Jerzy Łukaszewski: Chora służba zdrowia5 min czytania

()


22.01.2026

Od czasu kiedy zaczęły się u nas dyskusje na temat poprawy stanu służby zdrowia uważałem, że idą one w złym kierunku. Wszyscy jak jeden mąż mówili o pieniądzach.
Moim zdaniem nie ma na świecie takich pieniędzy, które poprawiłyby stan naszej służby zdrowia. Trzeba zmienić system, a dorzucanie pieniędzy do tego co jest, to wyłącznie marnotrawstwo skandalicznych rozmiarów.

Nie do końca mogłem zrozumieć, dlaczego wszyscy u nas starają się wymyślić proch nie zwracając uwagi, że ktoś już go wynalazł.
Co jakiś czas słyszę np. narzekanie, że większość niezbędnych zabiegów czy konsultacji trzeba załatwiać prywatnie za dodatkowe pieniądze. Dlaczego? Całe życie płacę podatki, płacę składkę zdrowotną i co? Kiedy to ja potrzebuję pomocy, muszę płacić dodatkowo. To znaczy, że pieniądze, które co miesiąc przekazuję na ochronę zdrowia są dziwnie wykorzystywane.

W niewielkim bawarskim miasteczku mieszkał pewien zamożny jubiler. Był już w podeszłym wieku, więc co jakiś czas korzystał z pomocy lekarza. Zapytany o tryb odparł, że to prywatne wizyty. – No to musi cię to nieźle kosztować …
– Co ma mnie kosztować? Przecież płacę ubezpieczenie.
– Ale mówisz, że to prywatna wizyta..
– No tak, prywatna i lekarz ściąga sobie swoją zapłatę z mojego ubezpieczenia, ja nie daję mu ani grosza …

Szok.

Przyszedł, niestety, czas, kiedy musiałem się zapoznać z naszą służbą zdrowia nieco bliżej. W moim wieku choroba nie jest niczym nadzwyczajnym, więc spokojnie zacząłem „bywać”, mimo że diagnoza nie była zbyt optymistyczna.
I tu pierwsze zaskoczenie, W mediach słychać często wypowiedzi wybitnych postaci polskiej medycyny namawiające słuchaczy do częstego i jak najszybszego reagowania na oznaki choroby. Te nawoływania to istny seans science fiction, bo jak człowiek ma szybko reagować jeśli wyznaczone terminy przekraczają często rok lub nawet lat kilka? Czy ci mądrzy panowie o tym nie wiedzą? No to co oni w ogóle wiedzą? Aaaaaa… no tak, przecież „można” iść prywatnie. I o to chodzi.

Poszedłem na pierwszy zabieg i trzymano mnie trzy dni. Po kiego diabła tak długo, gdy można to było zrobić w jeden dzień. Okazało się, że za tak krótki pobyt NFZ może nie zapłacić, więc trzeba mnie było trzymać jak najdłużej. Powiedziałem, ze pójdę do domu, a im zostawię oświadczenie, że leżałem w szpitalu 5 dni. Bali się. – A jak ktoś sypnie? Będzie afera, lepiej niech pan leży.

Zrobiono mi biopsję, z której wynikało, że jestem ciężko chory i niedługo umrę. Martwiłem się czy zdążę uszyć sobie pogrzebowy garnitur, by nie stawić się przed Panem jak ostatni łachudra.
Zwłaszcza, że pewien profesor dał mi 12 miesięcy życia, a terminy u dobrych krawców też bywają odległe.

Kolejny pobyt w szpitalu zaczął się rozrywkowo. Pani rejestrująca tzw. przyjęcia planowe zażądała ode mnie wypełnienia dwóch ankiet. Jedna była normalna, chodziło o adres i telefon osoby uprawnionej itd. Druga za to … sami popatrzcie.

Zapytałem czy będą mnie inaczej leczyć, jeśli jestem panną o niepełnym wykształceniu podstawowym żyjącą w konkubinacie, ale pani warknęła tylko, że mam nie dyskutować ino wypełnić. Kiedy odmówiłem tłumacząc, że na ankiecie nawet nie jest napisane, kto zbiera te dane, pani zagroziła, że w takim razie mnie na oddział nie przyjmie.
Szanowne panie ministry – przeczytajcie jeszcze raz, może nawet zrozumiecie! Nie przyjmą do szpitala ciężko chorego, bo nie chce wypełnić idiotycznej ankiety nie wiadomo przez kogo podrzuconej.
Wypełniłem przedstawiając się jako rozwódka z średnim wykształceniem. Pani nawet nie spojrzała co napisałem, rzuciła ankietę na kupkę i fertig.
Jeśli więc to było tak nieważne, dlaczego grożono mi nieprzyjęciem do szpitala?

W szpitalu pobyt był mocno urozmaicony. Pobudka o 5:30, pobieranie krwi, pierwsze leki, w tym przeciwbólowe, choć nic mnie nie bolało.

Obchód był o tyle ciekawy, że nie zauważyłem ani razu obecności tzw. lekarza prowadzącego. Byli za to inni, pokrzykujący na pacjentów o byle co, dla podkreślenia kto tu rządzi.
Najlepsza była wizyta anestezjologa. Wypełniliśmy długachną ankietę, nawet sensowną, tyle, że … w kilka godzin po zabiegu. Ale co tam.

Ciekawym zjawiskiem jest odmawianie przyjęcia wyników badań zrobionych gdzie indziej. Przyszedłem z wynikiem tomografii sprzed tygodnia. Nie! Musieli zrobić swoją. Dlaczego? Ano, znowu NFZ itd.

Mógłbym tak długo, ale ograniczę się do jednej jeszcze sprawy. By chorzy się nie zanudzali daje im się możliwość oglądania TV. Oczywiście odpłatnie. Problem w tym, że jeśli w pokoju leży nas dwóch, a jeden nie chce oglądać …
Tym jednym byłem ja ponieważ nie przepadam za programami TV TRWAM, co było ulubioną rozrywką i źródłem wiedzy mojego współlokatora. Co zrobić w takiej sytuacji?

W starożytnej Grecji uważano, że komfort psychiczny pomaga chorym w dochodzeniu do zdrowia. Dlatego zapraszano do szpitali artystów teatru, muzyków, śpiewaków itp. Czy wszyscy to lubili? Ot, zagwozdka.

I na koniec. Choruję już rok (w zasadzie więc chyba już mnie nie ma) a … nikt mnie nie leczy. Wciąż jestem tylko badany. Trzy biopsje , USG , tomografie i … dalej nie wiem co mi jest. No więc i z leczenia nici, skoro wciąż się badam.

Nie będę namawiał nikogo do przejścia na system niemiecki. Już samo to, że jest niemiecki wzbudzi oburzenie prawdziwych Polaków. Ale może zastanowić się warto. To nie brak pieniędzy, to brak sensownego systemu kładzie naszą służbę zdrowia na łopatki

Jerzy Łukaszewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

5 komentarzy

  1. Zbigniew 23.01.2026
  2. Renata 24.01.2026
    • j.Luk 24.01.2026
  3. fan-fan 25.01.2026