29.05.2025
Stołówka
- Razem z gongiem, drżącym truchtem przydziałowych bamboszy, żarłocznym strumieniem, napływała do niej głodna dziatwa staruszków. Odstawiała pod ściany swoje laski, szwedki i balkoniki, siadała przy „swoich” stolikach obitych praktyczną ceratą i mościła się na krzesłach.
- Czas odmierzany tu był posiłkami. Śniadanie, z dymiącą w poszczerbionych wazach zupą mleczną, z chlebem pociętym na opłatki, z kostkami lepiszcza mającego w nazwie „masło”, z miodem, dżemem czy twarogiem, z kubkiem kakaowej cieczy w niedzielę, a zbożowej kawy z domieszką ciepła w powszedni dzień, śniadanie to pozwalało otrząsnąć się z nocnych zjaw i uwolnić od desantu demonów paradujących granią sekretarzyka. Pozwalało zapomnieć o strzygach i dybukach produkowanych przez halucynacje, ciemność i ból; odnieść zwycięstwo nad wszechogarniającym poczuciem własnej znikomości.
- Śniadania, do których dożyli, zmywały z ich twarzy nie tylko osad, szlam i śluz wszelkich udręk, ale dawały im ostrożną nadzieję na dotrwanie do obiadu, a kto wie, czy nie na doczłapanie się do kolacji.
- *
- Po wieczerzy, jadalnia zostawała zamieniona w świetlicę z telewizorem i mieszkańcy przed nocną toaletą udawali się do niej. Dyżurny nadzorca odpalał pudło i otwierała się kolorowa przestrzeń. Rozlegał buczący pomruk urozmaicony rozkasłanymi komentarzami z tylnych rzędów, a na ekranie dobre i vice dobre wiadomości grały w salonowca. Do dwudziestej drugiej świetlica zanosiła się od westchnień i pohukiwań ludzi słyszących co trzecie słowo, a rozumiejących tylko te, których nie dosłyszeli. Lecz o dwudziestej drugiej sekund pięć, do świetlicy naelektryzowanej banialukami, wkraczał pielęgniarz z nocnej zmiany i zamaszystym susem dopadał wyłącznika telewizora. Na nic protesty, żachnięcia i odwoławcze spazmy, że „jeszcze parę minut, bo zaraz się skończy”.
- Regulamin, rzecz święta, mówił klawisz, i nie było odwrotu: zakręcał kurek z wodolejstwem i ekran gasł. Zaczynały się zmagania z odstawianiem krzeseł i pochmurnym ciurkiem wracanie do sal.
Dyżurka
- Było to pomieszczenie rozległe. O szóstej rano oddziałowa dokonywała codziennego układania pigułek i mikstur. Na tacki z nazwiskami domowników, wędrowały zaordynowane leki. Ci, którzy mogli zjawić się w niej o własnych siłach, otrzymywali bandaże, plastry i ligninę. A ci, którzy nie wychodzili z łóżek, czekali na pielęgniarki w salach.
- *
- Pomiędzy siódmą, a śniadaniem o ósmej, stawała się pomieszczeniem socjalnym. Przemieniona w izbę do prowadzenia swobodnych rozmów, odizolowana od dźwigania i podmywania, zmieniania podkładów i prowadzenia do ubikacji, od wylewania nocnej zawartości kaczorów i opróżniania podsuwaczy, od sprzątania, odkurzania i wyrzucania rzeczy zbędnych do zbiornika na gałgany, tchnęła odprężeniem.
- Zziajane pielęgniarki i salowe uwalniały się tu od wysłuchiwania ciągle tego samego repertuaru skarg, plotek i pomówień, wyzwalały od wdawania się w nieistotne spory pomiędzy zwaśnionymi mieszkańcami, od bycia ich mediacyjną spluwaczką, od wysłuchiwania ich zwierzeń, stronniczego orzekania o czyjejś winie i stawania się sprawiedliwą stroną konfliktu.
- Równo z zakończeniem porannych toalet, od siódmej do rozbieganych godzin karmienia tych, co nie byli w stanie dojść do jadani, podnieść się z łóżka, ruszać ręką, chwycić za talerz bez rozlewania zupy, czy przełykać bez pośrednictwa wężyka, dyżurka przepoczwarzała się w lokal oderwany od pracy, a zbieżny ze słownym masażem.
Brudownik
- Było to zapasowe królestwo oddziałowej, wnęka z pudłami zastrzyków, strzykawek i bielizny na zmianę, z ostemplowaną pościelą dla ostemplowanych ludzi, istot noszących na sobie przyszły numer kwatery. Był to bezpieczny deptak dla karaluchów, istna promenada, miejsce przechowywania basenów, szczotek i odkurzaczy.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM
