19.11.2025
Od niedzieli w Manili trwały protesty — trzy dni, które wyglądały jak pęknięcie w skorupie milczenia, do której Filipińczycy tak długo byli przyzwyczajani. Patrzyłem na to już z pewnego dystansu, trochę jak reporter, który dopiero później zda sobie sprawę, że był świadkiem czegoś większego niż kolejny polityczny zryw.

W niedzielę tłum liczył ponad pół miliona ludzi. W poniedziałek było ich około trzystu tysięcy. We wtorek demonstracje rozlały się na dwa główne punkty — plac Rizal i okolice pomnika Maryi w Kenzo. Widziałem, jak ludzie koczują w namiotach, śpią na kartonach, jak ściskają w dłoniach plastikowe butelki z wodą i małe filipińskie flagi. Bieda była tu tak widoczna, jak gniew.

Najmocniej przemówił Chavit Singson. Jego wystąpienie porwało tłumy. Mówił ostro, z rytmem, który wchodził pod skórę: „Musimy skończyć z korupcją. Musimy odzyskać kraj z rąk tych, którzy traktują go jak prywatny skarbiec.” Ludzie krzyczeli, gwizdali, unosili pięści — jakby ktoś wreszcie powiedział to, co od dawna mieli na końcu języka.
I faktycznie — coś pękło.
Bo tym razem tłem nie były ogólne hasła, lecz konkretna, namacalna historia o tym, jak złamano publiczne zaufanie. Po serii raportów, śledztw i przecieków okazało się, że projekty kontroli powodzi — te, od których zależy życie milionów ludzi w kraju zalewanym rok w rok przez tajfuny — stały się gigantycznym bankomatem.
Zlecenia na tamy, kanały, wały, systemy drenażowe trafiały do tej samej garstki kontraktorów, zawsze z tymi samymi nazwiskami w tle. Niektóre projekty istniały tylko na papierze. Inne rozsypały się po pierwszej większej ulewie, jakby zbudowano je z kartonu, nie z betonu.
Kiedy w Senacie zaczęły się przesłuchania, wyszła na jaw cała sieć „ghost projects”, zawyżonych kosztorysów, lewych faktur, prowizji sięgających co najmniej 20 procent. A mówimy o 9,8 tysiącach projektów przeciwpowodziowych, wartych łącznie około 545 miliardów peso od początku prezydentury Marcosa.
To nie były już abstrakcyjne kwoty. To były pieniądze, które miały chronić ludzi przed wodą, przed śmiercią, przed utratą domów.
We wtorek pojawiły się dramatyczne zarzuty z ust siostry prezydenta Marcosa: Senator
Imee stwierdziła, że jej brat ma problem z narkotykami — że zażywa kokainę. Marcos broni się, powołując na prywatne badania, które – jego zdaniem – wykazały brak narkotyków w jego organizmie. Wielu jednak uważa, że takie testy przeprowadzone prywatnie nie są wystarczająco wiarygodne, zwłaszcza w kontekście polityki, która tutaj bywa równie brutalna co spektakularna.
Z drugiej strony rząd z kolei oskarża opozycję o hipokryzję. Twierdzi, że stojąca za protestami Sara Duterte nie jest bez skazy — jej ojciec, były prezydent Duterte, miał przyznać się do zażywania fenantylanu. Do tego dochodzi kontekst jej politycznego roszczenia: ojciec Sary został aresztowany i przewieziony do Hagi, oskarżany m.in. o zbrodnie związane ze szwadronami śmierci.

Na ulicach Manili widać nie tylko gniew, lecz również zmęczenie i determinację. Ludzie koczują — śpią w namiotach, niektórzy przyjechali z prowincji, by domagać się wyjaśnień i sprawiedliwości. Ja tam byłem — widziałem tłumy, słyszałem okrzyki, czułem napięcie, które rośnie z każdą chwilą.
Sondaże pokazują, że rośnie przekonanie, iż sytuacja w kraju pogorszyła się za rządów Marcosa. To, co zaczęło się jako protest przeciw korupcji i złym projektom infrastrukturalnym, przeobraża się w głębszy ruch polityczny — w gniew, który domaga się nie tylko reform, ale i zmiany.
Artur Nowak

Dobry ciekawe artykuł?feletion?mały reportaż?
Duży kraj, a niekoniecznie obecny w mediach.
Dzięki połączeniu reporterskiego warsztatu, społecznej wrażliwości i odwagi w ujawnianiu istotnych tematów, Artur Nowak po raz kolejny pokazuje, że jest jednym z najbardziej wiarygodnych i zaangażowanych polskich publicystów. Jego tekst inspiruje do refleksji nad mechanizmami władzy, a lokalne fakty zyskały uniwersalny wymiar — nie tylko dla Filipińczyków, lecz dla wszystkich, którym bliska jest walka o prawdę i lepsze, uczciwsze społeczeństwo.