Tadeusz Zatorski: Rozwiązać naród?13 min czytania

()


12.06.2025

Impresje powyborcze

Kto narzeka na werdykty „narodu”, naraża się na spore niebezpieczeństwo. Łatwo może się stać pośmiewiskiem. Przynajmniej od czasów Brechta, który takim grymaśnikom zasugerował, by „rozwiązali naród” i wybrali sobie „nowy”. To skrzydlate słowo poety trzepocze się od bez mała 80 lat w esejach i felietonach, zamykając skutecznie wszystkie „gęby”, które miałyby ochotę pokrzyczeć nie „za”, lecz „na” lud.

Ta fraza jest powszechnie znana, jej kontekst literacki i historyczny już chyba nieco mniej. A warto go przypomnieć, by ów bon mot choć częściowo rozbroić – może być niebezpieczny.

W czerwcu 1953 roku wybuchło w Berlinie Wschodnim powstanie robotnicze przeciwko partii komunistycznej i rządowi NRD. Powstanie brutalnie stłumiono, a wkrótce potem Brecht pisze ów krótki wiersz, zatytułowany Rozwiązanie (‘Die Lösung’). Całość ma postać następującą:

Po powstaniu 17 czerwca
Sekretarz Związku Pisarzy kazał
Rozdawać w Alei im. Stalina ulotki
Na których można było przeczytać, że naród
Roztrwonił zaufanie Partii
I tylko zdwojoną pracą
Może je zdobyć na nowo. Czy nie byłoby
Jednak prościej, gdyby rząd
Rozwiązał naród i 
Wybrał nowy.

Prawda? Ten kontekst jest istotny. Oto „naród” poddany okrutnej opresji buntuje się przeciwko władzy, która bezlitośnie topi ów bunt we krwi, a potem – jak to autorytarna władza – szydzi jeszcze ze skrzywdzonego przez siebie „człowieka prostego”, obiecując, że mu łaskawie wybaczy, jeśli ten sobie na to wybaczenie zasłuży. Ale oczywiście „poeta pamięta” itd. („Poeta” w tamtych czerwcowych dniach zachowywał się zresztą dość niejednoznacznie, ale to już inna opowieść).

Nawiasem mówiąc, niebanalnie wpisał się w tę literacko-historyczną anegdotę zwycięski ostatecznie kandydat: gdy pierwsze wyniki exit poll dały zwycięstwo jego konkurentowi, przemówił do narodu, który – jak się wówczas przez moment zdawało – „roztrwonił” zaufanie jego i Partii, słowami Pisma, żywo przypominającymi wezwanie Sekretarza Związku Pisarzy: „Jeśli upokorzy się mój lud, nad którym zostało wezwane moje Imię, i będą błagać, i będą szukać mego oblicza, a odwrócą się od swoich złych dróg, Ja z nieba wysłucham i przebaczę im grzechy, a kraj ich ocalę” (2Krn 7, 14). To chyba dość dobrze ilustruje, kto w tej opowieści – by sparafrazować Klasyka – gdzie „stoi”.

Przywoływanie dziś Brechta jest ryzykowne. Więcej: jest bez sensu. Po pierwsze mówimy nie o „narodzie”, lecz o jego połowie, niestety tej trochę większej, na dodatek o zbiorowości niepoddawanej żadnej opresji, ba obwołanej uroczyście „suwerenem” i swoje suwerenne prawa wykonującej bez żadnych przeszkód. Mało tego, owa zwycięska połowa, sądząc po niektórych jej zachowaniach w kampanii wyborczej, chętnie sama „rozwiązałaby” tę drugą, a przynajmniej poddała ją intensywnej i przymusowej reedukacji (na Madagaskar wysłać się jej chwilowo nie da). O ile można oszczędzać „skrzywdzonego człowieka prostego”, to „suweren” musi liczyć się z krytyką.

