Krzysztof Bielejewski: Kaczyński wyrzucił trzydziestu posłów i ogłosił, że sami wyszli5 min czytania

()

24.07.2026

Jarosław Kaczyński poinformował, że trzydziestu kilku posłów dobrowolnie zrezygnowało z członkostwa w PiS. Dobrowolność polegała na tym, że prezes nakazał im podpisać deklarację, a odmowę uznał za rezygnację.

To szczególna odmiana wolnej woli, praktykowana przy Nowogrodzkiej. Człowiek sam podejmuje decyzję, pod warunkiem że wybierze decyzję prezesa. Jeśli wybierze inaczej, również decyduje sam, tyle że o własnym wyrzuceniu.

Kaczyński zapewnił, że rozstanie odbywa się bez niechęci i silniejszych uczuć negatywnych. Po prostu tak się ułożyło. Trzydziestu kilku posłów znalazło się poza partią równie naturalnie, jak jesienią liście znajdują się poza drzewem. Wiatr historii zawiał akurat z gabinetu prezesa.

„Jest po wszystkim” — oznajmił Kaczyński, chociaż we wtorek Komitet Polityczny musi dopiero formalnie wykluczyć buntowników. PiS najpierw tworzy fakt, następnie przyjmuje go do wiadomości, a na końcu ogłasza szacunek dla procedur. To administracyjna elegancja człowieka, który najpierw zmienia zamki, a później protokolarnie stwierdza, że lokator wybrał bezdomność.

Najważniejsza jest jednak liczba. Do utworzenia klubu parlamentarnego potrzeba piętnastu posłów. Morawiecki zgromadził ich ponad trzydziestu. Kaczyński chciał przeprowadzić test posłuszeństwa, lecz niechcący wykonał badanie własnej słabości. Wynik okazał się dodatni.

Przez lata jedno zmarszczenie brwi prezesa wystarczało, aby polityk PiS zapominał o ambicjach, poglądach i wcześniej umówionym wywiadzie. Tym razem ponad trzydziestu parlamentarzystów odłożyło długopisy. Kaczyński zamierzał skrócić Morawieckiemu smycz, a przeciął ją razem z kawałkiem partii.

To jedna z największych porażek prezesa od lat, choć w PiS zapewne zostanie opisana jako sukces porządkowy. Partia będzie mniejsza, słabsza i bardziej radykalna, ale za to wewnętrznie jednolita. Podobną satysfakcję może odczuwać właściciel restauracji, który wyrzucił połowę klientów i odzyskał pełną kontrolę nad pustymi stolikami.

Mateusz Morawiecki odmówił podpisania „lojalki”, przypominając, że podobnych dokumentów wymagano od niego w latach osiemdziesiątych. Porównanie jest efektowne, lecz kłopotliwe. W PRL deklaracje podsuwali funkcjonariusze państwa autorytarnego. Obecną przygotowała partia, której Morawiecki był przez lata premierem i wiceprezesem.

Jeśli Nowogrodzka zaczęła mu przypominać aparat przymusu, odkrył to zadziwiająco późno — dopiero wtedy, gdy przymus zastosowano wobec niego. Tak właśnie rodzi się w Polsce demokrata: najpierw popiera silną władzę, a kiedy silna władza każe mu podpisać kartkę, zaczyna słyszeć pieśni opozycji antykomunistycznej.

Morawiecki przedstawia się teraz jako lider nowoczesnej, pragmatycznej centroprawicy. To przemiana niemal sakramentalna. Przez sześć lat kierował rządem Kaczyńskiego, Ziobry, Czarnka, Macierewicza, Kamińskiego i Sasina, po czym opuścił ten gabinet jako umiarkowany Europejczyk zaniepokojony radykalizmem otoczenia.

Przypomina kucharza, który przez lata podawał tę samą ciężkostrawną potrawę, a po konflikcie z właścicielem lokalu ogłosił się twórcą lekkiej kuchni europejskiej.

Nowy Morawiecki chce docierać do przedsiębiorców, młodych wyborców oraz sierot po Trzeciej Drodze. Będzie mówił o rozwoju, dialogu, modernizacji i odpowiedzialności. Trzeba tylko nie pytać, gdzie znajdował się ten rozsądny centrysta, kiedy jego rząd podporządkowywał instytucje, prowadził wojnę z Unią Europejską i organizował wybory, które odbyły się wyłącznie w księgowości.

Świeżość jego projektu wymaga więc bardzo szczelnego opakowania. Na etykiecie widnieje „Nowoczesna centroprawica”, ale data produkcji to grudzień 2017 roku.

Kaczyński tymczasem oczyszcza PiS z „liberalnego odchylenia”, aby swobodniej ścigać wyborców obu Konfederacji. Wyznaczenie Przemysława Czarnka na kandydata na premiera wskazuje, że partia uznała niedobór Czarnka za główną przyczynę swoich problemów. Jest to diagnoza odważna, mniej więcej tak jak leczenie bezsenności przy użyciu syreny alarmowej.

Bez Morawieckiego łatwiej będzie PiS-owi konkurować z Mentzenem i Braunem, a po wyborach ewentualnie się z nimi porozumieć. Partia usuwa więc umiarkowane skrzydło, aby nabrać aerodynamicznego kształtu podczas lotu ku radykalnej prawicy. Problem w tym, że samolot z jednym skrzydłem zwykle nie skręca. On spada, bardzo konsekwentnie.

Morawiecki zdobywa natomiast własny klub, pieniądze, biura, czas antenowy i zapewne stanowisko wicemarszałka Sejmu. Koalicja rządząca może poprzeć jego kandydata, ponieważ sposobność upokorzenia Kaczyńskiego należy do rzadkich przyjemności, które łączą polityków ponad podziałami.

Nie wiadomo jeszcze, czy były premier zbuduje trwałą partię, czy podzieli los Zbigniewa Ziobry, Jarosława Gowina i innych polityków, którzy po opuszczeniu PiS odkrywali, że ich osobista popularność była w dużej mierze własnością znaku firmowego. Sondażowe 5–6 procent może oznaczać rolę języczka u wagi, ale równie dobrze polityczny pobyt tuż pod progiem.

Jedno już wiadomo: Kaczyński przegrał próbę sił. Chciał Morawieckiego pomniejszyć, przestraszyć i podporządkować. Zamiast tego podarował mu ponad trzydziestu posłów, legendę buntownika i najlepszy możliwy początek samodzielnego projektu.

Morawiecki powinien wysłać prezesowi trzydzieści kilka róż — po jednej za każdego parlamentarzystę, który dobrowolnie został wyrzucony.

Kaczyński zachował jednolitą partię, lecz stracił niekwestionowane przywództwo. Morawiecki odzyskał wolność, lecz nie uwolnił się od własnego politycznego bilansu. PiS rusza w stronę Czarnka i Brauna, a Rozwój Plus próbuje sprzedać rządy PiS bez tego, co w rządach PiS najbardziej pisowskie.

Obie strony ogłaszają sukces.

Największy odniósł jednak Donald Tusk. Nie musiał niczego podpisywać.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo