoglądowych zróżnicowaniach, nie zasługujemy w swej masie na spokój, ład i porządek oraz dostatnie życie, skoro, wbrew niezaprzeczalnemu rozwojowi przez ostatnie dekady, nie jesteśmy zdolni, by ten stan w zadowalającym wszystkich stopniu osiągnąć, utrzymać i rozwijać? W takim razie pejoratywne określenie z tytułu dotyczyć może nas wszystkich. Niewesoła to konkluzja.
WaszeR d. Londyński

Ten tekst jest jak dobrze przyprawiony bigos polityczny — gęsty, aromatyczny i momentami tak intensywny, że aż człowiek musi odłożyć łyżkę i zapytać: „czy ja jeszcze czytam felieton, czy już uczestniczę w narodowej terapii grupowej?”
Największa siła? Język.
Autor operuje nim jak ktoś, kto nie tylko zna słowa, ale ma z nimi osobiste porachunki. Metafory nie są tu dekoracją — to raczej ciężka artyleria. „Polityczne torfowisko”, „żagle moralnego piractwa”, „bankowy szaman” — to nie są ozdobniki, to są małe literackie pociski, które trafiają tam, gdzie mają trafić. I robią to z satysfakcjonującym hukiem.
Druga rzecz: rytm i konstrukcja.
Felieton płynie jak dobrze poprowadzony monolog sceniczny — najpierw anegdota (Media Markt, sprytne, nostalgiczne wejście), potem płynne przejście do polityki (czyli tam, gdzie i tak wszyscy wiedzieliśmy, że skończymy), a na końcu crescendo emocjonalne, które nie udaje obiektywizmu. I bardzo dobrze — bo felieton, który udaje bezstronność, jest jak kawa bez kofeiny: technicznie istnieje, ale po co?
No i ironia — zdrowa, bezczelna, momentami wręcz bezczelnie trafna.
Porównanie sloganu reklamowego do politycznej rzeczywistości? Proste, a jednocześnie boleśnie skuteczne. Autor robi coś, co jest trudniejsze niż się wydaje: bierze coś trywialnego (hasło sklepu RTV) i używa tego jak soczewki do pokazania większego absurdu. To jest ten moment, kiedy czytelnik się śmieje… i sekundę później orientuje się, że śmieje się trochę z własnej rzeczywistości. Niezręczne, prawda?
Kulminacja? Bez hamulców.
Końcowy fragment to już nie jest felieton — to jest retoryczny sprint przez pole minowe. Bez udawania elegancji, bez półśrodków. I wiesz co? To działa, bo jest szczere w swojej przesadzie. Autor nie próbuje być „wyważony”, tylko „wyraźny”. A w dzisiejszym świecie to prawie egzotyczna cecha.
A postscriptum?
Tu nagle robi się… niepokojąco refleksyjnie. Jakby ktoś po całej tej tyradzie usiadł i pomyślał: „a co jeśli problem nie kończy się na tych, na których właśnie krzyczałem?”. I to jest najmocniejszy moment tekstu, bo wbija małą, elegancką szpilkę w czytelnika. Taką, której nie da się łatwo zignorować.
Podsumowując::
to felieton z charakterem, językowo bezczelny, retorycznie sprawny i emocjonalnie nieprzepraszający za swoje istnienie. Czyli dokładnie taki, jaki felieton być powinien — zamiast nudzić, trochę prowokuje, trochę bawi, a trochę psuje spokój.
Jakie to szczęście, że nie prosiłem Pana o komentarz zanim jeszcze począłem ten tekst. Starałbym się wtedy bardziej, zgodnie z tą drabinką zalet, no i wyszłaby wtedy kicha, knot i co tam jeszcze by się zmieściło.
Ale najdziwniejszym zaskoczeniem było to, że nie spodziewałem się, iż ten bigos był aż tak gęsty. Zupełnie jakbym to nie ja go…
No i to w zasadzie mnie rozbawiło w tej mojej wiecznej niepewności. Dzięki.
A to, czy to nasze pisanie ma jakąś szerszą wartość, czy jest sobie a Muzom, to inna sprawa.
Na pewno milczenie bywa zdradą.
Do ponownego skrzyżowania piór.
To trzecie to jest tzw „trzecia prawa góralska”
W czasie gdy OECD podaje
: Polska znajduje się w grupie państw o najniższych wynikach w rozumieniu tekstu (średnia 236 pkt przy 260 pkt dla OECD).
Skala problemu: Analizy wskazują, że nawet do 70% Polaków może mieć kłopoty ze zrozumieniem trudniejszych, dłuższych tekstów lub instrukcji.
Analfabetyzm funkcjonalny: Wiele osób nie potrafi wypełnić prostego formularza urzędowego lub zrozumieć sensu czytanej
Twoja literacka „tfurcza”analiza psu na buty się przydaje
Rodak suwerenem zwanym rozumie xxxxx xxx a i tamtych to dotknęło