Kłopot w tym, że polski inteligent wychowany na etosie „pracy organicznej” wciąż postrzega „naród” jako wyśnioną szlachetną zbiorowość prostych ludzi, nad którą winien się jako obywatel „po szkołach” i świadomy „pochylić” z „zatroskaniem”, ale od której niczego nie wolno mu wymagać. Bo przecież pozostała na boku wielkich przemian poczerwcowych, nie odniosła z nich żadnej korzyści, padła ofiara „wykluczenia komunikacyjnego” itd. I którą należy traktować z szacunkiem, bo jest nosicielem jakiejś nadprzyrodzonej mądrości. Jeśli ów lud zachowuje się irracjonalnie i nikczemnie, to nasz inteligent będzie szukał winy najpierw u siebie. „Czego nie dopatrzyłem? Co zrobiłem źle? Moją powinnością było wszak «przerobić zjadaczy chleba w anioły», a wyszło, co wyszło. Gdzie popełniłem błąd? Może nie trzeba było rozganiać PGR-ów? I nie kłapać cięgiem o związkach partnerskich, bo «lud» wszak «konserwatywny», nowinek nie lubi?” Tacy inteligenci wciąż zasiadają w redakcjach i na uczelniach. Tylko tego ich „ludu”, upośledzonego społecznie i zasługującego na współczucie, dawno już nie ma. Choć go nikt nie „rozwiązał”.

* * *

Podsłuchane w kolejce do lekarza: „A pani na kogo głosowała? – No jak na kogo? Na tego przystojnego. – To znaczy? – No, na tego, tego… No NIE na tego Niemca”.

(Nie czepiajmy się o byle co. Nazwiska kandydata nie mógł sobie swego czasu przypomnieć nawet Prezydent RP).

Pewnie zresztą niejeden z nas zetknął się z niebieskooką blondynką, która deklarowała chęć głosowania na „kandydata obywatelskiego”, bo to „twardy facet w sam raz na trudne czasy”. I niewiele pomagał argument, że sprawowanie urzędu Prezydenta RP to nie będzie „ustawka” Nawrocki, Kaczyński, Bochenek kontra Putin, Miedwiediew, Pieskow.

W niedokończonej (a szkoda!) sztuce Friedricha Schillera Dymitr książę Lew Sapieha zrywa Sejm prący do absurdalnej wojny, a na argument, że chce jej większość odpowiada:

Mówicie mi – większość!
Cóż to jest większość? Większość to głupota.
Rozum był zawsze w mniejszości – a kto
Nic nie ma, ten się o ogół nie troszczy.
Czyż żebrak wie, co wolność albo wybór?
Wszak musi możnym za łaskawe grosze,
Za chleb, za buty odprzedać swój glos!
Lecz głosy trzeba ważyć – a nie liczyć.
Państwo, gdzie rządzi większość i głupota,
Prędzej czy później musi upaść.

(Przeł. Włodzimierz Lewik).

„Głosy trzeba ważyć – a nie liczyć”. Ładnie powiedziane, tylko: jak to zrobić? I co to miałoby oznaczać? Egzaminy na wyborcę? Jeden z odcinków popularnego w latach 80tych serialu Korzenie rozgrywał się w czasie, kiedy to potomkowie czarnych niewolników otrzymują w USA prawa wyborcze. Ale muszą dowieść, że umieją czytać ze zrozumiem. Pewien starzec mozolnie uczy się na tę okoliczność sztuki składania liter i staje przed komisją – złożoną oczywiście tylko z białych – przyznającą Czarnym prawo do udziału w głosowaniu. Ma przeczytać fragment Konstytucji. Czyta z widocznym trudem, ale czyta. Potem pada polecenie: „A teraz nam to objaśnij”. Niedoszły wyborca wraca upokorzony do domu, a widz pozostaje z obrazem jeszcze jednej wołającej o pomstę niesprawiedliwości i krzywdy wyrządzonej „człowiekowi prostemu”.

Kto miałby układać pytania do takiego egzaminu? Kto egzaminować? Czy pierwsze objawy demencji odbierałyby prawa wyborcze, tak jak teraz prawdopodobnie zaawansowany wiek postawi pod znakiem zapytania zachowanie prawa jazdy? (Wyniki z DPS-ów prowadzonych przez siostry zakonne dają skądinąd do myślenia).

To oczywiste: Nic się tu nie da zrobić. Kościół w swej wielowiekowej mądrości co rusz poddaje wiernych rozmaitym sprawdzianom: przed pierwszą komunią, przed bierzmowaniem, przed ślubem (tylko przed ostatnim namaszczeniem niczego już chyba nie trzeba „zaliczać”). Zacytujmy (też już) Klasyka: „I co? I nic!”. Nieżyjący prof. Zbigniew Mikołejko konstatował gorzko: „Nawet studenci humanistyki myślą, że Trójca Święta to Maryja, Dzieciątko i Józef” (GW 25.12. 2010). Czy od kogoś, kto nie zna składu Trójcy Świętej wolno wymagać wiedzy o trójpodziale władz?

* * *

Żeby zrozumieć „dzianie się świata”, trzeba sięgnąć do jego najgłębszych pokładów, korzeni, czynników pierwszych. Robi się wtedy mniej wesoło, za to bardziej prawdziwie. Śmiejemy się z pani, która głosowała na „tego przystojnego”? To się już nie śmiejmy!

Lata temu Irenäus Eibl-Eibesfeldt, uczeń twórcy etologii, Konrada Lorenza – notabene: etologowie już w latach 70tych ubiegłego wieku ostrzegali przed następstwami imigracji muzułmańskiej, za co obwołano ich pogrobowcami Hitlera – analizował niemiecki rzeczownik Ansehen (uznanie, szacunek), wywodzący się od czasownika ansehen (spoglądać na coś/kogoś). Eibesfeldt wskazywał na ciekawą prawidłowość zaobserwowaną przez badaczy małp naczelnych: w ich stadach poszczególne osobniki dość często i bez specjalnej przyczyny kierowały wzrok ku samcowi alfa, zwykle największemu i najsilniejszemu. Od ansehen pochodzi także przymiotnik ansehnlich. Jego polskie odpowiedniki to: „pokaźny”, „imponujący”, „postawny”, „okazały”, „przystojny”. Pomysł Prezesa Wszystkich Prezesów, by „kandydat obywatelski” nie tylko „miał rodzinę”, ale był także „okazały”, wcale nie był tak niedorzeczny, jak się to wydawało chichoczącemu szyderczo „komentariatowi” liberalnemu.

Książę Filozofów Polskich, Leszek Kołakowski, z przekąsem nazywał Konrada Lorenza „wielkim ornitologiem” (Lorenz badał m. in. zachowanie gęsi gęgawych). Zadanie domowe: Czy ten przekąs ma jakiś związek z faktem, że czytelnicy Księcia tak często zbierają łomot w wyborach?

* * *

Za przykładem prof. G. i Lecha Wałęsy udałem się na „emigrację wewnętrzną” = telewizora używam wyłącznie do oglądania filmów National Geografic o ośmiornicach i pingwinach (fenomenalne!) oraz odtwarzania starych filmów o przygodach porucznika Columbo (mam na DVD wszystkie!). Niestety, żona pozostała w Ojczyźnie, co sprawia, że między godziną 19.00 a 20.30 dobiegają mnie ze Starego Kraju (= zza ściany) strzępy gniewnych pohukiwań Wrzeszczącego Wikinga i teatralnych jeremiad Jęczącego Ministranta. A z każdym takim strzępem nachodzi mnie zdumienie: „I to coś chciało być Prezydentem!”. Fakt: Zostało w nim coś jeszcze gorszego, ale to mojego zdumienia nie łagodzi ani trochę.

