19.11.2025
Rekomendując czytelnikom SO książkę Richarda Steigmana-Galla, „Święta Rzesza. Religijne wymiary ideologii nazistowskiej”, miałem świadomość jej kontrowersyjnego wydźwięku, gdyż autor pisząc o nazistowskim chrześcijaństwie odwoływał się głównie do tekstów głównych ideologów tego zbrodniczego projektu, których chrześcijaństwo budzi zrozumiałe wątpliwości (https://studioopinii.pl/archiwa/247339). Jednak powiązania wielu „prawdziwych chrześcijan” (w ich własnym mniemaniu) z konkretnymi hitlerowcami, a zwłaszcza legitymizujący reżim Hitlera konkordat zawarty w 1933 roku wskazywał, że tych związków nie należy lekceważyć.

Tych wątpliwości nie mam przy lekturze książki wybitnej kanadyjskiej badaczki Holocaustu Doris L. Bergen, pod wiele mówiącym tytułem, „Między Bogiem a Hitlerem. Kapelani wojskowi w służbie nazizmu”, właśnie udostępnioną przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego polskiemu czytelnikowi. Chrześcijańska tożsamość bohaterów najnowszej książki badaczki nie może budzić żadnej wątpliwości. Blisko tysiąc kapelanów wojskowych (zarówno protestanckich jak i katolickich) choćby z racji ich instytucjonalnej przynależności do różnych kościołów chrześcijańskich należy postrzegać jako oficjalnych przedstawicieli tychże kościołów. Stąd ich słowa, zanotowane w różnych kontekstach, jak i ich czyny (lub brak takowych) wobec zbrodni dokonanych przez niemieckie wojsko w czasie drugiej wojny światowej mają wyjątkowe znacznie dla zrozumienia skomplikowanego uwikłania chrześcijaństwa w nazistowską ideologią i jej ludobójczy charakter. Książkę „Między Bogiem a Hitlerem” można też widzieć jako egzemplifikację głównej tezy książki Dereka Hastingsa z 2010 roku „Catholicism and the Roots of Nazism: Religious Identity and National Socialism” (Katolicyzm i korzenie nazizmu. Religijna tożsamość i narodowy socjalizm). Pisał o niej na łamach rocznika Zagłady Żydów Polskich Grzegorz Krzywiec stwierdzając, że „Hastings przekonywająco pokazał i dowiódł złożoności religijnych motywacji narodowych socjalistów. Ich antysemicka propaganda łączyła bowiem najbardziej odległe fantazmaty chrześcijańskie z nowoczesnymi formami antysemityzmu i w tej formie docierała do znacznej części ludności”. Dokładnie to samo można dostrzec w książce Bergen, której tezy zostały wzmocnione osobistymi świadectwami kapelanów. Sama Doris L. Bergen ur. w 1960 roku, pochodzi z mieszanej, ukraińsko-niemieckiej rodziny, w której otrzymała menonickie wychowanie. Co ciekawe te biograficzne wątki (menonici) pojawiają się również w jej badaniach nad Holocaustem.
Nim jednak przybliżę zawartość ostatniej książki Bergen (oryginał angielski ukazał się w 2023 roku) pozwolę sobie przypomnieć jej wcześniejszą publikację, również przetłumaczoną na język polski już w 2011 roku przez Wydawnictwo Poznańskie. Chodzi o rodzaj przewodnika nad badaniami różnych form ludobójstw: „Wojna i ludobójstwo. Krótka historia Holocaustu”. Jest ona o tyle istotna, że pojawiają się w niej wątki stanowiące teoretyczną ramę dla narracji obecnej w „Między Bogiem a Hitlerem”. Kreśląc historyczną perspektywę XX-wiecznych ludobójstw autorka zwraca uwagę iż należy pamiętać, że powstanie chrześcijaństwa dodało nowego paliwa do antyżydowskich uczuć i dość szybko z prześladowanego odłamu judaizmu stało się religią dominującą w Cesarstwie Rzymskim. Jak przypomina: „Narodziny chrześcijaństwa wpłynęły na nasilenie antyżydowskich nastrojów”. Przypomnieliśmy o tej oczywistej oczywistości z Arturem Nowakiem w książce „Antysemickie chrześcijaństwo”. To samo można powiedzieć o protestanckiej reformacji, która nie tylko, że nie poprawiła losu europejskich Żydów, ale jej główny twórca Marcin Luter „wyśmiewał Żydów jako upartych i opornych”. To właśnie Lutrowi antysemityzm język niemiecki zawdzięcza „wzbogacenie” antysemickiego arsenału językowego już dość przecież bogatego dzięki ojcom kościoła z św. Janem Chryzostomem na czele. Tak więc nazistowski antysemityzm trafił na dobrze przygotowany grunt przez wielowiekowy chrześcijański antysemityzm czy jak niektórzy wolą antyjudaizm.
