04.07.2026
Choć zewsząd słyszymy nawoływania do spokoju, to nadal tkwimy zanurzeni po uszy w politycznej gnojowicy i nic nie wskazuje na to, by doszło do jakiegokolwiek opamiętania.
Niepokojącym zjawiskiem jest to, że narzędziem naszych dyskusji przestaje być słowo, a zaczyna groźba przekształcona w czyn.
Dosłownie i w przenośni zaczynamy odczuwać lęk. Obawiamy się własnego cienia. I to jak się obawiamy! Po cichu, za plecami szefa, nie zgadzamy się z nim.
*
W domowym zaciszu jesteśmy bojowi, dzielni, stanowczy, mamy własne sądy i śmiałe poglądy. Jednak gdy pojawiamy się poza nim, tracimy poprzednią elokwencję, kładziemy uszy po sobie i z podkulonym ogonem wracamy do roboty. Nie możemy powiedzieć szefowi, co o nim myślimy naprawdę, bo wylecimy na bruk, trafimy pod most i zejdziemy na psy.
Świadomość, że gdy zaczniemy podskakiwać bossowi, stracimy ją na amen, studzi nam temperament. Pozbawienie pracy jest więc wypróbowanym sposobem wymuszania lojalności.
*
Ludzi paraliżują upiory przeszłości. Obawiają się mieć własne zdanie na cokolwiek. Nawet bezpieczne mówienie o pogodzie już nie jest takie do końca bezpieczne, ponieważ komuś może się ono kojarzyć z pogodą dla bogaczy. No, a o bogaczach lepiej nie mówić, gdyż jedni są czyści jak łza, podczas gdy ci z opozycji, jak łza krokodyla.
Pozbyliśmy się cenzury widocznej. Pysznimy się tym i być może słusznie. Lecz do pokonania pozostała cenzura gorsza, bo niezauważalna. Wewnętrzna. Blokująca rozsądek.
Każdy ma w sobie ostrzegawczy brzęczyk. Mentalny sygnał uruchamiający proces kalkulowania: opłaca się być wyrywnym, czy nie? Mieszkać pod mostem, czy w apartamencie? Mieć odwagę cywilną, czy „chodzić na pasku”?
Dylemat ten jest doskonałą wymówką naszej bierności. A niekiedy usprawiedliwieniem wygodnictwa: nie możemy powiedzieć tego, co nas gnębi, męczy i spać nie daje, bo stracimy źródło utrzymania.
Czy tak być musi? Czy już nie starczy potakiwania wbrew sobie? Dlaczego, jak za paskudnych czasów komunizmu, premiujemy miernych, ale biernych? Dlaczego nie potrafimy żyć na równych prawach do wzajemnego szacunku?

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM

To bardzo miła niespodzianka. Sam fakt, że Marek Jastrząb znów pojawił się na łamach, zasługuje na odnotowanie. W czasach, gdy felietony coraz częściej przypominają wpisy z mediów społecznościowych – krótkie, hałaśliwe i napisane z prędkością ekspresu do kawy – Jastrząb nadal pisze tak, jakby wierzył, że czytelnik ma jeszcze cierpliwość przeczytać coś więcej niż nagłówek.
Cieszy mnie jego powrót, nawet jeśli tylko na chwilę. Bo z dobrymi felietonistami jest jak z bocianami. Gdy wracają, człowiek od razu ma wrażenie, że pora roku zrobiła się odrobinę bardziej normalna.
Sam tekst jest charakterystyczny dla autora. Nie krzyczy, nie wymachuje szabelką, nie rozdaje patentów na zbawienie świata. Zamiast tego spokojnie pokazuje, że najgroźniejsza cenzura nie siedzi dziś w urzędzie przy pieczątce, tylko w naszych głowach. I to jest chyba najcelniejsza obserwacja. Bo rzeczywiście coraz częściej sami sobie zakładamy kaganiec, zanim ktokolwiek zdąży go wyjąć z szuflady.
Jednocześnie felieton zostawia miejsce na polemikę. Mam bowiem wrażenie, że Polacy wcale nie boją się mówić. Wręcz przeciwnie – mówią wszyscy i o wszystkim. Problem polega na tym, że coraz rzadziej słuchają. Dawniej człowiek bał się odezwać. Dziś bardziej boi się… że ktoś się odezwie pod jego wpisem. Współczesną cenzurą bywa nie tyle zakaz, ile internetowy pluton egzekucyjny złożony z ekspertów od wszystkiego.
No i jeszcze jedno. Dobrze, że Marek Jastrząb przypomina, iż odwaga cywilna nie polega wyłącznie na wygłaszaniu płomiennych tyrad. Czasem jest nią zwykłe powiedzenie: „nie zgadzam się”, bez obrażania rozmówcy. To dziś umiejętność niemal równie rzadka jak modem 56k albo polityk przyznający się do błędu.
Marku – oby ten powrót nie był jednorazowym gościnnym występem. Studio Opinii zyskało z powrotem jeden z tych głosów, które nie potrzebują megafonu, żeby zostać usłyszane.