Wrzaski Wikinga budzą we mnie jeszcze inne uczucie: palący wstyd. Było, nie było, przez dwa lata – co prawda dość dawno temu – byłem regularnym członkiem jego partii. A zważywszy na mój ówczesny wiek nie mogę się tłumaczyć „błędami młodości”. Ten epizod ma jednak także „plus dodatni”: jest zawstydzający, ale zaoszczędza mi zdziwienia, gdy dowiaduję się, że 16% wyborców Wikinga zagłosowało na „kandydata obywatelskiego”. Bo pamiętam te „razemowe” klimaty, delikatny opar autorytarnych ciągot unoszący się nad partyjnymi konwentyklami. Nie będę tu przytaczał zdumiewających bon motów, jakie zdarzało mi słyszeć w przerwach, bo te rozmowy miały charakter prywatny, a w jednym wypadku było to coś tak szokującego, że do dziś nie wiem, czy się nie przesłyszałem.

Czy będę zdziwiony ewentualną koalicją Razem i PiS, której prefiguracjami są sławne zdjęcie z hot dogami z Orlenu (zapewne wegańskimi) i polityczny flirt eterycznej panny Matysiak z uwodzicielskim panem Horałą? Chyba nie. Mentalnie oni tą koalicją już są. „Powinowactwa z wyboru”.

* * *

Wiking i Ministrant zachowują się tak, jak gdyby byli amerykańskimi kongresmenami za czasów Cartera czy Reagana albo parlamentarzystami brytyjskimi za rządów pani Thatcher, a nie posłami na polski Sejm AD 2025 – w kraju zalewanym coraz wyżej brunatną falą, którego były/przyszły dyktator już się odgraża, że obecni ministrowie skończą w więzieniu z wyrokami dożywocia. Lektura obowiązkowa dla obu Panów: Na straganie Jana Brzechwy:

A kapusta rzecze smutnie:
„Moi drodzy, po co kłótnie,
Po co wasze swary głupie,
Wnet i tak zginiemy w zupie!”

* * *

Wśród owych strzępów dobiegających z „kraju lat dziecinnych” najbardziej irytujące jest słowo „geniusz” wypowiadane, o dziwo!, przez ludzi, od których można by oczekiwać trzeźwiejszych ocen. Kto to jest „geniusz polityczny”? Geniuszem politycznym był Mustafa Kemal Atatürk, który potrafił wydobyć swój kraj z wojennej zapaści i bezbłędnie wyczuwając kierunek wiatru dziejów, skutecznie pchnąć go – fakt: nie przejmując się przesadnie tym, co nazywamy „prawami człowieka” – na drogę niezwykle śmiałych reform cywilizacyjnych, i to wbrew zarówno obskuranckiemu duchowieństwu, jak i znacznej części równie obskuranckiego społeczeństwa, któremu wcale nie podobała się zamiana fezów na kapelusze.

Na pewno nie jest geniuszem przebiegły intrygant, którego jedynym osiągnięciem jest wzbudzenie w rodakach najgorszych emocji po to, by własny kraj, po nieoczekiwanym, nieprawdopodobnym wręcz dziejowym sukcesie, ramię w ramię takimż obskuranckim klerem zawrócić na drodze cywilizacyjnego rozwoju o całe dekady. Nie jest geniuszem człowiek, który potrafi co prawda władzę zdobyć, ale nie bardzo wie, co z nią zrobić, a jednym z niewielu jego pomysłów na jej skonsumowanie okazuje się nonsensowny kanał, na dodatek za płytki (skądinąd to dość ciekawy atawizm: kanał wciąż podświadomie postrzegany jest jako symbol cywilizacyjnego rozmachu, nawet jeśli to kanał będący własną karykaturą, zob. także tutaj:

https://www.brulionbezlinii.net/2022/02/kon-kaliguli-czyli-puapki-suwerennosci.html ).