Jak wiadomo sam Hitler nie był ani błyskotliwym czy oryginalnym myślicielem, a w jego poglądach „nie było nic nowego” na co wskazuje uważna lektura jego dzieła życia „Mein Kampf”. To zbór antysemickich obsesji tego niedoszłego artysty, który swoje frustracje wyładowywał w szukaniu wroga odpowiedzialnego za jego osobiste niepowodzenia. Jego demagogiczny „geniusz” sprawił, że antysemityzm stał się narodową ideologią. Ale nie tylko historia była ważna. Tuż po wyborze na kanclerza w styczniu 1933 roku, Hitler zrobił wszystko by jego władza znalazła legitymizację w oczach świata. Najlepszym sposobem do tego było zawarcie międzynarodowej umowy z Watykanem, do czego doszło już kilka miesięcy po nominacji kanclerskiej w lipcu 1933 roku. Bergen przypomina, że: “Dla Hitlera konkordat okazał się niezwykle efektywnym sposobem na zdobycie poparcia zarówno w kraju, jak i za granicą”. I jak słusznie podkreśla, znaczenie tego porozumienia z Watykanem miało dalekosiężne konsekwencje: „Konkordat podciął więc gałąź pod ewentualną katolicką opozycję w Niemczech. Jak księża parafialni mogliby pozwolić sobie na krytykowanie kanclerza, którego uznał papież? Czy po podpisaniu porozumienia mógł powstać zjednoczony katolicki front sprzeciwu wobec sterylizacji. Tymczasem za granicą konkordat dodał reżimowi Hitlera prestiżu”. To tylko niektóre z wątków obecnych w tej bogatej i idącej często przeciw ustalonym sposobom myślenia o chrześcijaństwie książce. W zakończeniu Doris L. Bergen podkreśla, że lekcja Holocaustu nie tylko nie zostało odrobiona, ale wiele wskazuje na to, że mamy do czynienia z ciągłymi nawrotami do tamtych straszliwych zbrodni: „Spoglądając wstecz na epokę nazizmu i Holocaustu, często głosimy hasło ‘nigdy więcej’, ale dla Żydów prześladowanych w pogromach w polskich miastach i miasteczkach w 1945 i w 1946 r., świadków Jehowy przetrzymywanych w komunistycznych więzieniach w latach pięćdziesiątych czy okaleczonych i pozostawionych bez dachu nad głową Romów na skutek podpaleń i zamieszek w Rumunii w latach dziewięćdziesiątych XX w., bardziej odpowiednim hasłem mogłoby być słowo ‘jeszcze?’”. Dzisiaj, w roku 2025 ta lista dyskryminowanych i prześladowanych grup i narodów tylko się wydłużyła wystarczy dodać pełnoskalową inwazję Putina na Ukrainę 24 lutego 2022 roku czy ofiary konfliktu rozpętanego w Gazie 7 października 2023 r. przez bojowników Hamasu brutalnie mordujących ponad 1200 ofiar głównie cywilów, w tym kobiety i dzieci i porywając ponad 250 zakładników…
Wracajmy do książki „Między Bogiem a Hitlerem. Kapelani wojskowi w służbie nazizmu”. Prawdę mówiąc najchętniej sporządziłbym antologię co celniejszych fragmentów tej zupełnie niezwykłej książki. Wobec siły każdej niemal strony tej porażającej monografii każdy komentarz musi wydawać się blady. Dodałby jeszcze, że pisanie książki dla Autorki było sporym wyzwaniem, a jej lektura nie należy do zajęć ani łatwych, ani przyjemnych. Jak sama Autorka przyznaje we wstępnie, zabierała się do jej napisania od wielu lat, ale brakowało jej właściwego klucza. Nie jest bowiem łatwo napisać, że moja własna religia nie tylko usprawiedliwia ludobójstwo, ale stanowi jego ideologiczne uzasadnienie. Paradoksalnie ostateczny impuls przyszedł z nieoczekiwanej strony. To kolejny akt barbarzyństwa, w którym motywacja religijna okazała się decydującą. To atak na World Trade Center 9 września 2001 roku. Jak pisze: „Trzeba było dopiero wydarzeń 11 września 2001 roku, ich wielowymiarowego pokłosia (…) bym nagle powróciła do kapelanów i dostrzegła wagę chronologii. Ta nowa perspektywa znów odmieniła moją książkę”. Będzie do tego doświadczenie jeszcze wracać.
Najpierw spójrzmy na jej bohatera zbiorowego, czyli instytucję kapelanatu kierowanego przez dwóch biskupów (katolickiego i protestanckiego) zrzeszająca około tysiąca księży i pastorów i działającego w ramach episkopatów głównych wyznań Niemiec. Książka nie tylko odnotowuje ich obecność na wszystkich frontach działań armii Hitlera, ale stara się tę obecność zrozumieć: „Jednym z argumentów tej książki jest ten, iż niemiecki kapelanat wojskowy pomagał legitymizować reżim Hitlera i jego ludobójczą wojnę. (…) Autorytet moralny kapelanów Wehrmachtu czynił z nich klucz do kreowania uspokajających wersji wydarzeń dla żołnierzy i ich rodzin”. W praktyce oznaczało to ni mniej ni więcej tylko obwinianie ofiar za dokonywane zbrodnie, bo przecież w świetle prezentowanej narracji Żydzi byli śmiertelnym zagrożeniem dla Niemiec. Co więcej dochodziło do osobliwej symbiozy wojska i obsługujących jego duchowe potrzeby kapelanów: „Legitymizacja działała w obie strony – jeśli reżim hitlerowski potrzebował niemieckich kapelanów wojskowych, to kapelani potrzebowali reżimu być może jeszcze bardziej. Ich wiarygodność i cały sens istnienia zależał od ich związków z wojną i ludźmi, którzy w niej walczyli”.
