05.01.2026
Rząd zbiera się po to, by decydować. Czasem także po to, by się zdziwić. Na ostatnim w ubiegłym roku posiedzeniu rządu zdziwienie miało charakter głęboki, egzystencjalny i – co rzadkie – całkowicie uzasadniony. Premier bowiem odkrył, że w projekcie nowelizacji ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy znalazły się przepisy, na które rząd… nie wyraził zgody. Innymi słowy: projekt ustawy okazał się bardziej samodzielny niż rząd, który miał go firmować.
W centrum tej historii stoi Państwowa Inspekcja Pracy – instytucja od lat niedoceniana, przeciążona i regularnie przywoływana jako cudowny lek na wszystkie patologie rynku pracy. Tym razem PIP miała dostać narzędzie o sile niemal magicznej: możliwość administracyjnego przekształcania umów cywilnoprawnych w umowy o pracę. Bez sądu. Bez zbędnych ceregieli. Jedno spojrzenie inspektora, jeden podpis – i voilà, rynek pracy naprawiony.
Problem polega na tym, że rząd wcześniej uznał, iż to jednak nie jest najlepszy pomysł. Że są granice państwowej gorliwości. Że sądy istnieją nie tylko z przyzwyczajenia. A mimo to propozycja wróciła. Jak bumerang.
Premier chciał wiedzieć, jak to możliwe. I nie pytał o to tonem seminarzysty z administracji publicznej, tylko szefa rządu, który odkrywa, że ktoś postanowił sprawdzić jego czujność. W centrum zainteresowania znalazła się minister pracy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk – adresatka słów ostrych, bezpośrednich i pozbawionych jakichkolwiek ozdobników.
Zarzut był prosty i nieprzyjemny: próba przemycenia do ustawy własnych poglądów w nadziei, że nikt nie zauważy. Czy „uzgodniono” znaczy „uzgodniono”, czy raczej „jeszcze zobaczymy”?
Cała scena miała w sobie coś więcej niż tylko nerwową wymianę zdań. Była pokazem realnego sporu o granice autonomii ministra. O to, czy rząd jest zespołem, czy luźną federacją koalicjantów, którzy spotykają się raz w tygodniu, by się wzajemnie zaskoczyć.
Ostatecznie projekt wrócił do resortu – ale nie jako kartka do kosmetycznych poprawek, tylko jako polityczny problem z terminem ważności. Bo w przeciwieństwie do wielu innych ustaw ta nie jest już wyłącznie sprawą krajową. Polska zobowiązała się wobec Komisji Europejskiej do wzmocnienia Państwowej Inspekcji Pracy w trakcie negocjacji korekt Krajowego Planu Odbudowy. To nie był luźny gest ani deklaracja „kiedyś”. To kamień milowy. A kamienie milowe mają to do siebie, że albo się je przekracza, albo się na nich potyka.
Stawka nie jest symboliczna. Od rozliczenia tej reformy zależy wypłata około dwóch miliardów euro z KPO, przypisanych do reformy rynku pracy. Reformy, która w 2026 roku musi zostać przedstawiona Komisji Europejskiej jako zrealizowana. Problem w tym, że żeby ją rozliczyć, trzeba mieć ustawę. A nie dość, że ustawa wciąż nie istnieje w wersji gotowej do wysłania do Sejmu, to przeciwko nadaniu inspektorom PIP uprawnień do administracyjnej zmiany kontraktów B2B w umowy o pracę głośno protestuje Konfederacja, co sprawia, że weto prezydenta wydaje się niemal pewne.
Dlatego 30 grudnia Donald Tusk powiedział coś, co w normalnych warunkach brzmiałoby jak herezja: oczekuje zmiany samego kamienia milowego. Czyli nie projektu ustawy, nie jednego przepisu, ale unijnego zobowiązania, od którego zależą pieniądze. To nie jest drobna korekta kursu. To próba przestawienia znaków drogowych już w trakcie jazdy.
Z rządu płynie komunikat jednoznaczny: nie ma zgody na dalsze procedowanie projektu w obecnym kształcie. Kancelaria Premiera pyta dwa resorty – pracy oraz funduszy – co właściwie można zaproponować Komisji Europejskiej jako „wzmocnienie PIP”, jeśli wypadnie z tego najbardziej kontrowersyjny element, czyli administracyjne decyzje inspektorów o przekształcaniu umów. Innymi słowy: jak spełnić kamień milowy, nie robiąc tego, co miało go spełnić.
Premier nie wskazał rozwiązania. Ufa, że ministerstwa same coś wymyślą. To zaufanie jest wygodne politycznie, ale ryzykowne instytucjonalnie. Bo ciężar odpowiedzialności spada przede wszystkim na resort pracy, który musi teraz udowodnić Brukseli, że „wzmocnienie” nie oznacza już wzmocnienia, tylko coś, co brzmi podobnie, ale gryzie znacznie słabiej.
Najbardziej prawdopodobny scenariusz? Z projektu zniknie możliwość wydawania administracyjnych decyzji przez inspektorów. Zostaną zalecenia. A jeśli zalecenia nie poskutkują – sąd, jak dotąd. Nowością ma być jedynie łatwiejszy dostęp PIP do danych z ZUS i skarbówki. Wersja light reformy, którą będzie można sprzedać Komisji Europejskiej jako kompromis między ambicją a rzeczywistością.
Alternatywa istnieje, ale jest jeszcze bardziej niewygodna: powrót do pierwotnych zapisów KPO, gdzie zamiast wzmacniać PIP, planowano, po prostu, ozusowanie umów cywilnoprawnych. To rozwiązanie politycznie znacznie trudniejsze, choć – paradoksalnie – prostsze systemowo. I właśnie dlatego nikt jeszcze nie mówi o nim głośno.
Cała ta historia pokazuje, że problemem nie jest już sama Państwowa Inspekcja Pracy. Problemem jest państwo, które zobowiązuje się do reform, zanim zdecyduje, czy naprawdę chce je przeprowadzić. A potem próbuje negocjować rzeczywistość: z Komisją Europejską, z własnym rządem i z dokumentami, które – jak się okazuje – potrafią pisać się same.
Wojciech Kuszko

No nareszcie – redaktor naszej strony zabrał głos w ważnej sprawie, ważnej dla Polski. Tak trzymać Redaktorze! Prosimy o więcej tak trafnych i trafiających w punkt tekstów, strona potrzebuje tego jak kania deszczu…
A więc Studio Opinii nie tylko felietonem stoi… Można w nim przeczytać rzetelny artykuł o sprawach ważnych dla obywatela i państwa. Więcej takich w Nowym Roku!