Wniosek: Geniuszu nie należy mylić z czysto techniczną sprawnością intelektualną. „Nie ma głupców bardziej nieznośnych niż głupcy błyskotliwi”, pisał François de La Rochefoucauld. I bardziej niebezpiecznych niż sprytni. Ci z kolei, jak mawiał Sherlock Holmes, zawsze znajdą głupszych od siebie, którzy będą ich podziwiać.

* * *

Zaczyna się: „Janusz Wojciechowski napisał wniosek do ministra sprawiedliwości Adama Bodnara o wszczęcie postępowania w sprawie wypowiedzi Tomasza Lisa. Jak ocenił polityk PiS, pomawiała ona oraz znieważała prezydenta elekta. […] Tomasz Lis w piątek 6 czerwca opublikował wpis, w którym stwierdził, że «Polska musi wiedzieć, czy naprawdę wybrała alfonsa. Musi. Żeby nie oszaleć»” (za: https://wiadomosci.gazeta.pl/ 7.6. 25).

Piekło rozpęta się po 6 sierpnia. Rzeczowniki „alfons” i „sutener” będą odmieniane przez wszystkie przypadki. Satyrycy kabaretowi też pewnie nie każą na siebie długo czekać. Prokuratorzy nie będą nadążać z aktami oskarżenia o obrazę Głowy Państwa? Niekoniecznie. Casus Żulczyk nauczył nawet najmniej „lotnych” pisowców, że takie procesy są doskonale przeciwskuteczne: ciągną się latami, a media mają prawo w nieskończoność powtarzać bezkarnie, bo „na prawach cytatu”, inkryminowane frazy. Jak się takie akcje kończą, wiadomo zresztą od czasów Friedricha Eberta, prezydenta Republiki Weimarskiej, uwikłanego pod koniec swoich rządów w niemal 200 (!) procesów „o obrazę czci Głowy Państwa” (szczegóły tutaj:

https://www.brulionbezlinii.net/2021/07/prezydent-w-krotkich-majteczkach_5.html ).

Obawiam się gorszego scenariusza. Obronę czci Głowy Państwa wezmą w swoje ręce „patriotyczni kibice”, bo to w końcu „kość z ich kości” zasiądzie w fotelu Prezydenta RP. Przedsmak już mieliśmy, kiedy Prezes Wszystkich Prezesów wezwał do „obrony kościołów”. Pamiętam ten rządek krótko ostrzyżonych młodzianków strzegących pałacu arcybiskupiego w Krakowie podczas jednej z demonstracji. Gdyby nie szpaler policjantów, młodziankowie zapewne chętnie podjęliby się dzieła „nawrócenia nas” na jedyną prawdziwą wiarę. Gdy teraz dziennikarz X zostanie wyłowiony z kanału portowego, a redaktor Y znaleziony z wybitymi zębami, policja zaś rozłoży bezradnie ręce („nieznani sprawcy”), to inni publicyści zastanowią się zapewne, czy warto… Boję się, że w polskim życiu politycznym pojawi się nowa jakość: regularne bojówki – w razie czego Pan Prezydent ułaskawi.

W ogóle mam wrażenie, że jeszcze nie do końca zdajemy sobie sprawę z tego, co się stało 1 czerwca.

Tadeusz Zatorski

Tadeusz Zatorski (1960) – germanista, tłumacz, autor bloga Brulion bez linii: www.brulionbezlinii.net.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

10 komentarzy

  1. WaszeR Londyński 13.06.2025
  2. voit 13.06.2025
  3. Stan 13.06.2025
  4. Zbigniew 13.06.2025
  5. Senex 13.06.2025
    • Jacek 13.06.2025
  6. Jacek 13.06.2025
    • Sonia 13.06.2025
  7. slawek 16.06.2025
  8. Krzysztof z Gdańska 17.06.2025