Książka „Między Bogiem a Hitlerem” rozpisana jest na siedem chronologicznych rozdziałów obejmujących lata po dojściu Hitlera do władzy w 1933 roku do bezwarunkowej kapitulacji Niemiec w 1945. Oczywiście nie brak odniesień do lat wcześniejszych i późniejszych niż główne ramy czasowe. Zostały one poprzedzone metodologicznym wstępem sytuującym monografię w szerszym tle toczącej się debaty i zakończone niezbyt optymistycznymi refleksjami na temat możliwości przezwyciężenia zbrodniczych tendencji ludzkiej natury. Ważna jest oczywiście baza źródłowa gdyż Bergen sięgnęła do materiałów albo nigdy wcześniej niepublikowanych albo znajdujących się w niszowych i trudno dostępnych publikacjach. Jak pisze: „Źródła, na których opiera się to studium, obejmują okresowe raporty kapelanów składane przełożonym, korespondencję między władzami kościelnymi i państwowymi, listy i dzienniki kapelanów oraz powojenne wspomnienia naocznych świadków”. Ale przecież nie tylko źródła i ich proweniencja są istotne. Równie ważne, a może jeszcze ważniejsze jest ich umiejętne odczytanie, a z tym miewają problemy nawet wytrawni historycy. Dobrze o tym wiemy również z polskich sporów interpretacyjnych dotyczących na przykład zasobów Instytutu Pamięci Narodowej. Nie bez znaczenia jest też moment historyczny, w którym te dokumenty są odczytywane. Bergen nie tylko ma świadomość tej złożoności, ale zdaje z niej również sprawę już we wprowadzeniu pisząc tak: „Ponieważ kapelanów Wehrmachtu nie można zobaczyć bez obejrzenia się wstecz od chwili obecnej, niniejsze studium ukazuje również związki między przeszłością a tym, co po niej nastąpiło. Z mojego punktu widzenia ważne jest doświadczenie 11 września 2001 roku. Gdy w wieże World Trade Center w Nowym Jorku uderzyły samoloty, pracowałam nad tematem kapelanów Wehrmachtu już od dekady. Jednakże w latach dziewięćdziesiątych wśród historyków nowoczesnej Europy religia nie sprzedawała się dobrze. Zamachy z 11 września i reakcja Stanów Zjednoczonych, gdzie wówczas mieszkałam i pracowałam, zmieniły sytuację – rozbudziły zainteresowanie związkami między religią i przemocą, często postrzeganymi w kategoriach islamofobicznych. Wojny w Iraku i w Afganistanie sprawiły, że zaczęto się przyglądać kapelanom wojskowym, i nagle spostrzegłam, że za sprawą pracy, którą wykonałam, stałam się ‘ekspertem’, do którego zwracano się o komentarz…”. Pozwoliłem sobie na ten dłuższy cytat bo pokazuje jak bardzo kontekst nie tylko opisywanych zdarzeń przeszłości, ale również moment ich interpretowania wpływa na nasze rozumienie przeszłości. Dotyczy to zresztą również nas jako czytelników tej książki, którą mamy przed sobą.
Jej dwa pierwsze rozdziały to niejako przygotowanie do głównego rdzenia książki, czyli rozdziałów od trzeciego do szóstego obejmujących czasy drugiej wojny światowej rozpoczętej napaścią na Polskę 1 września 1939 roku. W każdym z nich omówiona jest szczegółowo rola kapelanów będących świadkami zbrodni hitlerowskich żołnierzy. Ich funkcja ulegała zmianie w zależności od wyników toczonych bitew i dokonywanych eksterminacji lokalnej ludności. Okazywało się, że chrześcijaństwo znakomicie sprawdza się zarówno w chwilach ekstatycznych zwycięstw (Gott mit uns!) jak i w chwilach druzgocących klęsk (poniesione ofiary nie zostaną bez wiecznej odpłaty). Oto niektóre z tych momentów towarzyszenia Adolfowi Hitlerowi poczynając od wspomnianego już zwycięstwa wyborczego w 1933 roku. Zostało ono przyjęte z radością: „Dojście Hitlera do władzy ucieszyło wielu katolików i protestantów, lecz przywódcy Kościoła ewangelickiego okazywali swoje wsparcie bardziej publicznie”. W praktyce oznaczało to wcielanie w życie kapelanatu również „paragrafu aryjskiego” czyli kandydaci na kapelanów musieli przejść rygorystyczną kontrolę pochodzenia. Podobnie z zadowoleniem został przyjęty Anschluss Austrii w 1938 roku. Po lekturze dwóch pierwszych rozdziałów czytelnik nie będzie zaskoczony gdy się dowie, że kapelani byli również dobrze przygotowani do napaści na Polskę i błyskawicznej wojny wrześniowej, która doprowadziła do podzielenia kraju pomiędzy hitlerowskie Niemcy i stalinowski Związek Sowiecki. Kolejny rozdział wojennych sukcesów na Wschodzie, czyli wypowiedzenie wojny Stalinowi również wskazuje na aktywny udział kapelanów: „Raporty kapelanów nie pozostawiają wątpliwości co do tego, ze byli oni aktywnie zaangażowani w przygotowanie inwazji na terytorium sowieckie w 1941 roku”. Szczególnie istotny w propagandzie kapelanatu był motyw walki z bezbożnym komunizmem i otwieranie chrześcijańskich świątyń dla lokalnej ludności. Jednocześnie nie widać śladu wątpliwości związanych z barbarzyńskim niszczeniem żydowskich miejsc kultu połączonym z eksterminacją ludności żydowskiej.
Rozumie się samo przez się, że szczególnie ważne dla rozumienia obecności kapelanów w armii dopuszczającej się zbrodni ludobójstwa jest ich zachowanie właśnie w obliczu masowych zbrodni. Tutaj też nie ma zaskoczenia: „Stając w obliczu zbrodni, chrześcijańscy kapelani przestali być głosem prawości, stali się tymi, których legitymizują dowódcy wojskowi i sama wojna”. Odnotowując postępującą kompromitację religii chrześcijańskiej wprzęgniętej w proces usprawiedliwiania kolejnych odsłon zbrodni Bergen wprowadza niezwykle sugestywne pojęcie ludobójstwa umysłu (genocide of the mind), wprowadzone do obiegu akademickiego przez MariJo Moore w 2003 roku tytułem książki zawierającej teksty rdzennych Amerykanów. Dzieje się tak wtedy gdy perwersyjna kultura ludobójstwa jest legitymizowana: „Kultura ludobójstwa nagradza, wspiera i chroni sprawców przemocy oraz ich społeczności. Unicestwia swe ofiary i rodzi własne uzasadnienia. Kapelani funkcjonowali jako bohaterowie i czynniki sprawcze w narracjach stabilizujących ten system. Już w 1942 roku stanowili oni element machiny zbrodni – jako Niemcy, jako chrześcijanie oraz jako przedstawiciele instytucji łączącej kościoły i front krajowy z wojną i ludźmi na niej walczącymi. Ich rolą była realizacja ludobójstwa umysłu”. Autorka wróci jeszcze do tego problemu gdy będzie pisać o odwróceniu ról oprawcy i jego ofiary.
Cezurą wskazującą do hegemoniczną wręcz obecność wspomnianej kultury ludobójstwa stał się rok 1942, a więc szczególnego nasilenia zbrodni wobec Żydów zgodnie z postanowieniami Konferencji w Wannsee 20 stycznia 1942 roku gdzie ostatecznie najwyżsi funkcjonariusze Hitlera zdecydowali o ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej. Jak się okazało umiejętność legitymizowania największej w dziejach ludzkości zbrodni leżała w zasięgu talentów oratorskich kapelanów Wehrmachtu. Pisze Bergen: „Lata 1942 i 1943 mogłyby się wydać mniej dramatyczne niż rok 1941, okres ten jednak jeszcze wyraziściej pokazuje, jak bardzo kapelani byli uwikłani w przemoc. Potworności stały się już rutyną, ludobójstwo przestało być nieoczekiwaną eksplozją, przerodziło się w śmiercionośną falę, która nie miała końca. Na przestrzeni 1942 roku Niemcy podejmowali setki zbrodniczych akcji przeciwko Żydom – w lasach, na polach i w miastach, od Paryża po Sewastopol”. Piąty rozdział zatytułowany „’Moc prawdy chrześcijańskiej i wiary chrześcijańskiej’. Kultura ludobójstwa, 1942-1943” kończą refleksje, które rzucają również sporo światła na nasze dzisiejsze problemy z populistami, którzy zręcznie odwracają znaczenie używanych w publicznej debacie pojęć. Tu znowu pozwolę sobie na dłuższy cytat gdyż jego skrócenie może zubożyć wartość wywodu: „Kluczowym posunięciem służącym usprawiedliwieniu niemieckich bestialstw i ułatwianiu ich popełniania było odwrócenie ról, zamienianie miejscami sprawców i ofiar. Odwrócenie ról to idea znana chrześcijanom i wbudowana w wiarę chrześcijańską, ponieważ Jezus – niewinna ofiara – jest zwycięzcą nad śmiercią. W tradycji chrześcijańskiej Żydzi byli odwiecznym celem ataków: w rzekomych zabójcach Chrystusa widziano tych, którzy zasługują na zagładę, ucieleśnienie zła i martwą religię, przedstawianą jako żerowanie na krwi chrześcijańskich dzieci w celu ożywienia samej siebie. Chrześcijaństwo samo w sobie było potężnym narzędziem i siłą, która prowadziła do niszczenia istniejących tradycji religijnych i społecznych, oraz centralnym elementem kultury ludobójstwa, która je zastąpiła [tutaj poprawiam błędne tłumaczenie], uzasadniającym przemoc, magicznie przeobrażającym sprawców w ofiary, a ofiary w sprawców, dostarczającym narracji o zbawieniu i odkupieniu poprzez krew”. To odwrócenie pojęć trwa do dzisiaj i ma się szczególnie mocno w krajach gdzie Holocaust się wydarzył. Wystarczy wspomnieć sukces wyborczy skrajnie prawicowej partii AfD w Niemczech i triumfy negacjonisty Holocaustu i zdeklarowanego antysemity w Polsce, Grzegorza Brauna. Jak widać siła nazistowskiej demagogii przetrwała swoich twórców.
To długie trwanie hitlerowskiej ideologii pokazuje rozdział siódmy już swoim tytułem „Od hitlerowskiej przeszłości do chrześcijańskiej przyszłości. Rok 1945 i później, w którym zaraz na początku czytamy: „Chrześcijaństwo dobrze się przysłużyło kapelanom Wehrmachutu w burzliwym okresie powojennym. Ofiarowało poszczególnym osobom możliwość odkupieńczej narracji o swojej własnej roli w wojnie i Zagładzie oraz o roli wojska i narodu, w którym służyli”. Mogę to potwierdzić własnym doświadczeniem gdy jako ksiądz pracowałem w okresie wakacyjnym latach 1983-2004 na parafiach w Niemczech nieraz spotykałem się z komentarzami jak różni księża bardzo cierpieli w czasie wojny w bolszewickiej Rosji. Rzadko słyszałem wyjaśnienie dlaczego się tam znaleźli u jaką rolę odegrali na froncie Wschodnim. Pozostaje nam wsłuchać się w kilka końcowych refleksji: „Przez całą epokę narodowego socjalizmu kapelani okazywali się partnerami godnymi zaufania. Kapelanat Wehrmachtu jeszcze przed jego formalnym utworzeniem w 1935 roku mógł się poszczycić historią lojalności względem hitlerowskiego państwa niemieckiego i jego sił zbrojnych, a gdy nadeszło sześć lat wojny, trzymał się tego wzorca”. I już na koniec uwaga dla tych, którzy mają wątpliwości czy aby na pewno można uważać chrześcijaństwo za część ideologii hitlerowskiej: „W hitlerowskim imperium chrześcijaństwo i chrześcijańscy kapelani stanowili istotne elementy w systemie złożonym z idei, struktur i narracji, który chronił i nagradzał sprawców ludobójstwa oraz ich społeczności, jednocześnie wymazując ich ofiary i zaprzeczając ich zbrodniom”.
Na koniec chciałbym dołączyć fragmentu eseju napisanego przed kilku laty na zamówienie amerykańskiego jezuity Jamesa Bernauera, którego nigdy nie publikowałem po polsku, myślę że dobrze koresponduje z książką omówioną powyżej. Zatytułowałem go „Rozgrzeszenie Auschwitz – to jest skandal moralny”. Zrezygnowałem z przypisów i fragmentów odnoszących się do faktu publikacji w książce zbiorowej, w której znalazła się fikcyjna spowiedź komendanta Auschwitz Rudolpha Hössa i równie fikcyjny dziennik jego spowiednika Władysława Lohna. Istotnym dopełnieniem wspomnianych tekstów są dwie książki Jamesa Bernauera, które problem rozgrzeszenia komendanta Auschwitz przez polskiego jezuitę sytuuje w szerszym kontekście relacji jezuitów z Żydami. Jest to więc kolejna próba zmierzenia się z problematyką Holocaustu i jej miejsca w teologii katolickiej. Wydana wspólnie z Robertem Maryksem w 2014 roku książka poświęcona spotkaniom jezuitów z Żydami na przestrzeni wieków, oraz jego osobisty namysł nad jezuitami i ich stosunkiem do Holocaustu z 2019 roku. W obu tych książkach odnajduję uczciwe i rzetelne zmierzenie się ze złożoną przeszłością zakonu, w którym również obecny był antysemityzm, czego najdobitniejszym przykładem był generał czasu wojny Włodzimierz Ledóchowski (1866-1942). Propozycja refleksji nad znaczeniem rozgrzeszenia komendanta Auschwitz Rudolfa Hössa (1901-1947) wydaje się dobrym pretekstem do namysłu nad katolickim stosunkiem do zagłady europejskich Żydów w ogóle.
Temat rozgrzeszenia Hössa, przez polskiego jezuitę Władysława Lohna (1889-1961) budzi we mnie nie tylko mieszane uczucia. Uważam sam fakt rozgrzeszenia zbrodniarza wojennego za skandal. Być może gdybym był na miejscu Lohna zachowałbym się tak samo, co nie zmienia faktu, że pozostaje to wydarzenie gorszącym. Jednak nie chodzi mi o ocenę tego akurat gestu rozgrzeszenia udzielonego przez księdza katolickiego, który to zrobił z pełnym przekonaniem i zgodnie z doktryną Kościoła katolickiego. Chodzi mi raczej o cywilizacyjne konsekwencje tego gestu, który unieważnia metafizyczną winę o jakiej w swojej książce, opartej na wykładach z 1945/1946 roku, Problem winy pisał Karl Jaspers (1883-1969). Oto przedstawiciel instytucji stwierdza, że w oczach Boga zbrodniarz mający na sumieniu miliony ofiar i żałujący za swoje grzechy nie tylko jest uniewinniony, ale ma zapewnioną wieczną szczęśliwość. Dla mnie jest to sprzeczne z elementarnym poczuciem sprawiedliwości. Jest to tym bardziej zdumiewiające, że w świetle „spowiedzi” Hössa, jego stosunek do Żydów nie uległ zmianie, a jego antysemityzm był perspektywą patrzenia na Holocaust. Moje oburzenie ma związek nie tylko z rozgrzeszeniem Hössa, ale dotyczy reakcji Kościoła katolickiego na dramat Holocaustu, a zwłaszcza otwartego chronienia po drugiej wojnie światowej zbrodniarzy wojennych. Ten proceder został dość dokładnie udokumentowany, a sam Watykan nigdy się do niego nie odniósł, ani tym bardziej nie potępił zaangażowanych w niego księży i biskupów. Moje stanowisko opieram na filmie „Spowiedź diabła. Zagubione taśmy Eichmanna” opartego na rozmowach między zbrodniarzami nazistowskimi i na dwu książkach, które są ściśle związane z tym filmem. Jedna autorstwa argentyńskiego dziennikarza Uki Goni i druga napisana przez niemiecką filozofkę Bettinę Stangneth. Na końcu przedstawię postać mało znanego jezuity Franciszka Ilków-Gołąba (1909-1978), który został wydalony z zakonu w 1949 roku prawdopodobnie dlatego, że odmawiał rozgrzeszenia polskim chłopom za zbrodnie popełniane na Żydach. Jego prowincjałem był spowiednik Rudolfa Hössa Władysław Lohn. Jego historię opisał ksiądz Michał Czajkowski, który był studentem Ilków-Gołąba w seminarium duchownym we Wrocławiu.
Dokumentalny film „Spowiedź diabła. Zagubione taśmy Eichmanna” (The Devil’s Confession: The Lost Eichmann Tapes) oparty jest na trwającym 70 godzin wywiadzie jakiego pod koniec lat 50-tych w Argentynie udzielił Adolf Eichmann (1906-1962), holenderskiemu dziennikarzowi (również o przeszłości nazistowskiej) Willemowi Sassenowi (1918-2002). Rozmowy miały miejsce w mieszkaniu Sassena. Pod koniec tych rozmów Eichmann mówi: „Na zakończenie muszę powiedzieć…, że nie żałuję niczego. Nie odczuwam potrzeby by powiedzieć, że zrobiliśmy coś niewłaściwego”. By nie pozostawić żadnej wątpliwości, co do tego, co miał na myśli, dodawał: „Gdybyśmy zabili 10,3 milionów Żydów to powiedziałbym z satysfakcją ‘dobrze, zniszczyliśmy wroga’. Dopiero wtedy wypełnilibyśmy naszą misję. A do tego, czego żałuję, nie doszło”. Eichmann miał oczywiście na myśl wszystkich europejskich Żydów.
Sassen szczegółowo spisał wynurzenia Eichmanna i przekazał mu je do sprawdzenia. Na zachowanym zapisie widać ręczne dopiski Eichmanna, który chciałby te rozmowy były wykorzystane tylko do celów badawczych i opublikowane po jego śmierci. Po schwytaniu Adolfa Eichmanna przez izraelskich agentów 11 maja 1960 roku i przewiezieniu go do Izraela Sassen sprzedał historię amerykańskiemu pismu „Life”. Już po rozpoczęciu procesu 700 stronicowy zapis tych rozmów został przekazany izraelskiej prokuraturze, która niektóre z nich wykorzystała w procesie. Gdy w trakcie procesu Eichmann twierdził, że był tylko małym trybikiem, izraelski prokurator generalny Gideon Hausner konfrontował go z tymi zapisami. Eichmann uparcie twierdził, że były to cytaty wyrwane z kontekstu. Główną rolę w ucieczcie hitlerowskich zbrodniarzy do Argentyny odegrał sympatyzujący całe życie z faszyzmem Juan Peron (1895-1974). Uki Goni, argentyński dziennikarz śledczy, autor książki Prawdziwa Odessa. Jak Peron sprowadził hitlerowskich zbrodniarzy do Argentyny, pisze, że głównym impulsem do napisania tej książki była dojmująca świadomość fałszowania najnowszej historii kraju: „Istnieje odrębna wersja dla zatwardziałych peronistów, odmienna dla katolickich nacjonalistów, inna dla ofiar masakry z lat 1976-1983 i jeszcze inna dla tych, którzy ślepo kroczyli przez ten koszmar”. Ważne są w niej krótkie biogramy kluczowych dla książki postaci. Jest tam dwóch kardynałów – Eugene Tisserant (1984-1972), Francuz i Antonio Caggiano (1889-1979), Argentyńczyk, dwóch biskupów – Alois Hudal (1885-1963), Austriak i Augustin Barrere (1865-1952), Argentyńczyk. Jest tam też kilku księży katolickich różnej narodowości, którzy aktywnie uczestniczyli w zbrodniach hitlerowskich. Każdy z tych duchownych katolickich jest „wielce zasłużony” dla ratowania zbrodniarzy nazistowskich. Kardynałowie ściśle współpracowali z papieżem Piusem XII. Pięciu największych zbrodniarzy hitlerowskich uratowanych przez kler katolicki nie jest wymienionych w tym glossariuszu bo mają oddzielne rozdziały w samej książce (Erich Priebke, Gerhard Bohene, Josef Schwammberger, Josef Mengele i najsłynniejszy bodajże z nich Adolf Eichmann). Kluczowe było spotkanie wspomnianych kardynałów w 1946 roku w Rzymie, gdzie opracowano szczegółowy plan „ratowania” jak największej liczby zbrodniarzy wojennych. O jednym z nich, który w 1960 roku został uprowadzony przez Mosad, kardynał Caggiani, który był zdecydowanie przeciw temu uprowadzeniu, powiedział: „Naszym chrześcijańskim obowiązkiem jest wybaczenie mu tego, co zrobił”. A więc wraca motyw rozgrzeszenia zbrodniarza.
Bettina Stangneth w książce Eichmann sprzed Jerozolimy. Spokojne życie masowego mordercy stawia pytania, dlaczego widząc dziejące się zło i obserwując dokonujących go zbrodniarzy milczymy i dlaczego ulegamy kłamstwu. Autorka udziela też przekonującej odpowiedzi. Jej zdaniem stało się tak dlatego, że Eichmann urządził perfidny spektakl kłamstwa, który odegrał dosłownie na globalnej platformie jakiej udzieliły media. Książka Stangneth jest rozprawą o zakłamaniu, pisze bowiem: „Naród sprawców aż nazbyt ochoczo przystał na to, by wszystko wyglądało tak, jakby Eichmann sam zabił sześć milionów Żydów”.
Na koniec wracam do jezuity Franciszka Ilków-Gołąba. Znamy podstawowe fakty z jego życia jednak o powodach jego odejścia z zakonu wiemy niewiele, a to co wiemy jest dość przypadkowe. Być może w archiwum jezuitów w Krakowie zachowała się jego korespondencja z prowincjałem. Jej poznanie rzuciłoby sporo światła na kluczowy dla książki problem „rozgrzeszenie Auschwitz”. W każdym razie wiadomość, że został wydalony z zakonu z powodu niezgody na udzielanie rozgrzeszenia mordercom Żydów wydaje się prawdopodobna. Był wykładowcą w Starej Wsi od 1941-43, a od 1943-45 zwykłym księdzem we Lwowie, to oznacza, że został zwolniony w czasie wojny z prowadzenia wykładów. Z jego późniejszego życia wiemy, że był cenionym wykładowcą w kilku seminariach duchownych w Polsce (Kielce, Kraków, Wrocław, Nysa). Był do nich dobrze przygotowany dzięki studiom w Innsbrucku (1935-1938) i Rzymie (1938-1939) i obronionemu w 1939 roku doktoratowi z teologii w Wiedniu. Dlaczego doszło do dymisji tak obiecującego wykładowcy? Jeśli powodem był konflikt z przełożonym, jak sugeruje Czajkowski, powołując się na opinię jezuity Stanisława Szymańskiego (1918-1982), który był klerykiem w Starej Wsi w czasie wojny, więc musiał to być fakt powszechnie znany przynajmniej w środowisku jezuitów. Czy oni sami zechcą go wyświetlić i upublicznić na czym polegał ten konflikt Franciszka Ilka-Gołąba z Władysławem Lohnem to musimy pozostawić kwestią otwartą. Jestem przekonany, że wyjaśnienie tej sprawy rzuci dodatkowe światło na problem rozgrzeszenia i w ogóle tajemnicy spowiedzi. Moim zdaniem jest to praktyka dwuznaczna i szkodliwa.


To ważna książka, bo jak wynika z recenzji prof. Obirka, jest nie tylko kroniką wydarzeń, relacją i opisem, ale próbuje też zgłębić mechanizmy napędzające ludzkie wybory i decyzje. „Chrześcijaństwo samo w sobie było potężnym narzędziem i siłą, która prowadziła do niszczenia istniejących tradycji religijnych i społecznych, oraz centralnym elementem kultury ludobójstwa, która je zastąpiła, uzasadniającym przemoc, magicznie przeobrażającym sprawców w ofiary, a ofiary w sprawców, dostarczającym narracji o zbawieniu i odkupieniu poprzez krew”.
Ale niezmiernie ważna jest także druga część tekstu, opowieść o mało znanych losach duchownego, który odmówił łatwego rozgrzeszenia za potworne zbrodnie. Ta historia rzuca ciekawe światło na katolicką spowiedź w ogóle – narzędzie bezwzględnej kontroli, ale i mechanizm, który może zachęcać do rozmaitych niegodziwości: odbędę spowiedź, dadzą mi rozgrzeszenie i po kłopocie, zaczynam nowy rozdział. Nawiasem: Kościół sam wpuszcza tu może nie siebie, ale swoich funkcjonariuszy w moralną pułapkę. No bo – jeśli się wierzy w doktrynę katolicką – jak odmówić rozgrzeszenia zbrodniarzowi, który za godzinę zawiśnie na stryczku? „Czy mam prawo – może zapytać się spowiednik – decydować o «wiecznym potępieniu» człowieka, który jest już tylko skazańcem oszalałym ze strachu przed tym, co go czeka?”. Spowiedź uszna to jeden z najstraszliwszych wynalazków chrześcijaństwa.
Jeśli Höss nie zmienił poglądów na Żydów to spowiedź ta była nie ważna a nawet była świętokradzka ponieważ nie dopełnił warunków sakramentu pokuty. A tak bardziej serio to kościół doskonale wie że dorośli ludzie wobec takich kwestii jak Bóg czy los, zachowują się jak dzieci. Kościół z premedytacją tą infantylność umacnia zyskując dzięki temu władzę której potem może sobie dowolnie nadużywać robiąc politykę i pieniądze czy też współpracować z nazistami mając świadomość że lud i tak to kupi. Spowiedź w większości przypadków nie jest żadną procedurą duchową tylko kolejnym narzędziem infantylizacji. W kulturach pierwotnych które często traktujemy z wyższością był rytuał dojrzałości który polegał np. na przejściu po ogniu lub na pozostawieniu na noc w lesie. Człowiek musiał się nauczyć sięgać do swoich głębszych zasobów, dochodził do rdzenia swego istnienia, uczył się łapać wewnętrzną równowagę znajdując oparcie tylko w sobie. Kościołowi nigdy na takiej dojrzałości nie zależało, Biblia była bardzo długo tylko po łacinie, katolik jest dużo słabiej rozwinięty duchowo od Indianina czy Eskimosa. Katolik jest wiecznie otoczony jakimiś „ojcami”, omodleniami, medalikami, wspólnotami dzięki temu jest zewnątrz sterowny nie świadomy swoich zasobów i wolności. Zwykłe procesy ludzkiej psyche nazywają „nocą ciemną” i robią z tego „Big deal” a jest to powszechne zjawisko w populacji prawie jak przeziębienie. W kościele u duchowieństwa faktycznie doświadczane ciężko i długo bo i środowisko zagmatwane i chore. Książeczki do rachunku sumienia to osobny temat prawie wszystkie sprawiają wrażenie jakby wyszły od Opis Dei
Być może najbardziej niepokojący aspekt tekstu prof. Obirka to refleksja na temat współczesnego znaczenia dzieła Bergen. Bergen kończy swoją książkę niepokojącą refleksją na temat mantry „Nigdy Więcej,” która wyłoniła się z doświadczenia Holocaustu. Dla tych Żydów prześladowanych w pogromach w polskich miastach i miasteczkach w 1945 i 1946 roku, dla Świadków Jehowy więzionych w więzieniach komunistycznych w latach 50., dla Romów spalonych żywcem w zbiorowych spaleniach w Rumunii w latach 90., bardziej odpowiednim sloganem byłoby „Jeszcze?”. Jak zauważa gorzko Obirek, w 2025 roku ta lista znacznie się wydłużyła.
Autor zwraca uwagę, jak demagogiczna mentalność, która pozwoliła Hitlerowi i jego kapelanom uzasadnić ludobójstwo, wykazała się nadzwyczajną odpornością. Nowoczesne partie skrajnie prawicowe w Niemczech (takie jak AfD) i Polsce (z postaciami takimi jak Grzegorz Braun, negacjonista Holocaustu i deklarowany antysemita) demonstrują, że „siła nazistowskiej demagogu przetrwała swoich twórców. Ta diagnoza sugeruje, że rygorystyczne badania historyczne—choć niezbędne—mogą być niewystarczające. Jeśli po 80 latach świadectwa Holocaustu, wyczerpujących badań akademickich i edukacji na ten temat, nadal obserwujemy wzrost ideologii powtarzających umysłowe wzory nazizmu, to problem jest głębszy i powązniejszy niż zwykła ignorancja historyczna.